Kozłowska Marianna

powiększ mapę

Relacja Henryka Kozlowskiego

Moja mama Marianna, po mężu była Kozłowska, panieńskie nazwisko Jung. Pochodziła z przyległej wsi Kozubata. Miała dwóch braci, dziadka, jedną siostrę Lewandowską w Urszulinie i drugą w Dębowcu.

Skąd się znalazł tu mój ojczulek? Oni pochodzą z Gołębia, spod Lublina. Gołąb to podobno była rodzina zatwardziałych Mazurów. To byli dobrze zbudowani, wysocy mężczyźni. Ojczulek i jego brat służyli w Armii Carskiej. Wrócili po siedmiu latach służby. Ojciec już żonaty był. Przenieśli się tutaj. Kupili gospodarstwo rolne, poniemieckie w Zabrodziu, w Urszulinie dom. I tu się pobudowali. A dziadek w Zabrodziu.

Brat Stanisław wrócił w stopniu kapitana armii carskiej. Dokształcił się, ożenił się w Tarnowskich Górach. Zginął w Rosji, w obozie. W 1939 roku dostał się do niewoli. W Ostaszkowie bodajże go zamordowali. Zostawił żonę i syna.

Wojna

Niemcy wpadli do Wereszczyna [ok. 5,5 km na południowy-wschód od Urszulina]. Najpierw rozstrzelali ośmiu Ukraińców i jednego Polaka. Miał nazwisko ukraińskie. Niemcy potraktowali go jak Ukraińca. Przed kościołem zastrzelili. Pochowali od razu. Cała wieś musiała się zejść.

Gehenna rozpoczęła się, gdy Niemcy wszystkich Żydów zabierali, od kołyski do starca. Chorych mordowali w ich domach, na łóżkach. Rodzina Gałmanów mieszkała przed kościołem. To chorego Gałmana w łóżku zastrzelili, a dwóch synów i córkę w Urszulinie za stodołą Grabowskich. Tam leżą zakopane. Nie ma nic, ani kamienia, ani krzyża.

Innych prowadzili do studni dworskiej. Nie było wodociągów, nie było wody. Wereszczyn jest położony dość wysoko i do lustra wody trzeba było kopać kilkanaście metrów. Jak się patrzyło w studnię, tylko oczko wody się widziało. Głęboko. Niemcy strzelali i wrzucali do tej studni. Ale czy każdy martwy doleciał? Połowa postrzelonych mogła żyć jeszcze. Jeden z oficerów niemieckich znalazł małego chłopaczka, który jeszcze nie bardzo chodził. Miłosiernie wziął go na ręce, zaniósł przez palącą się wieś do tej studni. I wrzucił. Ponad 100 osób zostało w studni.

Jeżeli chodzi o Lublin, o ten obóz koncentracyjny, to myśmy wszyscy wiedzieli. Mój pierwszy wyskok, po wyzwoleniu, to do Lublina. Pojechałem, jeszcze z kimś, okazje były, bo wojsko tą drogą jeździło. Pojechałem. Oglądałem wszystko, z bliska. Majdanek.

Nie byłem w Sobiborze, ale wiem, że tam jest obóz. Znałem Polaków, którzy jako robotnicy niemieccy pracowali w tym obozie. Młodzi ludzie. Poszli na współpracę z Niemcami. Można było się gdzieś zaczepić u Niemców i wegetować, gnębić ludzi. Ale to nie było popłatne. Wszystko zginęło.

Dziewczynka [Miriam Zunszajn] pochodziła z Wereszczyna. Tam mieli sklep i dom. Tyle tej mniejszości było żydowskiej w Wereszczynie. Były targi, jak w Urszulinie obecnie. Można było żyć z handlu. Stosunki pomiędzy Polakami a Żydami były, jakie były.

Nie szukała wcześniej innego miejsca. Do nas przyprowadził ją Grajek, komendant. Nic nie miała. Tylko sukieneczkę białą z czerwonymi klinami. Gołą główkę. Ciemna blondynka. I więcej nic. Zaraz ludzie byli ciekawi, pytali, a ileż my za to wzięli od niej. Czy można za pieniądze ratować komuś życie? Ja uważam, że nie. Rodzina Miriam - wszyscy, tak mi powiedziała, wszyscy zginęli w Wereszczynie. Imion rodziców Miriam nie znam.
Była u nas 3 miesiące.

Mieszkanie

Mieszkanie, w którym mieszkaliśmy było nieduże. Od drogi jeden pokój duży, wejście na przestrzał domu i drugi pokój tam, gdzie Niemcy byli [w domu było kilka pomieszczeń, mieszkało kilka rodzin; w jednym z pomieszczeń zakwaterowali się Niemcy- red.].

Miriam mogła wyjść tylko wtedy, kiedy trzeba było. Zauważyliby od razu. Mama dobrze tłumaczyła. Byłem zdziwiony. „Córka mojej Luci” [siostry Sprawiedliwej]. Nauczyliśmy ją przeżegnać się, pacierza, i że nazywa się Kozłowska Marysia. Imię i nazwisko mojej mamy.

Z mamą spała, jadła, rozmawiała. Mama mówiła mi później, że Miriam bardzo się martwiła. Chciała przeżyć dlatego, żeby jej ród nie zaginął. Taka mała dziewuszka, a jak poważnie myślała. Chciała przeżyć, żeby jej naród nie zaginął. Mała, ośmioletnia dziewuszka. Ładne to było.

Nie mogę zapomnieć, jak ona się wpatrywała we mnie, jak przyszedłem i zobaczyłem ją u mamy. Nie mrugała, tylko patrzyła. Jaką podejmę decyzję. Oddam Niemcom? Każę jej wyjść z domu? Na pewno tak myślała.
Nikt nie wiedział. Było pochwalić się czym? Dlaczego? Nie dość, że ona by zginęła, ale my wszyscy i nic by nie pozostało po budynkach. Nikt nie wiedział.

Trudne sytuacje

Był jeden wypadek - przyszedł do nas Stanisław Solarski, młody chłopak, zobaczył ją i pytał mamy, kto to jest. „Córeczka mojej Luci”. Córka mamy w tym czasie mieszkała w Chrzanowie za Lublinem, także nikt nie wiedział, czy faktycznie ma takie dziecko.

Grabniak

Miriam była u nas przez 3 miesiące 1942 roku. A później trafiła do ośrodka [dla dzieci] w Grabniaku. Ukrywający się obywatele polscy narodowości żydowskiej mieli jakiś kontakt ze sobą. Organizacja żydowska się o nią upomniała i zabrała. Ja tak uważam. Ona na pewno wie, ale nie mówiła mi, ja nie pytałem. Za okupacji najlepiej było wiele nie wiedzieć. Odwiozłem ją rowerem. Normalnie na ramę. Szybko, by niewielu spotkać ludzi, którzy się gapią.

Była w ośrodku dziecinnym, zorganizowanym w Grabniaku. To było gospodarstwo rolne na boku zlokalizowane, które miało kilkoro młodzieży żydowskiej. One tam się bawiły. Jeżeli ktoś szedł, to one się chowały. Ktoś to finansował na pewno. Bo podobno rodzina ta, później już po wojnie, pozwalała sobie na lepsze życie. Nie jak to na wsi, rolnik. Ja pracowałem, liczący każdy grosz. Stamtąd właśnie Miriam dostała się do Izraela.

Miałem tam też koleżankę z AK - wyszła za mąż za obywatela polskiego narodowości żydowskiej i wyjechała z nim do Izraela. Mieszkała przez drogę ze mną. Wszystko widziała. Tylko ona umiała nic nie mówić. Młoda jeszcze, dość przystojna niewiasta, Stadnik Krystyna. Rodzice jej pochodzili z Włodawy.
To oni chcieli ją zabrać. My byśmy jej absolutnie nie wysłali. Nigdzie.

Spotkanie

Było takie wydarzenie, długo po tym, jak od nas odeszła. Jadę rowerem do Kozubatki. Z daleka spojrzałem, dwie dziewczynki. Zobaczyły mnie. Siadły sobie i na ścieżce coś rysują. A za nimi mieszkał agent Antek M. Też był w AK, tylko trochę innymi kategoriami myślał. Podjeżdżam bliżej. Spojrzałem, Miriam. Ładnie ubrana. Nie wstawałem. Może i ona szła, żeby się ze mną się zobaczyć, nie wiem, trudno powiedzieć. Nie należało się pokazywać. Bo jedno słowo i... Też stałem w szeregu. Mało brakowało, znalazłbym się w obozie.

Zamordowana Żydówka

Mogę opowiedzieć jeden przypadek. Ukrywała się u Ukraińca w Wytycznie, 5 kilometrów stąd, bardzo przystojna Żydówka. Wysoka, szczupła, zgrabna. Kiedy miała czym płacić, on ją trzymał. W międzyczasie dziecko... A on zgłosił i ją zabrano, przewieziono do Urszulina. Na podwórku zastrzelono i dziecko, i ją. Niemcy.

Stosunek AK do Żydów

W organizacji, naszej, AK-owskiej- o tym nie mówiłem- stosunek do mniejszości narodowych był moim zdaniem bardzo dziwny. Nie chcę tu określać, nie chcę dyskutować, nie chcę na tą organizację absolutnie nic złego powiedzieć. Walczyła z Niemcami, z faszystami niemieckimi, to była sprawa podstawowa.

Nie mówiłem naszej organizacji AK-owskiej, że jest u mnie Miriam, ponieważ zdarzył się wypadek. Chłopak 18-letni ukrywał się w Dębowcu. Dziś już wiem u kogo i dlaczego to ukrywanie zostało przerwane. Jakiś czas u nich był. Ale bali się o rodzinę i kazali mu odejść. Rodzina Sz., tak się nazywali.

On zaczął szukać miejsca, żeby się gdzieś zaczepić. Chłopcy grali w karty, oczywiście przy lampie, bo nie było światła jeszcze wówczas, światło otrzymaliśmy tutaj daleko po drugiej wojnie światowej. I coś mignęło im przed oknem. Pijani nie byli, wyskoczyli, złapali. A to był obywatel polski narodowości żydowskiej z Urszulina. Gidala miał na imię. Już prawie dorosły chłopak. Znałem, bo to sąsiedzi moi byli.

Na drugi dzień spojrzałem - pod posterunkiem chłopaki z AK. Znałem ich. Podchodzę, pytam, co tu robicie? A, powiadają mi, złapali Gidalę i przyprowadzili go na posterunek policji granatowej. Ta policja odwiozła go do Cycowa i oddała żandarmerii. Po przesłuchaniu wyprowadzili go na plac, gdzie kopcowano ziemniaki na jesieni, i tam zamordowali. Ja to wszystko znałem, widziałem, przeżywałem.

Jak mogłem mówić, że u mnie jest przechowywana, że opiekujemy się małą Żydóweczką? Jak oni by to potraktowali? Trudno mi powiedzieć. I dlatego po wojnie też o tym nikomu nie opowiadałem. Mama, świętej pamięci, też nie mówiła.

Tego Gidalę niepotrzebnie... Nie wiem, co im strzeliło do głowy. Trzech ich było, grało w karty. Znam nazwiska przecież. Antek M. był w AK, a tych dwóch nie. Antek zginął później, też tak brzydko. Ogólnie mogę powiedzieć, że ludzie, którzy mordowali, okradali, długo nie pożyli. Ja żyję dlatego, że nikomu między oczy nie strzeliłem. Pomimo, że byłem w AK, byłem w wojsku, a w wojsku różnie, spotykaliśmy i bandy itd. Widocznie nie było potrzeby, żeby komuś strzelać między oczy. Też bym nie żył. To już chyba jakieś nadprzyrodzone przeznaczenie, że ten który morduje, sam zginie. I to szybko.

Dwaj pozostali wyjechali na Zachód. K. się nazywali. Niemieckie nazwisko, ale to Polacy byli. Mieli ładne gospodarstwo.

Nie wiem, czy jeszcze jacyś Żydzi z Urszulina albo z Wereszczyna przeżyli.

Po wyzwoleniu służyłem w Ludowym Wojsku Polskim, w Drugiej Warszawskiej Brygadzie Saperów. Wiele widziałem, wiele przeszedłem, dwukrotnie ranny. Warszawę rozminowywaliśmy. Nieszczęścia, jakie spotkały naród polski, były tam na każdym kroku widoczne.

Po powrocie z wojska w zasadzie nie dano mi spokojnie wegetować. Najpierw pracowałem z młodzieżą 9 lat w powszechnej organizacji Służba Polsce, później w Banku Spółdzielczym też prawie 9 lat i w gminnej spółdzielni też ponad 9 lat.

Kontakty z Miriam po wojnie

Miriam od razu wyjechała do Izraela. Tam założyła rodzinę. Prowadziła wycieczki. Wjechali autokarami. Miriam przyszła do mnie z moją sąsiadką. Po tylu latach... Zmieniła się. To była mała ładna dziewczynka, ładna, niepodobna do Żydówki, może troszeczkę.

Wyszedłem i poznaliśmy się po raz drugi. Chciała zobaczyć pokój, gdzie przebywała. Zaprowadziłem ją. Nagrywali chyba rozmowę do telewizji. Wchodziła zobaczyć place - wszystkie budynki po rodzinach żydowskich zostały rozebrane. Zostały 2 gospodarstwa i 2 budynki dwustronne żydowskie. Chciała zobaczyć. Poszliśmy. Tam już śladu nie ma, tylko miejsce. Znałem wszystkich po nazwiskach rodzin: Chyr, Szaja, Kałman. Sąsiadami byliśmy. Czasem się i tłukliśmy, jak to dzieci, pamiętam to doskonale.

Przyjechała, ufundowała obelisk, pomnik w Wereszczynie. Tylko zlokalizowany fatalnie. Ja nie wiedziałem, gdzie to robią, kto to robi. Gdybym wiedział, kazałbym u siebie w ogródku od drogi postawić. Bo komu to przeszkadza? Ktoś nie może patrzeć, niech nie patrzy. A tam stoi przy obórce. Podobno były jakieś kłopoty. Nie chcieli się zgodzić na lokalizację pomnika, chcieli jakieś pieniądze. To taka, przepraszam, głupota ludzka.

Pisaliśmy do siebie z różnych okazji, Nowy Rok, święta itd. Tylko zawsze się zastanawiałem, czy oni obchodzą to czy nie, ja rzymski katolik, a ona wyznania innego. Dzwoniła bardzo często. Ostatnio 2 tygodnie wstecz. Pisała, bo dość dobrze pisze po polsku.

Medal

To ona starała się o to. Ja absolutnie nie. Ja tak ogólnie mam wiele odznaczeń, nawet nie wiem ile, bo nie liczyłem. Nie upominałem się nigdy, o nic. Taką mam naturę. Chcecie, to dajcie, a jak nie to nie. Przeżyję.
Mama umarła w 1978 roku. Nie spotkała już Miriam.

 Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata"

Więcej

Bibliografia

  • Dąbrowska Anna red., Światła w ciemności. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Relacje, Lublin 2008
  • Gulińska Aleksandra, Wywiad z Henrykiem Kozłowskim, synem Marianny Kozłowskiej, Lublin 1.02.2008