Rodzina Kurasiów

powiększ mapę

Audio

2 audio

Więcej o rodzinie Kurasiów

Państwo Kuraś z córką Joanną i dwoma synami mieszkali przed wojną we Lwowie. Na początku wynajmowali tam mieszkania: „Myśmy na przykład mieszkali w jednym (…) domu. Był korytarz, po jednej stronie byli Żydzi, z dziećmi, pięcioro dzieci było, myśmy się razem z nimi bawili, a po drugiej stronie myśmy byli, trójka dzieci nas była. Tak, że była zgoda i nie było żadnych ani kłótni, ani niczego” – opowiada Sprawiedliwa w wywiadzie dla Muzeum Historii Żydów Polskich.

Z czasem Kurasiowie wybudowali swój dom, zaopatrując się w materiały w sklepie należącym do pani Pops. Joanna wspomina: „ona miała hurtownię budowlaną. A myśmy się budowali przed wojną. I moja mamcia się z nią tak po prostu załatwiała różne, jak materiały różne są potrzebne, do budowy, tak się zaprzyjaźniły.”

Wojna

Kiedy rozpoczęła się okupacja niemiecka, naziści przesiedlili rodzinę Popsów do tworzonego od września 1941 r. getta lwowskiego. Wówczas pani Pops poprosiła Kurasiów „o użyczenie nazwiska” w celu wyrobienia „aryjskich dokumentów” dla zięcia i siedmioletniego (wg relacji pani Joanny) wnuka. Od tej pory Henryk Stalmeister przedstawiał się jako Henryk Kuraś, brat Karola, a jego syn otrzymał nazwisko Marian Kuraś.

Mężczyźnie udało się znaleźć dla siebie i żony, Fanki, bezpieczne schronienie w miejscowości Skole (ok. 100 km od Lwowa), gdzie dostał pracę kierownika tartaku.

Ukrywanie Marianka

Wyprowadzeniem ich syna Marianka z getta zajęła się piętnastoletnia Joanna Kuraś. Getto nie było jeszcze ogrodzone, trwały przesiedlenia. Wspomina: wokół „ta straż chodziła bez przerwy, a ja taka młodziutka, szczuplutka, blondyneczka szłam i jakoś się nawet Niemcy, jak stali, to: >>Fräulein, Fräulein<<, a ja tak szłam pewnie z książkami”.

Marianek został u Kurasiów przez niecały rok. Udawał kuzyna Joanny. „Mojej mamci on mówił >>ciociu<< i mojemu tatusiowi mówił >>stryjku<<” – opowiada Sprawiedliwa. Był tam też mały Mundek Pops.

Joanna Błaś z domu Kuraś relacjonuje: „Któregoś dnia ja byłam sama i był Marianek, i był ten Mundek. Tatko mój był w pracy, moja mamcia pojechała do Tarnowa do swojej siostry. A moi bracia byli w szkole. Przyszło dwóch Ukraińców, policjantów ukraińskich.

Powiedzieli tak: „Czy u nas jest taki chłopczyk Marianek?”, ja mówię: „Tak”, „Kto to jest?”, ja mówię: „Mój kuzynek, mojego stryjka syn”. A on mówi, „Jest?” Ja mówię, „Jest”, on leżał. A on mówi: „Jak się nazywasz?”, „Marian Kuraś”, „A zdejmij spodenki”. To ten się rozpłakał. Ten Marianek. „No czemu? Zdejmij“, bardzo grzecznie się zachowywali. „Zdejmij spodenki”, „Nie, nie zdejmę”, „Dlaczego?”, „Bo ja się wstydzę”.

I on wtenczas mówi tak, że „Doszły nas słuchy, że wy przechowujecie żydowskie dziecko”. No ja oczywiście mówię, że „Nie, to jest mój kuzynek”. Ale on mówi: „Ubierać się” i zabiera, i mnie też. Ja tak się rozpłakałam niesamowicie, ja klękłam, całowałam go po rękach, po kolanach, błagałam, żeby mnie zostawił. I nie wiem, co było. W każdym razie, że oni wzięli i zabrali [Marianka] i mnie zostawili.” 

Po tej rewizji wywołanej donosem, Mundek Pops i Marianek znów trafili do getta.

Drugie wyjście z getta

Po około dwóch miesiącach, na prośbę rodziców Mariana, Joanna wraz ze swoimi braćmi jeszcze raz udała się do getta, aby go wyprowadzić.

„Był gdzieś lipiec może, bo było ciepło. No i tak, że wieczorem, moi bracia, jak to chłopaki. Chłopak się wszędzie wkręci gdzieś tak. (…) Tak że oni tam przyszli, przez tą dziurę, taka nieduża dziura, no i oni tam czekali, i ten Marianek się przesmyknął przez tą dziurę” – opowiada.

Joanna Błaś przewiozła chłopca do jego rodziców do Skole: „Bałam się iść do stacji, na Dworzec Główny, tylko pierwsza stacja za Dworcem to był Skniłów. I tak, że moi bracia ze mną i z Mariankiem poszliśmy do tego Skniłowa, to było chyba, no, parę kilometrów do tego Skniłowa i tam wsiedliśmy w pociąg. Kupiłam bilety, wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do Skolego”.

Tam okazało się, że Marianek ma tyfus. Nie mógł być leczony w szpitalu. Pani Joanna tak opowiada o jego chorobie:

„Przyszedł lekarz, z tą opaską z Gwiazdą Dawida. To znaczy Żyd. No i on go zbadał. To jest ważne. I on go zbadał i mówi: „Natychmiast do szpitala zakaźnego! On ma tyfus.” A on przyjechał, ja go wiozłam z tyfusem. I tego. A on [Henryk] mówi: „No panie doktorze, po co, przecież zostanie.” Lekarz na to: „Panu nie wolno, pan pracuje, żona pracuje… jak pan sobie wyobraża, nie wolno z dzieckiem, dziecka zostawić, do szpitala natychmiast!” „Ale on nie może.” „Jak to nie może? Musi! To jest mus!” „Panie doktorze, to jest dziecko żydowskie”. A ten doktor tak: „Ludzie, coście wy mi zrobili, ja nie chcę tego słyszeć!” Mówi: „Panie doktorze, jest pan Żydem, to pan zrozumie, to jest dziecko żydowskie, ono nie może iść do szpitala”. „No co ja mam zrobić, co wyście mi zrobili?” On się bał. A ten: „No musi zostać”. „A kto z nim będzie? (…) A ja tak stoję, ja mówię: „Ja zostanę panie doktorze”. A on tak popatrzył na mnie i na nich i mówi: „To ona wie?” No bo widział, że ja nie jestem Żydówka, nie? A nawet nie wiem, do dziś dnia nie wiem, czy ten lekarz wiedział, czy się dowiedział, że oni są też Żydami, czy on myślał, że oni ukrywają to dziecko, tego to ja nie wiem”.

Dzięki opiece Joanny chłopiec wrócił do zdrowia.

Inni potrzebujący

Joanna Błaś i jej rodzice pomagali także innym członkom rodziny pani Pops, ukrywającym się po „aryjskiej stronie”. W domu Kurasiów ukrywały się jakiś czas jej dzieci Mundek i Róża Abraham. Róży udało się przedostać do Skolego i dołączyć do Henryka i Fanki. Mundek i pani Pops zginęli w getcie.

Również dalsza rodzina Popsów - Raubvoglowie mogła liczyć na pomoc Kurasiów. Joanna odwiedzała ich w Skolem. Z reguły była przedstawiana jako krewna ze Lwowa, co dostarczało dodatkowego potwierdzenia dla przybranych tożsamości. Udało im się przetrwać okupację.

Joanna Błaś wspomina: „Ja ich uratowałam i masę rzeczy, na przykład, załatwiałam im we Lwowie, których oni nie mogli załatwić sami, to ja, oni mieli znajomych, na przykład takim był doktor Nowak we Lwowie, to ja tam do niego często przychodziłam, zanosiłam jakiś list, on tam wiedział, co ma zrobić, później mi odpowiedź dawał, ja tam im zawoziłam. To takim gońcem byłam, jakby”.

W okresie wycofywania się wojsk niemieckich Fanka, Henryk i Marianek Stalmeister zginęli z rąk nieznanych sprawców, prawdopodobnie związanych z UPA.
Joanna Błaś wspominając chłopca, ma łzy w oczach: „Tak mi go szkoda, bo tyle z nim przeżyłam. Poświęciłam dla niego… i taki człowiek, tak mi go żal. No, dzisiaj to on by już miał siedemdziesiąt chyba cztery lata. Jakby żył”.

Po wojnie

Kurasiowie zostali przesiedleni na Dolny Śląsk. Raubvoglowie wyemigrowali do Izraela, a następnie do Stanów Zjednoczonych.

Jedna z ukrywających się dalszych krewnych rodziny Stalmeistrów – Ewa Raubvogel (siostrzenica Fanki Stalmeister) utrzymuje kontakt z Joanną. To właśnie ona złożyła oświadczenie, przyczyniając się do uhonorowania całej trójki tytułami Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Medal przyznano im w 1993 r. Odebrali go 9 listopada 1994.

Więcej

Bibliografia

  • Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, 349, 1663
  • Maksimowska Agata, Wywiad z Joanną Błaś, Wałbrzych 4.04.2009
  • Gutman Israel red. nacz., Księga Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, Ratujący Żydów podczas Holocaustu, Kraków 2009