Cztery rodziny zaryzykowały własne życie, by uratować Marka Altstadta ze Lwowa, żołnierza Wojska Polskiego, który stracił nogę w kampanii wrześniowej.
Najpierw ukrywał się na ul. Koszykowej w Warszawie. Załatwiono mu aryjskie papiery, podjął pracę w Monopolu Tytoniowym. Rozpoznano go tam. „I wtedy – napisał w 1993 do Żydowskiego Instytutu Historycznego – pani Aurelia Marszewska, koleżanka z pracy, natychmiast, bo decydowały sekundy, zorganizowała wywiezienie mnie stamtąd tylną bramą”.
Przywiozła go do swojej rodziny. Mieszkała z matką i siostrą przy ul. Radnej. „Żyliśmy więc wspólnie z nim – napisała Aurelia– bardzo skromnie z zarobków moich i mojej matki, często doraźnie również z pieniędzy zarobionych przez nas wszystkich”.
Był u nich prawie dwa lata. Z dwutygodniową przerwą, kiedy musiały go wywieźć do swoich znajomych na Żoliborzu. Znowu znalazł pracę, w Wytwórni Papierów Wartościowych i znowu znalazł się ktoś, kto zwątpił w jego aryjskość. Przewieziony więc został do Alberta i Florentyny Szartów ze wsi Dębe Wielkie, gdzie doczekał wkroczenia Armii Czerwonej.
Napisał: „Dzięki tej pomocy nie przebywałem w getcie ani nie straciłem życia”.