Rodzina Żórawskich

powiększ mapę

Relacja Henryki Żórawskiej

W czasie okupacji w Lublinie Henryka Żórawska, jej rodzice i mąż ukrywali znajomą Żydówkę Fryderykę Safir.

„Po skończeniu gimnazjum Władysławy Arciszowej w Lublinie, prywatnego gimnazjum, poszłam na dwuletnią pedagogikę. Następnie dostałam zezwolenie na pracę w szkołach podstawowych. Pierwszą moją pracę otrzymałam w szkole w Kraśniku. Tam mieszkałam razem z koleżanką, Żydówką, Safir Fryderyką. Mieszkałyśmy razem 4 lata, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. (…) Ona była asymilantką. Po 4 latach dostałam się do Lublina przez wzgląd na pracę w harcerstwie. Wtedy się rozstałyśmy, ale utrzymywałyśmy ze sobą kontakt.

Potem, jak przyszli Niemcy ona była dyskryminowana. Jakiś czas w Kraśniku mieszkała, potem uczyła czyjeś dzieci pod Kraśnikiem. Ale jak już było tak źle, przyjechała do nas. Mieszkałam na Krakowskim Przedmieściu 59, ale nas Niemcy oczywiście wyrzucili z tego mieszkania, bo im się bardzo spodobało. To było malutkie mieszkanko, dwa pokoiki z kuchnią, ale bardzo się Niemcom spodobało, bo było czyste. Wtedy żeśmy się przeprowadzili do moich rodziców i ona z nami się przeprowadziła. Wówczas ja byłam już mężatką. Mąż miał na imię Wacław. Około dwa lata mieszkała z nami na ulicy Łęczyńskiej 14.

Kiedy ukazały się niemieckie afisze, że za ukrywanie Żydów grozi śmierć nie tylko tego, kto ukrywa, ale całej rodziny, że Żydzi to wesz, tyfus, bo tyfus plamisty wtedy ona już wiedziała, że nie może być u nas dłużej, ponieważ do nas dużo osób przychodziło, które wiedziały, że ona jest Żydówką. Nie chodziło tylko o nas, ale i o nią. Fryderyka nie była w żadnym ukryciu, żyła z nami, pomagała w gospodarstwie mojej matce. Ja uczyłam w szkole podczas okupacji.

Getto zostało zamknięte. Coraz bardziej Żydów ściskali. Potem zostawili tylko dobrych rzemieślników. (…) Mnie akurat się dziecko, w 1940 roku w styczniu, urodziło, córka. Więc mąż, czym mógł to handlował. Miał jakiś patent na handel obnośny. Jakimiś materiałami, mydełkami… Wszyscy czym mogli, to handlowali. (…) Każdy jak mógł, to się czepiał, żeby jakoś wyżyć.

Potem było tak, że wszystkich, nawet niepracujących, na roboty do Niemiec wywozili. Poszłam z nią ze strachem do Arbeitsamtu, potwierdzić, że pracuję i że potrzebna mi jest pomoc w domu. Nawet ja nie bardzo chciałam, ale on miała wyczucie, powiedziała, żeby koniecznie. I poszłyśmy. Akurat pracowała jej znajoma, znajoma z widzenia, która mieszkała niedaleko nas. Polka. Dała zaświadczenie, które było ważne krótko. Potem wszystkich zabierali. Dała zaświadczenie, że Fryderyka może być do pilnowania dzieci. Dała nam to poświadczenie nie wiedząc o tym, że Fryderyka jest Żydówką. Specjalnie nie była podobna. Może się można było trochę rysów dopatrzyć, ale nie bardzo.

A potem nas ogarnął strach… Przyjechał taki jeden, którego baliśmy się. Ojca znajomego syn z Przemyśla. Potem się okazało, że on był donosicielem. Chociaż na nas nie doniósł. Nie wiem…, może jej już wtedy nie było. Ale baliśmy się, bo jego ojciec wiedział.

Ona to przemyślała i powiedziała, że pojedzie do swojej rodziny. I pojechała. Na stację się ją odprowadził brat męża, może nawet odwiózł ją do Przemyśla. Tam miała znajomych. Ale w Przemyślu nie bardzo się mogła ukryć, bo tamci znajomi też byli Żydami, też im groziła śmierć. (…) Wówczas Fryderyka pojechała do Tarnopola. Była tam jakiś czas. Sprzątała u Niemców. Coś tam robiła, bo to była kobieta bardzo elokwentna, sprytna. Bardzo ładnie po polsku mówiła, bardzo czysto.
Stale miała z nami kontakt, stale z nami korespondowała. Kołczewska, ta która też dostała medal, też się z nią przyjaźniła. One jednak nie mieszkały razem. Ona jej wysłała kenkartę. Kupiła taką grubą książkę, pod oprawę włożyła kenkartę i wysłała na nazwisko Michalewskiej Teresy, ponieważ tam w Tarnopolu Franciszka nawiązała kontakt z Polakami. Jedna z Polek dała jej swoje nazwisko i imię. I pod tym nazwiskiem podczas okupacji myśmy korespondowały – ona jako Michalewska Teresa.

Potem ona stamtąd się wykradła i pojechała do Krakowa. Tam już nie miała znajomych. Zaczepiła się do dzieci. Ponieważ była bardzo dokładna, pani hrabina Bistingowa ją obserwowała i po jakimś czasie zwerbowała ją do siebie. Była bezpieczniejsza, bo Niemcy hrabiów nie prześladowali. Tam zajmowała się dziećmi, szczególnie najmłodszym chłopcem. A potem ci państwo wyjechali do Szwajcarii. Jeszcze pomagała im się pakować. Później i Fryderyka tam pojechała. Nie była podobna do Żydówki i miała akcent czysto polski. Sposób mówienia miała bardzo dobry. W ogóle była bardzo dobrą polonistką. Oczywiście nie przestrzegała jedzenia tak jak Żydzi (...). Śmieszne, bo jak myśmy mieszkały razem, ja lubiłam na wiosnę zieloną cebulę, a ona mówiła, że nie lubi: >>Z bratem myśmy sobie zaprzysięgli, że nigdy cebuli nie będziemy jeść<<.

Nawet raz przyjechała do Lublina, przed wyjazdem do Szwecji. Tam była przez długi czas. Ze Szwecji przeniosła się do Ameryki. Tam miała jakiś krewnych. Jak to ona mówiła - miała krewnych bogatych i biednych, i do tych biednych zajechała, i to ci biedni jej pomagali, a ci bogaci właśnie nie. Stale do mnie listy pisała. Tam pisała jaka jest wdzięczna, jak myśmy jej pomagali, że mój ojciec był też dla niej taki dobry, matka... Cały czas tak serdecznie do nas pisała. Aż wreszcie umarła. Była ode mnie starsza o jakieś 6, 7 lat.

Nie myślałam o odznaczeniu. Jak ją wtedy ukrywałam, to z serdeczności, z życzliwości. Bardzo się lubiłyśmy. Myśmy się w ogóle nie starali o odznaczenie Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, ale przeczytaliśmy w prasie, że Polacy wydawali Żydów, że są podli i tak dalej. Mój mąż przeczytał te rozmaite artykuły i powiedział: >>Słuchaj, tak jest i tak jest… Ogłosili w sądzie, żeby się zgłaszać<<. Nie miałam ochoty iść tam, ale mąż mówi: >>Trzeba, bo co mają Polaków oskarżać<<. I poszliśmy. Bardzo sympatyczny sędzia na emeryturze, który z nami zrobił z nami wywiad i na tym się skończyło.

Po długim czasie dostaliśmy list, żeby zgłosić się do ambasady izraelskiej. I żeby im przedstawić jakiś listy od tej osoby uratowanej i żeby nasze zeznania były notarialnie potwierdzone. Odpisałam, że nie będę przez notariat się starała, bo ja bym się wstydziła Fryderyce powiedzieć, że takie rzeczy robię, że ja tego nie zrobię, ale mogę im podać numer telefonu do Ameryki. Miałam jej numer telefonu. (…) Byłam pewna, że to już koniec. A potem znowu dostałam papier z ambasady. (…) Ja nie myślałam o odznaczeniu, bo ja ukrywałam z serdeczności, z życzliwości. Bardzo żeśmy się lubiły. A w tym roku przyszło pismo w grudniu, żeby zgłosić się w Muzeum na Zamku 11 o godz. 14. (…) Poszłam i dostałam odznaczenie. Mój mąż też został odznaczony. Na medalu napisano: „Henryka Żórawska i Wacław Żórawski”.

Moja córka, Krystyna, mówi: >>Ja nie chcę żadnego posagu, tylko, mamo, daj mi ten medal<<. Bardzo to ceni. Bardzo ceni…”.

Fragmenty wywiadu z Henryką Żórawską w opracowaniu M. Grudzińskiej i A. Marczuka publikujemy dzięki uprzejmości Państwowego Muzeum na Majdanku.

Więcej

Bibliografia

  • Madała K., Wywiad z Henryką Żórawską, Rzeszów 20.01.1995