Rodzina Pietruszków

powiększ mapę
Zdjęć: 1

Wywiad z Romanem Pietruszką

Przed wojną

„Ojciec przed wojną był właściwie i rolnikiem, i robotnikiem naftowym w kopalni nafty w Borysławiu. W czasie wojny pracował właściwie też w kopalni nafty, tam koło Jasła, jako pracownik przemysłu naftowego. Ale również prowadzone było nieduże gospodarstwo”.

„W naszej wiosce dwie rodziny żydowskie mieszkały, dwie rodziny i obydwie rodziny - biedne rodziny. Jedna rodzina prowadziła sklep, druga rodzina zajmowała się handlem, kupno-sprzedaż koni, zboża, no, różnymi takimi. Z targu na targ jeździli”.

„Czasami też tam, no, angażowali ojca, oczywiście, za opłatą, jak jeszcze nie byli prześladowani i jak powiedziałem, jeździli i zajmowali się handlem, no to jeździli to do Gorlic na targ, do Tarnowa nawet daleko, do Krosna, do Jasła”.

„No znałem, bo właściwie to do szkoły razem chodziliśmy, bo oni chodzili do polskiej szkoły, te najmłodsze dzieci chodziły do polskiej szkoły. (...) Tam jakiś bliższych takich jakichś przyjaźni, no zresztą nawet i różnica wieku była między nami”.

„To była rodzina Lehrmanów i rodzina Weissów. Rodzina Lehrmanów była bardzo liczna, bardzo liczna. Tam było chyba ze siedmioro dzieci...”.

„Tak przestrzegali ściśle swoich obrzędów. To pamiętam, jak w każdy właśnie piątek to wieźli przede wszystkim drób, drób do miasteczka, tam takie małe miasteczko było, Żmigród, miasteczka Żmigrodu. No i tam tego obrządku musiał dokonać rabin”.

Nagonki

„Do czasów wojny te stosunki były poprawne, natomiast w okresie, kiedy Niemcy wkroczyli, rozpoczęli masową propagandę antyżydowską, antysemicką. Pamiętam chociażby taki afisz, bardzo brzydki, jak przedstawiali Żyda jako takiego, takiego najgorszego niechluja i na drzewie, na wierzbie przybity był duży afisz treści takiej: »Stań, przeczytaj, widzu miły, jak się Żydzi rozprzestrzenili, zamiast mięsa, szczura sieka, zimnej wody daj mleka«. To do tej pory zapamiętałem, bo to chyba było, no chyba niesmaczne. Ale to nie tylko jedyny przypadek, bo w różny sposób przedstawiano Żyda jako tego największego wroga, wroga Polaków i wszystkich na świecie”.

„Polacy, ale niektórzy, nie wszyscy, ulegali tej propagandzie, bo były takie momenty, że głośno gdzieś mówiono, że u nas przechowywani są Żydzi. Może gdzieś ktoś zauważył, bo oni czasami szli załatwić sprawy swoje. Wychodzili w nocy oczywiście, no ale nikt nie donosił”.

„Był taki jeden przypadek, że w jednej rodzinie była rodzina żydowska i oczywiście ktoś doniósł, bo z bardzo dokładną precyzją wiedzieli, gdzie są przechowywani, polscy policjanci, oczywiście polscy policjanci przyjechali, wtedy zginęli to małżeństwo i dziecko”.

Getto

„Niemcy postępowali bardzo sprytnie i żeby nie mieć kłopotów, wpierw wszystkich tych Żydów (...) zgromadzili w małym miasteczku, to było tzw. getto Żmigród w Żmigrodzie”.

„Wszyscy ze wszystkich wiosek. Ze wszystkich wiosek! Musieli się przenieść. (...) Tam u Niemców nie było dyskusji! Rozkaz, jak nie, to rozstrzelał na miejscu i koniec”.

„Tam tym biednym Żydom z naszej wioski tośmy zanosili owoce i inne rzeczy za darmo, bo było owoców dosyć w ogrodzie, natomiast innym to i sprzedawaliśmy, no bo tam niczego nie było, a ludzi była masa. Tam ja nie wiem, ale chyba z 10 tys. było w tym miasteczku, gdzie było może 2 tys. mieszkańców przed wojną”.

Kożuch

„Pamiętam taką sytuację, kiedy w Krośnie przyjechał do nas Niemiec (...). No to nie jadł niczego, jak mama poczęstowała, mówi, nie może, nie może. (...) i wśród Niemców byli dobrzy i byli źli. On mówi, nie może zjeść dzisiaj, mówi, był i powiedział nareszcie dlaczego: »Byłem świadkiem w Krośnie jak Niemiec zastrzelił Żydówkę za to, że szła w kożuchu«. Bo było polecenie, jak Niemcy, no, rozpoczęli wojnę ze Związkiem Radzieckim, żeby kożuchy oddawać... Tak to przeżywał, że mówi: »No nie mogę, bo byłem świadkiem... za kawałeczek kożucha człowieka zastrzelił«”.

Likwidacja

„Ich rodziców, ponieważ to byli ludzie starsi, to już do obozu nie zabierali, nie zabierali, tylko rozstrzeliwali, rozstrzeliwali, wywozili w góry i nad grobem rozstrzeliwali. (...) A młodszych brali, brali do obozów, do pracy. I zlikwidowali później to getto, zlikwidowali, wszystkich wywieźli do obozu. (...) Niedługo było tam może pół roku, dłużej chyba nie”. [Getto w Krośnie istniało od sierpnia do grudnia 1942 r. – przyp. red.]

„Ci, którzy mieli okazję, to uciekali i tak ci młodzi też stamtąd, póki była jeszcze okazja. Bo tam w tym getcie nie było jakiegoś takiego strzeżenia, bo pamiętam, że żeśmy chodzili i tam różne i owoce i inne rzeczy nosili, nosili, bo tam przecież niczego nie mieli, niczego nie mieli”.

„No szukali, szukali w różnych miejscach szukali, no. Nie było wielu chętnych  w naszej wiosce, to tylko myśmy pomagali. W drugiej wiosce też był jeden taki pan, nazwiskiem Kiełtyka, który, tego, on też pomagał Żydom, bo tam było więcej tych Żydów. No ale niewiele było tych, którzy pomagali, niewiele. Bali się ludzie, bali, bo u nas za przechowywanie Żydów groziła kara śmierci, to nie było tak jak w innych krajach, tych okupowanych. Za przetrzymywanie groziła kara śmierci i to całej rodzinie”.

Ukrywanie

„No przyszli, bo gdzie mieli pójść? No szukali, na pewno w różnych miejscach szukali, miejsca, gdzie by się przechować, no, no nie chciały zginąć młode dziewczyny”.

„Ze zwykłych ludzkich takich pobudek, no, no wydawało się, że Niemcy, jak uderzyli na Rosję, że oni szybko złamią kark, ale jednak okazuje się, że to trwało do 45 roku. (...) nie wiem, czy nie przychodziły nieraz myśli, nie mnie, no bo to nie myśmy decydowali, ale że w taką rzecz się wplątał, a potem nie było wycofania się. (...) No bo on mógł powiedzieć: »Ukrywałem się tu i tu«”.

„Byli traktowani jak własna rodzina, przecież były bardzo miłe, sympatyczne, nawiasem mówiąc i ładne, takie dziewczyny, bardzo ładne takie”.

„No to była rodzina Lehrmanów (...). Jedna Chajka, druga Maria, a brat ich, Dawid, z bratem, najstarszy tam przyprowadził. Tylko brat najstarszy jako mężczyzna to tu był trochę i tu był trochę, no i... no, bo jako mężczyzna to gdzieś był potrzebny może nawet, na gospodarstwie, żeby coś pomóc, w pracach jakichś tam, nie na polu, bo by każdy zobaczył, tylko gdzieś tam w ukryciu, gdzieś tam w oborze, czy gdzieś w stajni”.

„U nas on mniej przebywał, on wtedy, kiedy tam było zagrożenie jakieś, to wtedy, bo były takie sytuacje, że gdzieś tam coś się stało, no, no, no był przypadek, że gdzieś tam Niemca zabili, no to spodziewali się, że będzie najazd na całą wioskę i tego, i wtedy spalić mogą nawet całą wioskę. No to wtedy stamtąd musiał odejść, no to gdzie miał pójść?”.

Kryjówka

„Były specjalne schowki. W okresie zimy to w stodole był taki schowek, że z tego klepiska można było jedną deskę zdjąć, a tam pod spodem tak jak tunel, tak, że były schowane w tunelu, w tunelu. (...) bo to przecież w każdej chwili mogli Niemcy przyjechać”.

„Tak, tak, zrobiono tam rusztowanie przykryte słomą po wymłóceniu zboża, słomą i tam miały takie... pościel miały tam, żeby i tam przebywały, (...) miały tam wiadro i to znaczy wiadro nie w tym, tylko na zewnątrz na tym klepisku, no a później w nocy wynosili do ubikacji to wszystko. To sami już tam sobie załatwiali”.

„Wieczorami w okresie zimy tak, ale w okresie letnim to nie bardzo mogły wychodzić, bo w każdej chwili... mieszkaliśmy przy drodze, mieszkaliśmy, to mógł przyjechać ktoś. (...) W okresie letnim to były na strychu domu, na poddaszu. (...) nie było tam wiele miejsca, ale schować się i deską zakryć, no ale też schowek był taki, że z takiego prostego spojrzenia nikt nie widział”.

„Prymitywne jedzenie i myśmy jedli, to nie to, że myśmy jedli coś dobrego, to było jedzenie prymitywne, no cóż tam, ziemniaki z zsiadłym mlekiem, no, no tam ze dwa razy w roku to tam jakąś świnię się zabijało, no to wtedy był i tłuszcz, i inne rzeczy, i mięso. Ale tak to normalnie prymitywne jedzenie, no, no, jakieś to mleko, ser. Zawsze były dwie krowy, chociaż nie wolno było dwie krowy trzymać. Też musiała być w ukryciu trzymana”.

„Trochę pomagały nawet i takie drobne rzeczy. (...) pomagały nieraz na chleb umielić, na różne tam makaron i inne rzeczy, to pomagały też w tym. Czy ewentualnie jakieś takie inne prace, które w ukryciu można było zrobić, nie na zewnątrz”.

„Ci Żydzi, tam czekał tylko na to, co mu kto przyniósł do zjedzenia, bo co mógł? Ja mówię, w okresie letnim to oni sobie jeszcze radzili, bo nawet poszedł, nawet i w lesie to poszedł na pańskie pole, udłubał ziemniaków”.

Tajemnica

„Poza tymi ciotkami to nikt więcej nie wiedział, a i tak czasami były pogłoski. O i czasami z tego powodu jak za bardzo w wiosce mówili, że u nas Żydzi się utrzymują, to w tym okresie letnim, no to trzeba było coś zrobić, żeby nie było ich w domu, a żeby byli gdzieś tam poza domem, bo się można było spodziewać, że mówią, ale ktoś może się znaleźć, że doniesie do Niemców, że Żydzi są”.

„Zdarzały się takie przypadki donosicielstwa. Były. W lesie zginęło. W lesie wtedy byli Żydzi, bo byli zagrożeni, (...) między innymi dwie siostry, te, które u mnie, u nas się przechowywały. W lesie było 14 osób i jeden z Polaków (...) doniósł, że tam są Żydzi w lesie i polska policja przyjechała i 7 osób tam zginęło. Siedmiu się udało uciec”.

„Ten, który w sąsiedniej wiosce ukrywał, to wiedział, że i u nas się ukrywają. (...) Jak było tam zagrożenie gdzieś, no to, to wtedy musieli od niego odejść, no jeżeli to było w lecie to jeszcze mogli być gdzieś w lesie, gdzieś w jakimś zbożu, w jakimś tym, ale jeżeli to było w zimie, mróz był to musieli gdzieś iść się ukryć (...) To wtedy przychodzili, i odwrotnie nieraz było, że od nas odchodzili, żeby gdzie indziej być w okresie zimy, bo no musieli gdzieś być, no ale tak już jakoś”.

Front

„Od początku do końca, czyli gdzieś, ten, jakiś, ten, no to Niemcy zaczęli tworzyć to getto tam już w 41 roku. Także do 45, do nas kiedy przyszli Rosjanie, kiedy pierwsza linia była frontu w naszym ogrodzie”.

„Ojciec przyjmował to jakoś spokojnie, że Niemcy w ogrodzie byli, (...) ale żołnierze niemieccy przychodzili nawet do ogrodu i, tego, ale to już ich nie interesowało, bo gestapo już nie, gestapo wyjechało już wcześniej, te wszystkie takie służby. Tu były tylko, no, żołnierze, no. Ten żołnierz, co przyszedł, to nie wiedział, czy to jest córka, czy ktoś inny. Nie pytał się nawet. (...) ale to trwało niedługo, bo trwało właściwie tylko 3 dni”.

„Później już Rosjanie przyszli, poczerniali, no i wyszli i wtedy razem z nami po 3 dniach. Poszliśmy na małe miasteczko - Jedlicze koło Krosna, tam właśnie razem z tymi Żydówkami. Tam żeśmy dotarli. Tam nawet Żydzi nam dali jeden dom, bo był dom, gdzie gestapo zajmowało na stołówkę i łaźnię, czyli był pusty dom i Żydzi też nam dali dom, żeśmy mieszkali. No ja tam mieszkałem do 47 roku”.

„A inni Żydzi grupowo mieszkali po kilka rodzin, bo się też bali jeszcze, bo przez cały ten okres okupacji wystraszeni, zagrożeni na każdym kroku, no więc to w psychice pozostało. (...) One mieszkały w sąsiednim domu obok nas tam. Tak cała rodzina, tam z tym bratem”.

Po wojnie

„No po wojnie starali się szybko wyjechać. Wszyscy Żydzi wyjeżdżali z Polski, wszyscy wyjeżdżali do Austrii. (...) a z Austrii do Stanów Zjednoczonych później wyjeżdżali”.

„Ta karczma była akuratnie, akuratnie tak w środku wsi w obniżonym takim terenie, że nie spaliła się, no i myśmy tam mieszkaliśmy, dopóki własnego domu nie zamieszkali”.

„Później się kontakt przerwał, bo był taki okres, (...) że jak ktoś otrzymywał listy ze Stanów Zjednoczonych, to od razu się tajniak zjawiał: »Co to? Z kim to my mamy kontakty za granicą?«. A jak się znalazł bardziej aktywny, to nawet list nie dotarł do nas, tylko poszedł do kosza...”.

„Po wojnie wszyscy wiedzieli we wsi. (...) pomóc Żydom - nikt tego się nie podjął, żeby im pomóc, no a później po wojnie zazdrość, bo Żydzi wszyscy mieli kilka hektarów, (...) drudzy mieli kilka morgów i te chałupy, no i to przekazali nam (...) Zawsze pamiętali, żeby dla mamy przysłać paczkę”.

Medal

„Mama i najstarszy brat, no a drugi 2 lata młodszy już nie został odznaczony, ja 4 lata młodszy od tamtego, a myśmy największą rolę spełniali, bo nie tam że dorosłego, ojciec miał iść do lasu zanieść jedzenie, jak on miał tyle obowiązków w polu, a tym bardziej, że to podejrzane jest. Idą chłopaki z koszykiem, to idą do lasu, na grzyby, na maliny, na jagody, bo myśmy chodzili rzeczywiście”.

Nagroda

„To byli biedni Żydzi. Tam był jeden Żyd z Krakowa bogaty, to wiem, że on miał tam swoje miejsce i przeżył. U nas był też kilka razy. (...) Pamiętam jak przyjechał po wojnie i do ojca mówi w ten sposób: »Panie Pietruszka, ja - to był Żyd, który prowadził w Krakowie handel futrami - ja mam w Krakowie 10 kamienic, proszę jechać ze mną, którą Pan sobie wybierze, tą Pan dostanie«. No, ojciec nie pojechał, bo to był okres 46-47 rok, że nawet ci, co mieli kamienice, to i tak oddawali, bo ich tak obłożyli podatkami, że... (...) to ojciec nie pojechał”.

Więcej

Bibliografia

  • Żulikowski Piotr, Wywiad z Romanem Pietruszką, synem Heleny Pietruszki, Jelenia Góra 6.08.2010