Pfeiffer Aniela

powiększ mapę

Audio

5 audio

Relacja Anieli Pfeiffer

Ja teraz Pffeifer się nazywam, z domu Gardzińska. Urodziłam 20 kwietnia w 1916 roku w Świerżach. Już teraz mam 92 lata. Uczyłam się po ludziach. Nigdzie nie chodziłam do szkoły, bo nie było nas stać. Nieraz jedzenia brakło. Gdzie mnie kto wziął, tam się uczyłam. Patrzyłam. Nauczyłam się gotować.

Wszystko się działo w Świerszczowie. Ojciec pracował po dworach. Tam gdzie służył, mogłam się urodzić. Poszedł do drugiego dworu, to mnie zabrał. Później poszłam do służby. Moje dzieciństwo. Nie miałam rozkoszów, tak jak dzisiaj dzieci. Dlatego bidę poznałam i widziałam, że im [Żydom] bida się dzieje.

U dziedziczki służyłam jako kucharka. W dworze miałam swój pokój. Z pokojówką Broncią mieszkaliśmy razem. A zaraz przez ścianę mieszkał ogrodnik. Broncia wiedziała o tych Żydach, więcej nikt. Ale później dowiedział się ogrodnik. „Pani Anielu, pani myśli, że ja nie wiedziałem.” „A kto panu powiedział?” „Widziałem, po paninych śladach.”

Cały czas robili [Żydzi]. Pracowali we dworze zanim ich wywieźli. Ale mieszkali we wsi.
K., podły człowiek. Zabrali ich na furę i powieźli do Cycowa. Rano poszłam do siostry, tam na Czworaki, wracam stamtąd, a oni wiozą całe fury Żydów, co we wsi mieszkali. Całe fury. I tylko mówią: „Do widzenia pani Anielu!” Pomachali rękami. Niektóre to płakali na tym wozie.

Zanim wyjechali, chowali się w piwnicy te wszystkie Żydzi. Tam ich było może 11 albo 12 osób. W garnek kawy rozrobiłam, wzięłam kawałek chleba i poleciałam do nich. Lecę a tu ślady są na śniegu. To była dla mnie kropka. Nie widziałam, gdzie się skryć z nimi. Ale zaniosłam im parę razy.

A ogrodnik, ogrodnik zauważył moje ślady, jak tam nosiłam jedzenie. Zaszedł tam. Jak spojrzał na nich, to mówi „serce mnie bolało”. Nie powiedział nikomu. Nieraz, jak coś miał, to też im zaniósł. Już dawno nie żyje.

Loch
Była kuchnia, a dali [dalej] w parku był loch. Lód tam kładli. I oni tam siedzieli te Żydy, cała kupka ich. Jeden był ubrany, drugi nie ubrany. Trzęśli się, aż skóra na nich trzeszczała. Głodowali. Zanosiłam im bochenek chleba. Co to jest dla jedenastu osób?

Jak jedzenie nosiłam, to przerzucałam w ich garnek, żeby się nie wydało, że to dworski garnek, że ja zaniosłam jedzenie. Jeżeli już, to że niby same sobie wzięły.

A w nocy wychodzili, szli do ludzi, żeby im dali coś zjeść.
Nie wiem, co się stało. Któraś z nich musiała wyjść.
Później ich złapali, to już ich nie było.

Wywózka
Kazali polecieć po człowieka, któren tam pracował. „Zawołaj, żeby zaprzągł konie i odwiezie ich do Cycowa.” Wiedziałam, że w Cycowie ich roztrzaskają. Zabrali ich na furę. Do Cycowa wywieźli. Całe drogę tylko jedna płakała. Tuliła się za matkę i płakała, że ona chciałaby żyć, ona chciałaby żyć koniecznie. Powieźli ich do Cycowa.

Na drugi dzień pytam Ślusarka: „No i co oni zrobili z nimi?”, a Ślusarek mówi: „A... lepiej nie patrzeć na takie tragedie. Kazał im odejść kawałek w pole. Odeszli. Wyszedł z karabinem i tylko tra ta ta. Wybił wszystkich i tyle mieli.
Ja tam nie byłam. Nie mogłam widzieć. To jest 5 kilometrów od Świerszczowa. 

(Mówi Pani Mila, córka Anieli Pfeiffer):

 

Ktoś mówił, że mężczyzn wcześniej wywieźli. K. za jakieś pieniądze miał ich gdzieś wywieźć. Obiecał, że ich uratuje. Wziął duże pieniądze, wywiózł do Trawnik. I wydał Niemcom. Kiedy mężowie nie dali znaku życia, kobiety pochowały się.

Dziewczynka wylazła z piwnicy. Poszła jeść w nocy prosić. Matka wysłała ją do K. A ten ją zbił, skatował, żeby wydała, gdzie oni są, gdzie się pochowali. Z tą dziewczynką przyszli. Dał znać Niemcom. Przyszli i zabrali wszystkich. A później, jak ich wywieźli do Cycowa, ciotka powiedziała, że jej siostra ze swoją dziewczynką na strychu siedzi.

Najgorzej córkę pamiętam. Jak ona miała na imię? Zapomniałam. Ta starsza Chana się nazywała. Młodsza Józkowa, matka jej, a ją zapomniałam. Józkowa to było od imienia męża. Ale ona mi o mężu nic nie mówiła. Bo nie było kiedy rozmawiać. Małka to była siostra Józkowej. A Chana? Chana, Chana. A może to ta mała Chana się nazywała. Nie mogę sobie przypomnieć. To tyle lat.

Rodzina Chany
Ta dziewczynka przyszła w nocy. Nie wiem, jak ją psy puściły. Z jednej strony pies, z drugiej strony pies. W nocy, nocy przyszła. Ktoś stuka... Myślę se: kto? Ona: „Chana”, czy jak... Taka nieduża dziewczyna. Mogła mieć 13,14 lat.

„Pani, zakryj mnie, żebym ja chciała żyć.” Jak się rozpłakała, mnie za serce ścisnęło. Zaraz za ścianą mieszkał dziedzic. Usłyszał... „Pod stół!” Ona pod stół wlazła. Wychodzi dziedzic.
- A co Anielcia tu robi?
- Chleb piekę, żeby na rano był świeży. Nie mogłam w dzień to teraz.
Pokręcił się i poszedł. Już my z tą dziewczynką cichutko mówili, żeby nie było słychać.„Pani, ja chcę żyć. Ja pragnę życia!”

Tak ona rozpłakała się, aż serce bolało patrzeć na to dziecko. „A gdzie twoja mama?” - pytam. „Mama na razie w domu została z matki siostrą, a Żydzi, każden gdzie może, tak się kryje” - mówi.

Dziewczynę przyjęłam. Rano ją wypuściłam i mówię: „Uciekaj, żeby cię nikt nie widział! Tędy leć, koło psich bud, za parkiem, dziurą się wysuniesz na targ, na ulice. Do domu uciekaj!”

I poleciała. Przyszły wtenczas, kiedy u nas Herody były robione. Matka, Chana i jeszcze ciotka. Cóż, wiedziałam, że któraś przyjdzie, ale nie wiedziałam, że aż ich tyle.

Przecież służyłam, nie mogłam brać dziedziczki jedzenia i dawać. Piekłam w nocy chleb, żeby im dać. Później znowu prosiłam dziedziczki, czy mogę trochę więcej kaszy na krupnik. Jutro krupnik gotuję. A kaszy zaczerpnęłam zawsze więcej z garnka. Też dla nich. To były ciężkie czasy, trudne do zniesienia.

„Pani Anielu, pani Anielu!”
Spojrzałam, oni na górze. Mówię „Jak mnie wydacie, to wszystkie wyginiecie!”
Ja się bałam wtenczas. Mogli mnie wygonić, mogli mnie Niemcom oddać czy coś.
„Nie, na pewno cię nie wydamy.”

Weszli po schodach i na górę, na strych. Tam siedzieli, a ja im jedzenie donosiłam. Żydzi. Pochowali się tam, ta Józkowa z tą córką. I jej siostra. Tylko te trzy. Tam siedziały, jakieś ze trzy tygodnie.

Co mogłam. Dzieci nie zjedzą chleba, to ja cap ten chleb w torebkę i pod szafę pchałam. Tam pies nie wlezie, nikt nie weźmie. Chleb jak dla nich upiekę, pod szafę wszystko. A kiedy mam okazje, to wtenczas im zaniosłam.

Małka mówiła: „Ja Pani dam dwie poduchy ładne, pani dam.” Coś jeszcze obiecała... pierścionek złoty. „Ale dałam innemu” - mówi: „Nie oddał mnie.”
Oni mnie obiecywali, a ja co mogłam, dawałam. Mnie szkoda tej Żydówki było, tej małej.

Wydanie
Poszłam na górę i mówię: „Uważajcie! K. by was wszystkich wywiózł. I wam to może być.”
Więcej jak tydzień siedzieli na górze. A potem K... Małka, ta ciotka zeszła. Gdzieś musiała powiedzieć, bo ja nie wiem, co to się stało, że wpadł K. rano i chce się z dziedzicem Wiślińskim widzieć.

K. to był ten, który wydał Żydów, Polak.

Do kuchni zamknął drzwi. Bronkę wygnał. Porozmawiali... i na górę idą. We mnie już powietrze się zamyka. Tyle strachu miałam. Poszłam do swego pokoju jeszcze. Ale szybko wróciłam pilnować kuchni.

Znaleźli ich na górze. Za meblami siedzieli. Mieli jedne pierzynkę małe, a ich było trzy.W zimie. Znaleźli ich. Zabrali z góry, kazali zejść na dół. Ja tylko na te stare spojrzałam. Żeby wiedziała, żeby choć mnie nie wydać. Poszłam do pokoju i zemdlałam ze strachu. Jak stałam, tak upadłam na fotel i... Bronka powiedziała: „Oj, coś Anieli niedobrze, ząb ją chyba boli.”
Złapała kubek wody i niesie mnie. A mnie ze strachu... Strasznie lękłam się Niemców.

Tej starszej nie znaleźli, tej Małki. Była Józkowa z córką. Małkę jeszcze wcześniej zabili.Ale nie mogłam, nawet nie mogłam zejść, żeby pójść na czworaki i zapytać co wy zrobili z tymi ludźmi. Bo człowiek się bał.

Nie słyszałam, by jeszcze ktoś pomagał [Żydom].

Tak zakończyło się nasze życie z nimi. Ja nieraz mówię, żebym ja wiedziała, że to będzie lato, to bym powiedziała „Idźcie do sterty, zróbcie w stercie dziurę i schowajcie się, będzie wam ciepło”. Ale to jest zima, śniegiem zawieje, ślady znać. Nigdzie nie można było się skryć. W lesie się nie skryje, bo też ślady znać. Gajowy popatrzy „ślady, aha, ktoś tutaj nastawiał wnyki.”

Nie było dla nich miejsca do schowania. Dla nich było tylko trzęsienie się ze strachu.
Nigdy nie myślałam, że kiedyś będę o nich wspominać.

Chanę zabili. Ona była taka ładna. Jaka ona była piękna.

Bronia. Tylko wiem, że wyjechała z mężem stamtąd. Taka ich mowa była dziwna. Nie czysto polska. Ogrodnik był kulawy. On się ożenił na Sękowie. Jak ona się nazywała? Tam było we wsi trzy panny. I on jedne wziął. A kto tam mieszkał w czworakach jeszcze? Nie wiem czy ta Maryna jeszcze tam mieszka. Ona już nie żyje. Już stamtąd [z woru w Świerszczowie] nie ma nikogo. Oluśki już nie ma. Jóźka... Do pracy chodziła też we dworze.

Tu zaraz ze szczytu to był kantor, później od kantoru mieszkał J... [Dalej] Sz. mieszkał. On też już nie żyje. Sz. mieszkał razem z matką swoją. Miał żonę, ale z matką mieszkał. Potem tam mieszkał dalej Janek i gumienny. Zapominam jak się nazywał. W jednej sieni mieszkali. Później znowuż mieszkał Antoni.

Mańka, ta była do roboty. Zośka zaraz jakoś wyszła za mąż. Na rogu na górze mieszkała M. z Trawnik. Ona już nie żyje. A na dole kto tam mieszkał, zapomniałam.

Proces
Któregoś dnia [już po wojnie] przyleciał do nas K. Męża na bok wołał. Później mnie prosił - sprawa ma być, żeby za nim świadczyć. Ja mówię: „Panie K., przecież ja pana nie znałam. Nie wiedziałam, że pan się nazywa K. Jak ja mogę teraz za pana świadczyć?”
„Ale niech pani źle nie mówi o mnie.”

Wtenczas sprawa była. Przyszła powiastka po mnie. Pojechałam do Lublina. Bałam się. Jak to powiedzieć, jak ja jego nie znałam, a tera może powiedzieć, że bronią... „Powiem, jak widziałam. Nie znałam, nie widziałam kto to. Przyszedł, wziął dziewczynę.” 

(Mówi Pani Mila, córka Anieli Pfeiffer):

 

W gruncie rzeczy nie osądzili go za te zbrodnie, za to, że wydał tyle ludzi, bo umarł. Jak wojna się kończyła, już w Lublinie dom sobie kupił i wyprowadził się z tej wioski. Później szukał, żeby ktoś kłamał, że to nie on wydawał.

Jedna rozprawa, druga. Odkładali, że chory. W końcu żona powiedziała, że nie żyje.

I na tym się skończyło. Nikt nigdy nie zapytał mnie.
Co ja mogłam za niego mówić, jak ja widziałam, że to on wydał. Bronia zawołała panią dziedziczkę. Chwilę po tym na górę poszli i znaleźli ich.

Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata".

Więcej

Bibliografia

  • Dąbrowska Anna red., Światła w ciemności. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Relacje, Lublin 2008