Leon Eitel był aktorem i śpiewakiem. Jego osiągnięcia artystyczne nie są dziś szerzej znane, ale trwałym i poruszającym świadectwem jego życia pozostaje działalność podczas okupacji niemieckiej. W latach 1942–1945, w czasie Zagłady, pomagał Żydom i Żydówkom – krewnym żony. Zorganizował opiekę nad rocznym Józefem Lauerem oraz poszukiwał bezpiecznych kryjówek po tzw. aryjskiej stronie dla uciekinierów z getta warszawskiego – Haliny Kejlin (po wojnie Kowzan), jej męża Romana, szwagra Bolesława oraz matki, Heleny Wolman. W działaniach tych Leon Eitel współpracował ze swoją szwagierką Jadwigą oraz Antoniną Gacz, Marią Głębicką, Natalią Młynarczyk i Julianną Nowak.
„Dla większej jasności moją opowieść zacznę od przedstawienia wszystkich osób, które w czasie wojny zaangażowały się w nasze ocalenie i uratowały życie mnie i mojej mamie. Były to cztery kobiety, które udzielały nam schronienia oraz jeden mężczyzna, który to wszystko umożliwił: szukał dla nas bezpiecznych miejsc, był naszym łącznikiem, pilnował całości organizacji”, rozpoczynała swoją relację dla Instytutu Yad Vashem w 1990 r. ocalała Halina Kowzan z domu Wolman, primo voto Kejlin.
Spis treści:
- Kariera artystyczna Leona Eitela przed wojną
- Złota papierośnica jako dowód tożsamości. Opieka Eitela nad Józefem Lauerem
- Poszukiwanie kryjówek dla Haliny Kejlin i Heleny Wolman po wyjściu z getta. Pomoc Julianny Nowak i Natalii Młynarczyk
- Kryjówki Kejlinów i Heleny Wolman po „aryjskiej stronie”. Pomoc Antoniny Gacz i Marii Głębickiej
- Losy Haliny i Romana Kejlinów oraz Heleny Wolman podczas powstania warszawskiego
- Powojenne losy Leona Eitela i osób ocalałych podczas Zagłady dzięki jego pomocy
Kariera artystyczna Leona Eitela przed wojną
Leon Aleksander Eitel (Ejtel), syn Jana Franciszka i Julianny z domu Ratto, urodził się 20 lutego 1903 r. w Warszawie. Ukończył kolejno Warszawską Szkołę Handlową, Szkołę Muzyczną im. Fryderyka Chopina (1920–1923) oraz Szkołę Operową Stanisława Boguckiego (1923–1924). Debiutował w 1924 r. w Teatrze Bagatela we Lwowie. W 1929 r. zdał egzamin aktorski Związku Artystów Scen Polskich.
W latach międzywojennych występował m.in. w warszawskim Teatrze Ananas (1929–1931), Teatrze Miejskim w Grudziądzu (1931–1934), w operetce lubelskiej, na warszawskich scenach Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej (1935/1936), a także w Wilnie (1936–1938). W ostatnim sezonie artystycznym przed wojną (1938/1939) występował w krakowskim teatrze małych form „Bagatela” pod kierunkiem Leona Wyrwicza.
Niewiele wiadomo o życiu prywatnym Leona Eitela. Przyjaźnił się z żydowską rodziną Lauerów − Józefem i Pauliną z domu Kejlin, mieszkał w pobliżu prowadzonej przez nich fabryki kapeluszy przy ul. Chmielnej. Firma słynęła z wysokiej jakości asortymentu oraz dobrze zaopatrzonych i dogodnie zlokalizowanych sklepów w Warszawie.
25 stycznia 1940 r., po śmierci Józefa Lauera, Eitel poślubił starszą od siebie o piętnaście lat wdowę, Paulinę Lauer, przypuszczalnie starając się w ten sposób ją ocalić. Podczas okupacji niemieckiej Leon nie angażował się w działalność konspiracyjną w organizacjach podziemnych, jak wielu członków środowiska ZASP, nie pracował też w zawodzie. Zajmował się prowadzeniem sklepu z kapeluszami przy ulicy Targowej 44, należącym do Pauliny.
Złota papierośnica jako dowód tożsamości. Opieka Leona Eitela nad Józefem Lauerem
W listopadzie 1940 r., kiedy Niemcy utworzyli getto w Warszawie, Paulina Lauer-Eitelowa prawdopodobnie pozostała po tzw. aryjskiej stronie, ukrywając się w mieszkaniu przy ul. Chmielnej 122, gdzie mieszkał również Leon. 17 kwietnia 1941 r. przyszedł na świat jej wnuk – Józef, syn Jerzego Lauera i Fridy z domu Blumenstock. Po latach wspominał w wywiadzie dla Muzeum POLIN:
„Miałem zaledwie 40 dni, kiedy rodzice zostawili mnie pod opieką babci, przy ulicy Chmielnej. Poszli coś załatwić i… przepadli. [...] Zapewne zostali aresztowani, wywiezieni i zamordowani. Babcia opiekowała się mną aż do śmierci 28 stycznia 1942 roku. Kiedy Eitel ją pochował, zażyczył sobie, aby mógł spocząć obok niej. [...] Leon Eitel miał wielkie serce, był porządnym i uczciwym człowiekiem. Myślę, że szczerze kochał babcię, jak i całą moją rodzinę”, mówił Guiora Joseph Lauer.
Po śmierci żony Leon powierzył opiekę nad Józefem swojej szwagierce – Jadwidze Eitel, która wywiozła chłopca do wsi Lipki, niedaleko Treblinki. „Myślę, że nie było lepszego miejsca, bo tam nikt nas nie szukał”, stwierdził po latach.
„Kiedy Eitel zostawił mnie w Lipkach, dał też Jadwidze papierośnicę. »Jeśli ktoś się pojawi po chłopca, pokaż mu to«. Papierośnicę mam do dzisiaj”, powiedział Lauer.
Przedmiot należał do jego ojca, Jerzego Lauera, o czym świadczył wygrawerowany napis „Jerzyk”, a także data dedykacji umieszczona wewnątrz: „24 V 1927”. Miał być to znak rozpoznawczy dziecka, zastępczy dowód tożsamości.
Chłopiec mieszkał przez cztery lata z Jadwigą i Feliksem Eitelami w niewielkim domu. Wspominał, że Jadwiga była osobą niezwykle surową, a ich relacje nie należały do najłatwiejszych. Przez cały ten czas Leon utrzymywał kontakt ze swoim starszym bratem i szwagierką, troszcząc się o losy małego Józefa.
Poszukiwanie kryjówek dla Haliny Kejlin i Heleny Wolman po wyjściu z getta. Pomoc Julianny Nowak i Natalii Młynarczyk
Wiosną 1940 r. Leon Eitel poznał krewnych żony – rodzinę Kejlinów. Kiedy na początku 1943 r. Halina Kejlin, jej mąż Roman, szwagier Bolesław oraz matka, Helena Wolman, zdecydowali o ucieczce z getta warszawskiego na tzw. aryjską stronę, Eitel zwrócił się do swoich bliskich i znajomych, aby udzielili im schronienia.
„To ja miałam przejść pierwsza i skontaktować się z ludźmi, którzy mogliby nam pomóc”, wspominała Halina. „Potrzebowałam na początek jednej osoby, która mogłaby mnie przyjąć u siebie tuż po ucieczce z getta. I tu wielką rolę odegrał Leon Eitel. Mimo że jego żona zmarła w 1942 r. i nasze rodzinne związki nie były jakieś znaczące, to właśnie Leon, poruszony naszą dramatyczną sytuacją, był pierwszym człowiekiem gotowym nam pomóc”.
W styczniu 1943 r., ukryta w ciężarówce przewożącej żydowskich robotników do pracy, Halina Kejlin przejechała na „aryjską stronę”, gdzie w umówionym miejscu czekał na nią Leon. Najpierw zaprowadził ją do swoich rodziców, a następnego dnia rano skontaktował Halinę z jej dawną sąsiadką, Antoniną Gacz.
Kobieta nie mogła przyjąć Haliny do siebie ze względu na obecność w mieszkaniu stałego lokatora, ale przekonała do tego własną matkę, która mieszkała „na Pradze, w budynku przy małej uliczce blisko wiaduktu”. Było to schronienie tylko na kilka tygodni – do czasu powrotu brata Antoniny. W tym czasie do Haliny dołączyła jej matka, Helena Wolman, która jako druga wyszła z getta na „aryjską stronę”.
Wkrótce Halina i Helena przeniosły się do mieszkania kobiety poleconej przez znajomego, która gotowa była przyjąć lokatorki w zamian za pieniądze. Mieszkanie znajdowało się przy ul. Targowej, składało się z pokoju i kuchni.
„Właścicielka zajmowała jedno łóżko, w którym czasami przyjmowała jakiegoś kochanka, w drugim spałyśmy my. Była tam jeszcze jakaś staruszka, która stale przebywała w kuchni i w ogóle się nie odzywała. Po naszym przybyciu, zauważyłam na ścianach zdjęcia mężczyzn w policyjnych mundurach. 10 dni później, słychać było straszną strzelaninę, a wieczorem z okna mieszkania widziałyśmy pożar, którego ogień sięgał wysoko do nieba. »Co się dzieje?« – zapytałam właścicielki. Odpowiedziała mi: »Getto się pali i wreszcie Niemcy uwolnią nas od Żydów«. »To koniec« – wyszeptała mama”.
Następnego dnia do mieszkania przyszło dwóch Polaków, prawdopodobnie tzw. granatowych policjantów. Przeszukali rzeczy Haliny i Heleny, zabrali im pieniądze schowane w kieszeni, a nawet fiolkę z cyjankiem, którą miały przy sobie na wszelki wypadek. Policjanci nie powiadomili Niemców, ale zażądali, aby kobiety natychmiast opuściły mieszkanie.
„Dokąd było uciekać? Sklep z kapeluszami Leona Eitela znajdował się kilkaset metrów stąd. Upewniłam się, że nikt mnie nie śledzi. Sprawdziłam przez szybę, że w sklepie nie ma klientek. Leon zaprowadził nas natychmiast na zaplecze sklepu”.
Tam spotkały Juliannę Nowak – gosposię Eitela, która podczas okupacji pomagała w prowadzeniu sklepu z kapeluszami przy ul. Targowej 44, mieszkając na zapleczu. Ustalono, że Halina zostanie na jakiś czas z panią Nowak. Miało to miejsce tuż przed świętami wielkanocnymi w kwietniu 1943 r., kiedy rozpoczęło się powstanie w getcie warszawskim.
„Julianna Nowak, dla bliskich Julcia, zaprosiła na Wielkanoc swojego brata z żoną i dziećmi. Zaproponowałam jej, że na ten czas ukryję się na antresoli, na której zwykle sypiała, ale ona stwierdziła: »W mojej rodzinie nigdy nie było zdrajców«. Bardzo o mnie dbała przez cały czas, kiedy u niej przebywałam i bardzo mi tym pomogła. Była nawet gotowa, żeby mnie zatrzymać dłużej, ale to było zbyt niebezpieczne, nie tylko ze względu na Niemców. Leon mówił, że nie ufa dozorczyni, która bezczelnie obserwowała wszystko i wszystkich, szczególnie, że sklep należał do żony Leona, która była Żydówką a wcześniej do jej pierwszego męża, który też był Żydem”.
W tym czasie Helena Wolman udała się do mieszkania Natalii Młynarczyk na Powiślu. Było to malutkie mieszkanie przy ul. Tamka 22/24, składające się z małego pokoju i kuchni. Helena poznała Natalię wiele lat wcześniej w łaźni miejskiej przy Krakowskim Przedmieściu, do której chodziła z rodziną podczas awarii ciepłej wody w mieszkaniu. Później zamawiała u poznanej kobiety usługę masażu, zaprzyjaźniły się. „Pani Młynarczyk przyjęła mamę z otwartymi ramionami, na tyle czasu – jak powiedziała – ile będzie potrzeba”, wspominała Halina. „Była niezwykłą kobietą – wierzącą, prostą i obdarzoną wielką godnością”.
Na przełomie kwietnia i maja 1943 r. do Haliny dołączył jej mąż Roman i szwagier Bolesław Kejlinowie, którzy do ostatniej chwili zwlekali z opuszczeniem getta:
„Pewnego wieczora poszłam do pani Młynarczyk zobaczyć się z mamą. Nagle usłyszałyśmy stukanie do drzwi wejściowych. Schowałyśmy się z mamą w pokoiku. Ale to przyszli Leon Eitel, mój mąż i jego brat. Pani Młynarczyk miała na korytarzu małą komórkę, gdzie trzymała węgiel i drzewo i tam ukryła obydwu uciekinierów. [...] Nazajutrz Leon zaprowadził mojego męża i szwagra do swoich rodziców, a później dołączyli do mnie na kilka dni na zaplecze sklepu, u Julianny, która ich przyjęła tak, jakby to było coś zupełnie normalnego. Jeszcze później, obydwaj ukryli się w starym warsztacie u jednego z przyjaciół Leona. Poprosiłam Leona, aby spotkał się z panią Gacz i opowiedział jej wszystko, co się wydarzyło”.
Kryjówki Kejlinów i Heleny Wolman po „aryjskiej stronie”. Pomoc Antoniny Gacz i Marii Głębickiej
Około 10 maja 1943 r. Halina musiała opuścić kryjówkę przy ul. Targowej, gdy Niemcy zaczęli przeszukiwać okoliczne domy i sklepy. Leon Eitel zorganizował dla niej tymczasowe schronienie w mieszkaniu młodej kobiety przy pl. Grzybowskim. Cztery dni później Antonina Gacz powiadomiła Leona, że pozbyła się ze swojego mieszkania lokatora i może przyjąć do siebie Halinę, jej męża i szwagra.
Antonina, zwana Tolą, była sąsiadką Kejlinów z ul. Złotej 59a. „Wyróżniała się oddaniem i poczuciem obowiązku wobec ludzi”, pisała o niej Halina. Podczas I wojny światowej pracowała jako pielęgniarka Czerwonego Krzyża, potem w szpitalach wojskowych.
„Pani Gacz przyszła po mnie 15 maja, przyniosła wielki bukiet bzu, który miałam trzymać, żeby ukryć twarz, aby nikt mnie nie rozpoznał. Chodziło szczególnie o dozorcę i sąsiada w budynku na Złotej. Co prawda wyprowadziliśmy się stamtąd na Sienną 42 kilka lat przed wojną, ale i tak z pewnością by nas rozpoznali. Tylko całkowity sekret i absolutna ostrożność były gwarantem bezpieczeństwa dla wszystkich zaangażowanych osób”.
Nowy adres Kejlinów znał wyłącznie Eitel. W tym czasie znalazł bezpieczniejszą kryjówkę także dla Heleny – zamieszkała przy ul. Freta 10 na Nowym Mieście u Marii Głębickiej. Była nauczycielką, która wraz z mężem – pracownikiem elektrowni na Powiślu – wychowywała małą córeczkę Hanię. Leon co jakiś czas przekazywał Halinie informacje od Heleny, a także pieniądze ze sprzedaży m.in. biżuterii, które były jedynym źródłem utrzymania dla Kejlinów.
„Sąsiedzi, którzy wiedzieli, że pani Gacz mieszka sama, nie mogli się niczego dowiedzieć, dlatego ograniczaliśmy nasze ruchy w mieszkaniu, a nawet wyjścia do łazienki i spuszczanie wody. Pani Tola robiła teraz zakupy dla czterech osób, a nie dla jednej jak do tej pory, dlatego musiała chodzić do różnych sklepów i w różne miejsca, co w czasach okupacji wcale nie było łatwe. Oczywiście przejęliśmy od niej koszty jedzenia i sprzątania, a nawet opłacaliśmy coś w rodzaju czynszu, który otrzymywała od poprzedniego lokatora. Czy to było wystarczające, jako wynagrodzenie za przeżywany strach i stres?”.
W pokoju, który zajmowała Halina z mężem i szwagrem, znajdowała się wnęka ukryta za szafą. Była to kryjówka przygotowana na wypadek niebezpieczeństwa. Drugie takie miejsce w mieszkaniu znajdowało się w spiżarni, blisko drzwi wejściowych.
„Pani Tola potrafiła majsterkować i z pomocą mojego męża przygotowała naprawdę wygodne miejsce: stała tam ławeczka dla dwóch osób i taboret dla trzeciej osoby. W spiżarni było też małe okienko, które dawało trochę świeżego powietrza. Pani Gacz mogła więc być spokojna, kiedy przychodził jej brat, siostry lub sąsiedzi”.
Przed świętami Bożego Narodzenia w 1943 r. Leon przekazał Halinie, że Maria zaprasza ją na święta, by mogła spędzić trochę czasu z matką.
„Atmosfera podczas świąt była radosna i serdeczna. Mama zajmowała się często malutką Hanią, urodzoną 7 marca 1941 r., dzięki czemu stała się właściwie częścią rodziny. Salon był bardzo duży, prawie jak oddzielne mieszkanie, a część kuchenna była oddzielona parawanem od reszty salonu. Tam właśnie ukrywała się mama, gdy przychodził ktoś niezapowiedziany. Gdy do pani Głębickiej przychodził ktoś z rodziny lub znajomych, mama szła do pani Janiny Pudełko, sąsiadki, nauczycielki i bliskiej przyjaciółki pani Głębickiej, która jako jedyna była wtajemniczona w sytuację”.
Helena przekazywała gospodyni środki na swoje wyżywienie i dokładała się do czynszu. Kilka miesięcy później, na Wielkanoc 1944 r., Maria znów zaprosiła Halinę na święta.
„Uwielbiałam panią Głębicką, bo szanowała moją mamę i zawsze ciepło mnie przyjmowała, dosłownie jak siostrę; uwielbiałam ją też za to, że stale zachowywała optymizm i radość życia, mimo trudnych i niebezpiecznych warunków, w jakich się wszyscy znajdowaliśmy. To był początek naszej przyjaźni na dalszą drogę życia”.
Losy Haliny i Romana Kejlinów oraz Heleny Wolman podczas powstania warszawskiego
Co jakiś czas Antonina Gacz odwiedzała swoich kuzynów w Grodzisku Mazowieckim, gdzie mieli dom z dużym ogrodem i warzywnikiem. Z każdej wizyty przywoziła świeże warzywa i owoce. 31 lipca ponownie pojechała do Grodziska, planując – jak zwykle – powrót następnego dnia. Jednak 1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie i nie mogła wrócić do domu.
Ukrywający się Kejlinowie pozostali w mieszkaniu na Siennej, dzieląc los ludności cywilnej podczas powstańczych walk o tę część miasta. 2 września na gruźlicę zmarł szwagier Haliny, Bolesław Kejlin. Został pochowany na sąsiednim podwórku przy ul. Złotej 56, które pełniło funkcję cmentarza. Po kapitulacji powstania Halina i Roman zdecydowali się pozostać w piwnicy i nie opuszczać Warszawy. Ukrywali się w ruinach miasta przez dwa miesiące.
„Wydawało się, że lada dzień wojna się skończy, ale ponieważ tak się nie stało, a ja wiedziałam, że zapasy żywności się kończą, zaczęłam jeździć do Warszawy na tak zwane roboty, aby dotrzeć do tej piwnicy. Za którymś razem udało mi się to i wyprowadziłam Halinę wraz z kilkoma osobami”, relacjonowała w liście do Instytutu Yad Vashem w 1990 r. Elżbieta Szulkin, znajoma Kejlinów, która również ocalała z getta warszawskiego.
Kejlinowie opuścili kryjówkę z pomocą Elżbiety Szulkin 5 grudnia 1944 roku. Wmieszali się w grupę ludzi wracających z pracy do podwarszawskich miejscowości. Kiedy wsiadali do pociągu, Roman został przez Niemców rozpoznany, zatrzymany, a następnie rozstrzelany prawdopodobnie w okolicach Dworca Zachodniego. Halinie udało się dotrzeć do Milanówka, gdzie zamieszkała u pani Dąbrowskiej. Tam odnalazła ją Antonina Gacz i przekazała wiadomości o losach matki, Heleny Wolman.
1 sierpnia Maria Głębicka wraz z mężem przebywała u rodziców na Czerniakowie. Wybuch powstania odciął ich od reszty miasta, uniemożliwiając powrót do domu. Helena Wolman została sama z małą Hanią Głębicką. Z pomocą sąsiadki trafiły do pobliskiego kościoła, gdzie schroniła się okoliczna ludność cywilna. Marii udało się przedostać na Stare Miasto kilka tygodni później. Halina Kowzan pisała:
„Wtedy właśnie pani Głębicka wykazała się niezwykłą odwagą i siłą charakteru: nie zawahała się ani chwili, by ratować moją mamę, ryzykując życiem swoim i swojej córeczki. W celu oddalenia jakichkolwiek podejrzeń co do pochodzenia mamy, pani Głębicka dała jej Hanię na ręce, Hania przytuliła się do swojej »babci«, a jej jasne włoski zasłoniły twarz mamy. I tak udało im się przejść przez wszystkie niemieckie posterunki. Organizacja pomocowa RGO (Rada Główna Opiekuńcza) znalazła dla nich schronienie na wsi. Maria przedstawiła wszystkim mamę jako swoją ciocię. Co prawda ludzie na wsi mieli na pewno wątpliwości, bo widzieli, że mama ma problemy z modlitwą, w rozmowie na temat wiary albo na niedzielnej mszy. Maria była jednak tak przekonująca, Hania była tak przywiązana do swojej »babuni«, że nikt nie stawiał dodatkowych pytań”.
Powojenne losy Leona Eitela i osób ocalałych podczas Zagłady dzięki jego pomocy
Po wojnie Leon Eitel (znany również jako Leński-Eitel) kontynuował karierę artystyczną. Występował m.in. w Teatrach Dramatycznych w Częstochowie (1951–1952), Teatrze Domu Wojska Polskiego (1953–1955), Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie (1959–1963), Teatrze Rozmaitości we Wrocławiu (1964–1965) czy w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie (1969–1970). Grał m.in. Astrologa (Maria Stuart Słowackiego), Księdza (Kordian Słowackiego), Lekarza (Żywy trup Tołstoja) czy Dyndalskiego (Zemsta Fredry).
W 1971 r. Eitel zakończył karierę. Od 1979 r. przebywał w Domu Pomocy Społecznej w Górze Kalwarii, gdzie zmarł 20 października 1982 roku. Został pochowany na Starych Powązkach obok Pauliny Lauer-Eitelowej.
Już w 1945 r., prawdopodobnie dzięki Leonowi, siostra Pauliny – Anna Niousz Bernfeld – dowiedziała się o tragicznych losach swoich krewnych. Za pośrednictwem Haliny Kejlin sprowadziła czteroletniego Józefa Lauera do Paryża, gdzie wychowywał się pod opieką Anny i jej męża. W 1960 r. wyjechał na stałe do Izraela. Kiedy w październiku 2017 r. przyjechał z żoną do Warszawy w poszukiwaniu informacji o swoich przodkach, odwiedził m.in. Muzeum POLIN. Mówił wtedy:
„Kiedy wnuki chodziły do szkoły, pytały mnie o doświadczenia wojenne. Trzeba o tym rozmawiać, żeby kolejne pokolenia miały świadomość tragedii, jaka się wydarzyła”.
Halina Kejlin i jej matka Helena Wolman wyemigrowały po wojnie do Francji. Halina powtórnie wyszła za mąż – poślubiła teatrologa i historyka literatury Tadeusza Kowzana. Została dziennikarką i tłumaczką z języka francuskiego. Przełożyła na polski m.in. utwory Emila Zoli, wydane przez Zakład Narodowy im. Ossolińskich ze wstępem autorstwa jej męża.
„Ja i mama pozostawałyśmy w stałym kontakcie z ludźmi, którzy uratowali nam życie. Byłyśmy absolutnie świadome, że nie ma niczego takiego na świecie, co zrekompensowałoby im to wszystko, co dla nas zrobili”.
21 sierpnia 1990 r., na wniosek Haliny Kowzan, Instytut Yad Vashem w Jerozolimie uhonorował pośmiertnie Leona Eitela, Antoninę Gacz, Marię Głębicką, Natalię Młynarczyk i Juliannę Nowak tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Dziękujemy Halinie Salgarolo – wolontariuszce Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN za tłumaczenie relacji Haliny Kowzan z języka francuskiego. Wyrazy podziękowania kierujemy również do Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego za możliwość publikacji fotografii przedstawiających Leona Eitela ze zbiorów Instytutu.





