Rodzina Gregorowiczów

powiększ mapę

Audio

5 audio

Wywiad z Leonią Gregorowicz

 

Lwów

„Przez całe życie miałam dużo kontaktów z Żydami. We Lwowie chodziłam do powszechnej szkoły. (...) I wyczyszczono szkołę z wszystkich tych Żydów, wykreślono z tej szkoły i przeniesiono do innej, z której zrobiono typowo żydowską szkołę. (...) Tak to było, antysemityzm był bardzo silny we Lwowie, bardzo silny był”.

„Pierwszą ruchawkę antysemicką o tyle sobie przypominam, że powybijane były szyby sklepów żydowskich, ale co do jednego! (...) Ja wtedy byłam smarkata, to ja się chodziłam patrzeć, jak na szybach sklepów żydowskich były Gwiazdy Dawida. I bardzo mi się to podobało wtedy, znaczy ja nie rozumiałam nic z tego kompletnie”.

„Pamiętam doskonale, jak (...) myśmy brali dziewczynki Żydówki, kazały iść do kościoła i całować Pana Jezusa w nogi, nigdy tego nie zapomnę. Myśmy były tak przejęte naszą wizją i już była taka antysemicka, wie pan, taki prąd antysemicki. I jak myśmy, a myśmy chciały dla tych dziewcząt dobrze, że one się, myśmy uważały, że one się muszą nawrócić. (...) No ale dziecko przyjmuje to dosłownie wszystko”.

Kraków

„W Krakowie był spokój, w Krakowie się nic nie działo. Jak chodzi o Żydów. Nic się nie działo”.

„Siostra moja dostała posadę bardzo dobrą na Śląsku, wyjechała, a myśmy później, z matką, przeniosły się do Krakowa, bo tam było bliżej i byliśmy wszyscy razem (...). W tej firmie, gdzie pracowała, pracował pan, Żyd (...) Ignacy Hirsz. W pierwszym roku wojny, jesienią oni się pobrali”.

„No i tak się zaczęło, rodzina się trochę zmieniła, bo zawisło teraz ryzyko nad nami, ten knut tego pochodzenia. (...) On został ochrzczony, ale to dla Niemców było nic, bo tylko Aryjczyk u nich wchodził w grę”.

Wojna

„Oni byli trochę zdezorientowani, jak nas w ogóle traktować. Za względu na mojego ojca, który całe swoje życie był, pracował w wojsku austriackim. I moją mamę wezwali pewnego pięknego dnia na gestapo (...). I ten gestapowiec powiedział mojej mamie, że jej się należy Reichsdeutsch, a nie Volksdeutsch. Ale moja mama powiedziała, że jej się nic nie należy, bo mąż był Polakiem, mimo tego, że pracował w wojsku austriackim, bo innego nie było”.

„Myśmy mieszkali na osiedlu oficerskim w Krakowie, więc Niemcy nas wyrzucili stąd. Nasza mama (...), znajomi ją zabrali do siebie. A myśmy byli tak po całym Krakowie, raz tu, raz tam, raz ówdzie. (...) I znaleźliśmy mieszkanie w domu żydowskim, (...) z którego wyrzucono właścicieli”.

Pomoc

„W związku z mężem mojej siostry, moim szwagrem, mieliśmy też kontakty i znajomości. Dużo zresztą, sporo, właśnie z Żydami. I bardzo dobre stosunki, bardzo dobry był układ stosunków”.

„Okazało się w czasie wojny, że u nas, przez nasze mieszkanie, to się przewalały wszyscy znajomi, ci znajomi Żydzi, którzy nie mieli gdzie być, gdzie spać, to bardzo często te parę dni czy ile to byli u nas”.

„Na przykład był ojciec koleżanki mojej siostry, Solecki, Żyd. To on był tak: parę dni u nas, potem gdzie indziej, bo trzeba było zmieniać miejsca pobytu... (...) On bardzo często u nas nocował, a potem na dzień gdzieś szedł, ale przychodził znowu na noc”.

„Potem dziewczynka, ta Sztegierówna mała. (...) może miała osiem lat, może dziewięć lat. (...) przez prawie 4 tygodnie. Ona umiała i pacierz, i »Ojcze Nasz« i Pan Bóg wie co jeszcze, wszystko, więcej umiała niż ja. (...) Potem ktoś po nią przyszedł z grypsem, z pismem do mnie od ojca, który z kolei chował się gdzie indziej (...). Ja ją zaprowadziłam pod ten adres, który dostałam”.

„Papiery - fałszywa metryka, fałszywa kenkarta i to wszystko było ze Wschodu, tam gdzie byli Rosjanie, to znaczy Niemcy nie mieli w ogóle możliwości sprawdzenia tego. (...). Z miejscem urodzenia tam właśnie na Wschodzie, już za granicą, gdzie Niemcy nie mogli dotrzeć wtedy”.

Eugenia Hirsz

„I tutaj została ta matka. Została ta matka i teraz się zaczęło. Częściowo była u nas, ja ją przewoziłam. (...) na starych ludzi Niemcy polowali naprawdę jak na dzikie zwierzęta. To było coś okropnego”.

„Ja ją woziłam parę razy od nas z domu do (...) mojej matki znajomej, która ją przyjęła i po prostu chowała. I była taka sytuacja, zdawałoby się może humorystyczna, ale przyszli Niemcy na rewizję do domu. (...) I schowały się, (...) pod fortepian, który był nakryty taką kapą, która spływała do ziemi. (...) A ci widocznie byli zbyt leniwi, aby szukać, bo i takie były sytuacje, pooglądali, pooglądali i wyszli, i znowu raz ich uratowało”.

„I myśmy ją umieścili w Krakowie, na Krakowskiej ulicy, tam był dom brata świętego Alberta. (...) oczywiście zapłaciło się za to. (...) I ja się z nią spotykałam w kościele, vis a vis tego domu (...) i przekazywałam jedzenia trochę i pieniędzy od czasu do czasu. I ona tam była tydzień albo dwa tygodnie. I stamtąd my ją wzięliśmy znowu (...) do tej mojej znajomej, u której ona już raz była, gdzie chowała się pod fortepian”.

„Dopiero później matka sama widziała, co się dzieje, i ona woli wrócić do getta. (...) myśmy jej nie dali wrócić do getta, bo starzy ludzie byli wszyscy przeznaczeni na zabicie, na eksterminację. Także jakoś ją się między znajomymi woziło, całkiem po prostu, nawet w otwartej dorożce w Krakowie, bo Niemcy nie byli przyzwyczajeni do takiej bezczelności, do jakiej są przyzwyczajeni Polacy”.

„I w końcu udało nam się ją umieścić w szpitalu. Ale w szpitalu na terenie getta i przyszła likwidacja getta i ten szpital także został zlikwidowany. Siostra moja (...) wyciągnęła ją z tego szpitala na aryjską stronę. Ja ją odebrałam od niej i umieściłam ją znowu u naszej, u mojej koleżanki gimnazjalnej”.

„I stamtąd ona poleciała pojechać do Warszawy i już nie pojechała, bo ją złapali na ulicy. (...) Ona była wybitnie semickim typem. (...) Ktoś ją poznał na ulicy. (...) Momentalnie ją wzięli z ulicy do getta krakowskiego i później wywieźli już do obozów”.

Ryzyko

„To było szalone ryzyko, bo ludzie wyszukiwali wszędzie, no to ludzie są ludzie, przecież za drugiego, za człowieka dostawali tysiąc złotych, to było nic wtedy, ale było. Ale było. Naprawdę trzeba było szalenie uważać i nigdy nie wiadomo, co było lepiej. Ale jakoś wyszliśmy z tego całego galimatiasu. (...) Był na przykład, w tym domu, w którym mieszkałam, dozorca. Okazało się, że był to donosiciel niemiecki”.

„Boże! Jakie, muszę przyznać, ja się tak bardzo denerwowałam wtedy, 4 tygodnie to dziecko było u nas. (...) Szczęśliwie i cudownie było, że nikt z nas nie został zamordowany, całkiem po prostu. Bo to, że żeśmy zostali obrabowani, ze wszystkiego, co możliwe, ale więcej ich interesowały (...) odznaczenia mojego ojca, bo to były ordery, z których niektóre były pozłacane”.

Szczęście

„Kiedy został, mój szwagier Żyd, aresztowany, dlatego, że w biurze, gdzie pracował, znaleziono dolary. (...) I zabrano go, to był oddział gestapo w Krakowie (...), no to wiedzieliśmy, że jest groźna historia, no bo i Żyd, obrzezanie, łatwe bardzo do zidentyfikowania, ale poszedł. (...) ten Niemiec miał jakiś widocznie dobry dzień, czy półdobry dzień, bo powiedział im, żeby poszli i nie pokazywali się więcej mu na oczy. (...) A co się okazało tego Niemca, on był z Hamburga i wtedy był strasznie silny nalot na Hamburg. I on się tak przejął, rodzinę miał w Hamburgu, tak się przejął tym wszystkim, że prawdopodobnie tutaj sobie zrobił wąziutką ścieżkę do Pana Boga”.

Rosjanie

„Weszli Rosjanie 18 stycznia do Krakowa. To malutkie dziecko [Hirszów – przyp. red.], które miało wtedy miesiąc, nawet nie, na smoczku, mleka nie było, nie było nic. On pił wodę rozmieszaną z mąką, takie maleństwo”.

„Hirsz było jego nazwisko, ale on bardzo mądrze zrobił, złożył wniosek zaraz jak wojna się skończyła, zaraz jak Niemcy poszli, złożył wniosek o zmianę nazwiska. (...). I już dzieci są na tym nazwisku, już wnuki i wszystko idzie tym nazwiskiem Grygorowicz”.

„Siostra mojego szwagra, która była w Niemczech, przeżyła obóz i wróciła do Krakowa. (...) Wróciła piechotą z granicy niemiecko-francuskiej, aż tutaj”.

„Matkę umieściliśmy od razu u znajomych, żeby odetchnęła trochę po tych wszystkich przejściach. (...) myśmy się przenieśli tutaj już do Jeleniej Góry, a tamto mieszkanie zwolniliśmy”.

Medal

„Siostra jego była tą osobą, która złożyła wniosek o wpisanie mnie. Nie wiedziałam o tym, że zostałam zgłoszona, że ona, że ta szwagierka moja podała tam właśnie do (…), wniosek z przechowywaniem”.

„Ja pojechałam do Wrocławia, no i tam wręczenie tego nadania i tego medalu. Sympatycznie było, takie małe przyjęcie-nieprzyjęcie czy coś takiego. I na tym się skończyło, zabrałam to pod pachę i przyjechałam całkiem po prostu. (...) Ludzie nie są zainteresowani zupełnie, najbliżsi wiedza, że coś takiego było, ale tak to nie, ludzie nie są zainteresowani”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Więcej

Bibliografia

  • Żulikowski Piotr, Wywiad z Leonią Gregorowicz, Jelenia Góra 31.07.2010