Podczas okupacji niemieckiej Kazimiera Góra z domu Rozumek oraz jej dzieci, Elżbieta i Włodzimierz, mieszkali w Warszawie przy ul. Twardej 50. Kazimiera prowadziła niewielką cukiernię „Słodka dziurka”. W listopadzie 1940 r., po wytyczeniu granic getta warszawskiego, mieszkanie i lokal znalazły się na jego terenie, co zmusiło rodzinę do przeprowadzki. Rodzina Górów, mieszkając w bezpośrednim sąsiedztwie getta, była świadkiem losu uwięzionych tam Żydów i Żydówek, w tym dzieci próbujących zdobyć żywność po „aryjskiej stronie”. Wiosną 1943 r., po likwidacji getta przez Niemców, Kazimiera – przy wsparciu brata Władysława Rozumka – udzieliła pomocy dwojgu żydowskich dzieci, które objęła opieką.
Losy rodziny Górów podczas okupacji niemieckiej
Kazimiera Góra była telegrafistką w Urzędzie Telekomunikacyjnym i Telegraficznym przy ul. Nowogrodzkiej, należała do Polskiej Partii Socjalistycznej. Jej mężem i ojcem dzieci był Józef Góra, inkasent elektrowni.
Na początku wojny ciężar utrzymania domu spadł na Kazimierę. Zatrudniła się w restauracji „U Bobra” przy ul. Srebrnej w Warszawie, dorywczo malowała ozdobne kartki imieninowe. Wspierał ją brat Władysław Rozumek, który zajmował się produkcją mebli w Legionowie. Podczas okupacji wstąpił do Polskiej Armii Ludowej.
„Czasami Niemcy częstowali dzieci cukierkami. Mama uczyła, by ładnie podziękować i schować cukierka do kieszeni, nie jeść. Mówiła, że mogą być zatrute”, wspominała Elżbieta Jeziorska z d. Góra, wówczas kilkuletnie dziecko.
Wkrótce kobieta otworzyła tuż obok domu kawiarenkę „Słodka dziurka”, gdzie serwowała kawę, herbatę oraz słodycze. Z syfonów nalewała wodę sodową i oranżadę. W niewielkim wnętrzu często przesiadywali żołnierze podziemia. Przychodzili też kolaboranci. Wtedy wypraszała dzieci na podwórko:
„Mój brat kolegował się z Wieśkiem, synem właściciela sklepu żelaznego w naszym domu. Ja miałam swoje koleżanki. W bramie urządzałyśmy dom dla lalek. To było główne miejsce naszej zabawy”, mówiła Elżbieta w wywiadzie dla Muzeum POLIN.
Świadkowie getta warszawskiego
W listopadzie 1940 r. dom Górów znalazł się w granicach powstającego getta warszawskiego. Rodzina została przesiedlona do pobliskiej kamienicy przy ul. Złotej 78, róg Twardej: „Mieszkanie dostaliśmy po Żydach. Duże, trzy pokoje w amfiladzie”.
Za murami getta znalazła się także „Słodka dziurka”. Gdy 5 października 1941 r. Niemcy przesunęli granicę getta, Kazimiera ponownie otworzyła lokal. Pośrodku ulicy Śliskiej poprowadzono drut kolczasty.
„Między drutami przechodziły dzieci żydowskie. Szły na Warszawę po chleb i ziemniaki. Można było nawet podejść, ale nie za blisko, bo przepędzał granatowy policjant. Czasami staliśmy na czatach w bramie. Po cichu przynosiliśmy dla nich lizaki, cukierki, kanapki i co kto miał. To były dzieci takie same jak my”.
„Takich rzeczy nie wolno mówić”. Pomoc Kazimiery i jej brata Władysława dla żydowskich dzieci
Na rogu Twardej i Złotej mieściła się apteka. Jej właścicielka, pani Kronkowska, znała Władysława Rozumka. W kwietniu 1943 r. za jej pośrednictwem Kazimiera przyjęła do swojego mieszkania dwoje żydowskich dzieci.
„Mama powiedziała, że zamieszka z nami chłopiec o imieniu Włodek oraz córka mojego chrzestnego, pana Kolbusa, Teresa. Wiedzieliśmy, że nie mówi prawdy. [...] Nie mówiłam o tym dzieciom na podwórku. Wiedziałam, że takich rzeczy nie wolno mówić”.
O obecności chłopca i dziewczynki wiedziała tylko najbliższa rodzina oraz zaufana sąsiadka, pani Sowińska. Ukrywana dwójka wkrótce otrzymała dokumenty dzieci Górów, dlatego Ela zamieszkała u Władysława w Legionowie, a jej brat Włodzimierz w sąsiedztwie u ojca. Przyjeżdżali do domu w soboty i niedziele. Elżbieta wspomina ostrożność matki: „Nie pozwalała nawet wyglądać przez okno”.
Od czasu przeprowadzki na Złotą Kazimiera wynajmowała w mieszkaniu jeden pokój, z osobnym wejściem. Dwoje drzwi prowadzących do pozostałych pokoi zawsze były zamknięte na klucz. Po przyjęciu do domu żydowskich dzieci, Kazimiera obawiała się przyjąć kolejnych lokatorów. Za namową Władysława wynajęła pokój mężczyznom, którzy prowadzili biuro. Rzadko bywali w mieszkaniu.
W lipcu 1943 r. w mieszkaniu rozległ się krzyk. Kazimiera była akurat na zakupach, dzieci bawiły się. W wynajmowanym pokoju postrzelono mężczyznę. Po powrocie do domu Kazimiera zawiadomiła Władysława, aby zabrał dzieci – trafiły do wsi Kiczki, nieopodal Mieni, dokąd Górowie wyjeżdżali przed wojną na letnisko. Następnie zadzwoniła po gestapo.
Po tym tragicznym wydarzeniu Niemcy często rewidowali mieszkanie Górów, a Ela wróciła na stałe pod opiekę matki. Mieszkały wspólnie do wybuchu powstania warszawskiego.
„Na [znajdujący się nieopodal] sklep z zabawkami spadła bomba. Razem z bratem przenieśliśmy pół tego sklepu do naszej piwnicy, jak to dzieci. Gdy pocisk trafił w nasz dom, w piwnicy zginęły moje koleżanki. Ich matka była w szoku. Podczas nalotu podgrzewała mleko dla najmłodszego dziecka w mieszkaniu, na górze. Szczęśliwie zsunęła się po gruzach i przeżyła. Jej dzieci pochowano pod płytami chodnika”.
Powstanie warszawskie, wypędzenie, powrót do Warszawy. Dalsze losy rodziny Górów
Kazimiera i jej dzieci podzielili los mieszkańców powstańczej Warszawy. Wypędzeni na dworzec zachodni, wyszli z miasta przez obóz w Pruszkowie. W tym czasie Kazimiera urodziła syna. Następne miesiące spędzili m.in. w Czatkowicach, gdzie zostali przyjęci przez rodzinę Kaczmarczyków.
„Noc, a mama nie śpi. Widzę, że coś robi. Przyglądam się, a ona szyje dla mnie lalkę! Pół nocy nie spałam, bo po cichu podglądałam. Już miała jedno oko, za chwilę drugie… To był prezent na Boże Narodzenie 1944 roku”.
Po wojnie rodzina zamieszkała na kilka lat w Gdańsku. W tym czasie wypalone mury kamienic przy Twardej zostały rozebrane. Po powrocie do Warszawy w 1953 r. Kazimiera Góra znowu pracowała w telegrafie. Zmarła dwa lata później.
„Podczas wojny w rzeczach mamy znalazłam perły. Poza obrączką nie miała nigdy kosztowności. Później pozostał po nich tylko sznur. Być może były zapłatą za okazaną pomoc” – przypuszcza Elżbieta Jeziorska. Na koniec dodaje: „Mama należała do odważnych osób”.





