Żydzi ukrywający się na wsi

Czym charakteryzowało się doświadczenie ukrywania się Żydów na wsi podczas Zagłady? Jak i gdzie Żydzi szukali schronienia na prowincji? Jak przebiegało ukrywanie się w wiejskich domach, w zabudowie gospodarczej, a jak na polu lub w lesie? Co w relacjach Żydów ukrywających się pisano o towarzyszącym im strachu, lęku przed śmiercią, jaka była percepcja czasu podczas życia w ukryciu? Przeczytaj opracowanie prof. Barbary Engelking o Żydach ukrywających się na wsi. Tekst jest częścią zakładki tematycznej Żydzi ukrywający się po „aryjskiej stronie”, w której szczegółowo i wieloaspektowo omawiamy ten kontekst Zagłady.


Spis treści



Warunki ukrywania się Żydów podczas Zagłady na polskiej wsi były – z racji uwarunkowań topograficznych, architektonicznych, czy społecznych – zupełnie inne niż w miastach. Ukrywanie się rzadko było doświadczeniem statycznym, przebywaniem w jednym miejscu. Częściej zdarzało się, że epizody pobytu stałego przeplatały się z okresami wędrowania, znalezienia azylu, obław, pogoni, donosów i ucieczek, ponownego wędrowania oraz kolejnych kryjówek. Żydzi ukrywający się po tzw. aryjskiej stronie musieli zachowywać nieustanną czujność, być gotowi w każdej chwili do ucieczki, do śmierci lub do dalszej tułaczki, do poszukiwania ratunku i znajdowania skrytek. W ich egzystencji nie było nic trwałego i pewnego, a poczucie bezpieczeństwa było najczęściej chwilowe, krótkotrwałe, złudne.


„Zdecydowaliśmy się nie opuszczać pola nawet nocą, żeby nikt nie zauważył naszej obecności. [...] Ostatniej nocy, ósmego, nie pisałem. Był silny deszcz o siódmej i zmokliśmy. Czekaliśmy do 1 w nocy, aż przestanie padać, będąc wystawionymi przez 6 godzin na ulewę, ale nie przestało. Opuściliśmy pole i poszliśmy do naszych chłopów. On bał się dać nam schronienie w domu i umieścił nas w dziurze na ziemniaki, gdzie spędziliśmy cały dzień. Ciemność nie pozwoliła mi pisać. [...] Wieje zimny wiatr. Czekamy na moment, kiedy przyjdzie słońce i ogrzeje nasze zmarznięte ciała. [...] Bezustanne ulewy położyły zboże na polu. W rezultacie zostaliśmy dostrzeżeni przez przechodzącego chłopa. [...] Nie wiem, czy będę mógł kontynuować mój dziennik. Z tego, co wiem, to mogą być moje ostatnie słowa. Przerywam teraz, bo pada!”, zapisał Arie Klonicki w 1943 r., ukrywając się na polu nieopodal wsi Trybuchowce koło Tarnopola.

Wędrowanie i błądzenie Żydów po „aryjskiej stronie”

Nieliczni spośród Żydów, którzy po wysiedleniu z gett (1942–1943) znaleźli się na polskiej wsi, od początku przebywali w zaplanowanych, umówionych kryjówkach. Duża część, zapewne większość — przynajmniej przez jakiś czas — błądziła i wędrowała w poszukiwaniu schronienia. Dynamika działań: wędrowanie i błądzenie — znalezienie schronienia — ucieczka lub wygnanie — ponowna włóczęga, jest powtarzalnym, charakterystycznym rytmem wszystkich niemal opowieści o ukrywaniu się po „aryjskiej stronie” w miastach i miasteczkach, nie tylko na wsi. 

Gospodarzami terenu, po którym krążyli szukający ratunku Żydzi, byli Polacy, a przestrzeni, w której to wszystko się odbywało — Niemcy. To Niemcy ustalili reguły gry obowiązujące w tym czasie w okupowanej Polsce, to ich decyzje determinowały los Żydów, którzy – aby przeżyć – musieli się ukrywać lub zmienić tożsamość. To z ich woli Żydzi znaleźli się w labiryncie, z którego wielu nie znajdowało wyjścia. Z labiryntu nie ma ucieczki, brakuje wskazówek, jak się po nim poruszać i w którą stronę się udać; krąży się po jego ścieżkach, często kręcąc się w kółko, w tę i z powrotem, po własnych śladach, gdyż żadne wcześniejsze doświadczenia życiowe nie mogły przygotować człowieka do tej tułaczki.

„Przechodziłem przez wioski i miasteczka, napotykałem rozmaitych ludzi, jedni przyjmowali mnie dobrze, jedni ganiali mnie kijem albo puszczali za mną psy. Przygody mojej podróży były rozmaite i nieraz byłem nastawiony na niebezpieczeństwo”, wspominał uciekinier z getta warszawskiego, Maks Gradus.

To egzystencjalne doświadczenie tułaczego losu jest doznaniem pustyni ludzkiej zarówno w sensie dosłownym – braku pomocy, obijania się o ludzi i powtarzalnej, ciągłej konieczności dalszych zabiegów, jak też doznaniem ludzkiej pustyni w sensie psychologicznym – bezskutecznego poszukiwania zrozumienia, ale i wiary w drugiego człowieka, która może zbawić duszę. To odtrącanie, odmowy, wyrzucanie, werbalne i niewerbalne komunikaty o strachu, zagrożeniu, niechęci i obojętności mogły skutkować nie tylko śmiercią fizyczną, lecz także psychiczną i duchową – utratą wiary, nadziei, wreszcie rozpaczą. To również doświadczenie wyrzucenia poza nawias człowieczeństwa, pozbawienie prawa przynależenia do gatunku ludzkiego i prawa do braterstwa. W wymiarze topograficznym to doświadczenie bezdomności, w wymiarze psychologicznym – doświadczenie osamotnienia i rozczarowania ludźmi, a w wymiarze duchowym – doznanie najgłębszego cierpienia. 

Poszukiwanie ratunku wymagało ogromnej determinacji, wytrwałości, intuicji i bezustannej czujności – gotowości do reakcji na każde potencjalne zagrożenie. Doświadczeniu tułaczki towarzyszyły rozmaite uczucia – nadzieja i rozpacz, rezygnacja i upadanie na duchu, mobilizacja, chroniczne wyczerpanie oraz ogromne fizyczne zmęczenie. Trajektorię wędrówki wyznaczały czasem punkty orientacyjne – znajomi Polacy, oswojone miejsca, inni ukrywający się Żydzi. Najbardziej istotne i charakterystyczne dla błąkania wydaje się uczucie upokorzenia, któremu w trafny sposób dała wyraz Stefa Popowcer:

„Nie do opisania jest uczucie bezdomności i tego ciągłego wpraszania się i błagania o wpuszczenie na nocleg, za olbrzymie sumy”.

Sądzę, że zrozumienie miary upokorzenia, jakiego doznawali błąkający się Żydzi, jest ważne dla zrozumienia i interpretowania doświadczenia Zagłady w ogóle. Upokarzające było już samo proszenie o pomoc – z jednej strony stawiało proszącego w pozycji zależności i podporządkowania, z drugiej zaś było prowokacją wobec tego, kto ewentualnie mógłby udzielić pomocy. Proszenie o pomoc oznaczało obnażenie własnej słabości, przyznanie się do poniżenia i degradacji, zaakceptowanie w jakimś sensie pozycji osoby wykluczonej, zależnej od cudzej łaski. Odmowa pomocy mogła być także upokorzeniem – stawała się potwierdzeniem faktu, że Żydzi nie zasługują na dar życia, nie są warci ryzyka. Odmowa potwierdzała ich stygmat i piętno.

W piwnicy, na strychu, w kominie, na polu. Charakterystyka ukrywania się Żydów na wsi podczas Zagłady

Mało kto miał takie szczęście jak Berek i Sala Róża. Uciekli z getta w Stanisławowie (powiat miński) w dniu wysiedlenia, 25 września 1942 roku. Najpierw do lasu, a w nocy do pani Brańskiej we wsi Miłosna Cechówka, która zgodziła się ich przyjąć do pustego mieszkania w podwórku:

„Czuliśmy się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie – wspominali. – Pani kazała nam wejść do mieszkania, które było przeznaczone dla nas, i dała nam kolację i przygotowała łóżko do spania. Z radości nie wiedzieliśmy, jak mamy dziękować. Pani Brańska trzymała nas całe dwa lata aż do oswobodzenia”.  

Ukrywanie się rzadko było doświadczeniem takim jak małżenstwa Róża – częściej przypominało losy Lizy Bursztyn, która razem z córeczką przez dwa lata wędrowała przez wioski w okolicach Łomży, ukrywając się „w piwnicy, na strychu, w kominie, na polu”. Mojsze Kamień wspominał, jak z bratem, kolegą Kiwą Saszynem i jego narzeczoną ukrywali się w okolicach Brańska, często zmieniając kryjówki – przez miesiąc ukrywali się w dziurze wykopanej na polu bez wiedzy gospodarza, później zbudowali schron na podwórzu u innego, znajomego gospodarza . Po wykryciu i zamordowaniu Żydów w sąsiedztwie musieli odejść. Początkowo ukrywali się we wsi Patoki w stodole, znowu bez wiedzy gospodarza, następnie zrobili sobie schron na polu, skąd nocami wychodzili po wodę, kradli żywność na polach. Kiedy schron został odkryty, uciekli do lasu, po czym wykopali kolejny schron na polu w innej miejscowości. Dynamika życia w kryjówce, oprócz jej generalnej tymczasowości, miała rytm dobowy — często służyła za dnia, nocą można było wyjść, wejść do czyjegoś domu lub udać się na poszukiwanie jedzenia. Inaczej wyglądało to w przypadku Żydów ukrywających się w miastach czy miasteczkach, na tzw. aryjskich papierach.

Sabina Berger uciekła w 1942 r. ze Lwowa i, jak wspominała: „bez żadnych papierów wsiadłam do pociągu z moim dwuletnim synkiem i udałam się w stronę Krakowa”. Tam szwagierki załatwiły jej fałszywe dokumenty tożsamości i już jako „Stefania Łysek” pojechała z dzieckiem do pobliskich Swoszowic. Wynajęła pokój u chłopów i przeżyła tam do końca wojny. 

„[…] przeważnie siedziałam w domu, starałam się jak najmniej ludzi widywać. Żyłam w wiecznym strachu. Najgorszym dniem była dla mnie niedziela, zwłaszcza latem. Już na wiosnę liczyłam, ile niedziel ma lato, ile razy będę musiała pójść do kościoła, gdzie wszyscy będą się na mnie patrzeć, ile razy będę musiała wyjść w niedzielę na spacer, bo gdy wcale nie będę wychodziła, to potwierdzi wszystkie podejrzenia”, pisała Sabina Berger. 

Mieszkanie z fałszywymi dokumentami tożsamości w domu bądź pokoju wynajętym na wsi można uznać za najbardziej zbliżone do ukrywania się w mieście czy na „aryjskich papierach” w ogóle, z uwzględnieniem specyfiki społeczności wiejskiej, ciekawości sąsiadów, większej kontroli społecznej i mniejszej niż w mieście anonimowości. Wydaje się, że z tych względów ukrywanie się na wsi w ten sposób było trudniejsze niż w mieście.

Ukrywanie się dosłowne, a więc bez wychodzenia, zdarzało się oczywiście także na wsi, czasem w domu, najczęściej w zabudowaniach. W ukryciu za „dubeltową ścianą” u Józefa Bielawskiego w gromadzie Miroszów (powiat miechowski) pięcioro Żydów spędziło 17 miesięcy. W zamaskowanej komórce długości 80 a szerokości 70 cm u chłopa w okolicach Sambora ukrywał się kupiec Chaim Glück oraz pięć innych osób. Było tak ciasno, „że można tylko stać, spać nie mogliśmy wszyscy naraz, mieliśmy dyżury”. Dwadzieścia osiem miesięcy w bunkrze pod domem Władysława Kozły w okolicach Wiśnicza spędził Markus Halpern, który wspominał: 

„Wejście było przez oborę. Szeroki na 1 1/2 m, wysoki 1 1/2 m, długość około 2 m. Było nas 8 osób, 5 dzieci, 3 dorosłych. Stłoczeni byliśmy jak śledzie w beczce. [...] Dusiliśmy się z braku powietrza”. 

Obora, stodoła, spiżarnia. Żydzi ukrywający się w zabudowie gospodarczej na wsi

Bardziej charakterystyczne dla wsi są kryjówki związane z zabudowaniami gospodarczymi, polami czy pobliskimi lasami. Jedenaście miesięcy aż do wyzwolenia przeleżało w ukryciu pod oborą u gospodarza w wiosce Grabniak dwóch uciekinierów z obozu pracy w Trawnikach. W kryjówce pod chlewem, do której prowadziło zamaskowane wejście przez koryto, w gospodarstwie Kazimierza Sodo we wsi Chruszczyna Wielka (powiat pińczowski), ukrywała się pięcioosobowa rodzina Abrama Duli. U Stanisława Pagosa we wsi Gruszów Wielki (powiat dąbrowski) ukrywali się, od wyjścia z getta aż do wyzwolenia, bracia Abram i Awigdor Weitowie. Przebywali na terenie gospodarstwa, okresowo w oborze, w stodole, na strychu, a gdy w pobliżu kręcili się Niemcy lub zbyt ciekawi sąsiedzi – ukrywali się w dole wykopanym pod stajnią, który przykryty był deską z krowim łajnem. 

W okolicach Buczacza u Kaczmarskiej, wdowy po gajowym, płacąc trzy tysiące miesięcznie, przez trzy miesiące ukrywał się Józef Kornblüh, a w Dropiu koło Radzymina przez pół roku za darmo w stodole u Konstantego Zastawnego, Dawid Słoń. Stodoła była bodaj najpowszechniejszym miejscem ukrywania się, choćby chwilowego, na wsi, wieś wszelako oferowała jeszcze inne możliwości. 

Na strychu u Katarzyny Dunajewskiej w Woli Komborskiej nieopodal Krosna ukrywała się Fela Fischbein z mężem i tam prowadziła swój dziennik. Jej spisywane na bieżąco słowa bardzo dobrze obrazują różnorodne wrażenia i emocje oraz pozwalają głębiej wniknąć w doświadczenie ukrywania się, ubezwłasnowolnienia, zależności od Polaków, upokorzenia i bezsilności. Na strychu u Bylickich w Cisiu koło Mińska Mazowieckiego chowały się przez pewien czas siostry Ita Gartenkranz i Brandla Siekierka z rodziną. Ita opowiadała po wojnie: „Siedziałyśmy na strychu o chłodzie i głodzie, całkowicie odseparowane od zewnętrznego świata. Przez wąskie szpary w dachu wyglądałyśmy na zewnątrz i to nas zadowalało”. A jej siostra zapisała: 

„Weszliśmy zaraz na strych i zaczęło się życie. Życiem nazwać to trudno, prędzej powolnym konaniem, dzień po dniu strach, głód, brud i wszy. [...] Bywały chwile, że zupełnie nie czuliśmy się ludźmi. Byliśmy jak zwierzęta i czekaliśmy tylko na żarcie. Poniekąd było to lepsze niż myśleć o przyszłości. Dni wlokły się za dniami monotonne, żadnych zmian, chyba że humorów naszych gospodarzy. Wiedzieliśmy, że nie pomoże nam płacz ani narzekanie, trzeba trwać. Dni bywały tak upalne, że trudno było wytrzymać. Było brak wody, dzieci po prostu się dusiły, czekaliśmy z utęsknieniem wieczora, chłodu. Straciłam nadzieję, że to się kiedykolwiek skończy, pomrzemy i będzie koniec”.

Wszyscy jednak przeżyli wojnę. 

Na innym strychu – u wspomnianego już Józefa Bielawskiego – ukrywała się czteroosobowa żydowska rodzina Spokojnych z Działoszyc, ale wydano ich, „przyjechała policja, ich zabrali ze strychu i zabili w dołach”. Na strychu u Jana Niedziałka we wsi Wodynie (powiat siedlecki) ukrywał się Chaim Pomeranc, który „bardzo często opuszczał zagrodę Niedziałków i po upływie pewnego czasu wracał do niej, ukrywając się na strychu obory, dokąd Niedziałkowie dostarczali mu pożywienie”. Po dłuższej nieobecności wrócił do Niedziałka w marcu 1943 r., „bardzo wyczerpany, przemrożone miał całe ciało, jedną noc przespał w moim mieszkaniu, a następne dnie ukrywał się na strychu nad oborą, na moim gospodarstwie. [...] Chaim Pomeraniec [właśc. Pomeranc – red.] został u mnie na strychu przez dwa tygodnie, wskutek odmrożenia nóg nie mógł chodzić, po całych dniach leżał na sianie, ogromnie jęczał z bólu i prosił mnie, aby odwieźć na posterunek policji granatowej, bo tak dalej nie może żyć”. Jan Niedziałek i jego syn Zygmunt zawiadomili posterunek tzw. policji granatowej. Pomeranc został zabity, a Niedziałkowie w powojennym procesie – uniewinnieni. 

„Przyszło mi do głowy, żeby w rogu pokoju wyrwać deskę, stamtąd wykopałem ziemię i zrobiłem sobie skrytkę. Dół zrobiłem tak, że mogłem tam [ukryć się,] siedząc. [...] Siedząc, nie mogłem wyciągnąć stóp, na szerokość dół był tak szeroki, jak moje plecy. Nie mogłem go poszerzyć, aby chodząc po podłodze, nie było słychać, że jest tam dziura. Żeby nie dało się rozpoznać, że jest tam dół czy piwnica. W tym ciemnym, pełnym robaków i wilgoci rowie przesiedziałem ponad 8 miesięcy. Wychodziłem z dołu tylko na kilka godzin nocą, spać na strychu”, zapisał Alter Szymszynowicz, który przebywał w dole wykopanym pod pokojem gospodarzy.

W podobnym dole pod podłogą spiżarki u gospodarza Franciszka Sołtysa we wsi Czarkówka (powiat siemiatycki) ukrywała się Fela Grün z mamą i bratem; pod podłogą kuchni w piwnicy na kartofle wielkości 3 × 2 × 1,55 m ukrywało się u Wiktorii Strusińskiej pięcioro Żydów: lekarz pediatra Tauba Goldstein z mężem Feiwelem, doktor Schneiberg oraz doktor Marek Rubinstein z żoną Szifrą. W dole po kartoflach na polu Smuniewskich w Korycinach (powiat siedlecki) ukrywała się Żydówka „Lunia”. Wiosną 1943 r. Józef Olędzki z Marianem Smuniewskim wzięli siekierę, złapali ją i zabili. Także w dole po ziemniakach, w okolicach Zambrowa, ukrywał się kupiec Fajwel Słowik — ten miał więcej szczęścia, gdyż udało mu się przeżyć. Irena Lipszyc ukrywała się przez sześć tygodni w lochu z kartoflami, a potem w zburzonej chacie na odludziu. W podobnym lochu, ale pełnym wody, w Mętowie (powiat lubelski) przez kilka tygodni ukrywał się Wolf Rauchwerg, a w dole z gnojówką na wsi pod Złoczowem przebywała Zehawa Roth. 

W jamie „niewiele większej od grobu, na tyłach stodoły” u gospodarza w Godulinie niedaleko Wilna ukrywała się przez kilka miesięcy Rut Leisner z rodziną, natomiast w „bunkrze pod szopą”, w „jednej wsi” 24 km od Czarnieckiej Góry koło Kielc ukrywała się rodzina Goldów: czternastoletnia Krysia, siedmioletnia Róża, „starszy brat, dwóch wujków i ciotka”. Rodzice handlowali początkowo po wsiach, ale później: 

„Złapali mamusię i tatusia w pociągu i wysłali do Niemiec. Zostaliśmy wtedy na łasce chłopa. Płaciliśmy im drogo i dawali nam codziennie 20 dkg chleba i 6 kartofli w łupinach. [...] Mieliśmy w bunkrze trzy otwory i w pogodne dni było trochę jasno, a tak – zupełnie ciemno. Leżeliśmy tak dniami i nocami. Na wiosnę, gdy śnieg topniał, woda nas zlewała i zmoczyła wszystko i zimą marzliśmy. Tak leżeliśmy pół roku, rok, i półtora. Chłopka bardzo narzekała, że nas musi ukrywać, oddaliśmy jej wszystko i już nic nie mieliśmy. Żeby nam kto powiedział: daj dwa grosze, bo cię zabiję, tobyśmy nie dali, bobyśmy nie mieli. Wszyscy głodowaliśmy, nikt z nas już nie mógł chodzić. W końcu chłopka nie chciała nam podać wody, brat wyszedł w nocy, napił się wody z kałuży i umarł. Pogrzebaliśmy go nocą w lesie. Raz wujek wyszedł z bunkru i już nie wrócił. Siedzieliśmy tak ukryci 27 miesięcy, dopóki Rosjanie nie przyszli. Wcale nie umieliśmy chodzić i teraz jeszcze mamy bardzo słabe nogi, a Róża zawsze jest smutna, często płacze i nie chce się bawić z dziećmi”. 

W zbożu, w ziemiance, w rowie. Żydzi ukrywający się na polach

W ziemiance w okolicach Chomic (powiat wysokomazowiecki) ukrywała się po ucieczce z getta w Białymstoku Rachela Kapłańska z matką, bratem i trzema innymi Żydami; w innej ziemiance w okolicach Brzozowa-Solnik (powiat białostocki) ukrywał się Gerszon Tabak z Zambrowa wraz z Noske Jablinką i Idą Buckowską. Czwórka Żydów z Góry Kalwarii ukrywała się w ziemiance na polu Jana Krzysztoszaka (bez jego wiedzy) w Wólce Gruszczyńskiej (powiat garwoliński). Zostali wydani wiosną 1943 r. przez Henryka Radzika i zabici na miejscu przez policjantów i żandarmów. W dole na polu w okolicach Dubna ukrywał się przez trzy miesiące z żoną, a potem dziesięć miesięcy samotnie Pinches Figerhut; także w polu nocowały sześcioletnia Buzia Wajner z czteroletnią siostrą Szulamit, które po stracie rodziców włóczyły się w okolicach rodzinnego Rokitna, i jak wspominała Buzia: „nie żałowano nam chleba, ale nikt nie pozwalał nam przenocować. Nauczyłyśmy się nocować na polu, w sadzie, a czasem zakradałyśmy się do obory”. 

Na polu w wiosce Jastrzębia (powiat grójecki) w stercie słomy ukrywała się trzyosobowa rodzina Lejberów (Liberów) – rodzice z czternastoletnim synem. Na polach przyległych do wsi Żurawka koło Otwocka w rowie ukrywali się w 1943 r. sześćdziesięcioletni Hersz Jud i osiemnastoletnia Kajła Miller. 

Wspomniany już Arie Klonicki spędził z żoną Malwiną i nieznaną z imienia szwagierką kilka tygodni na polu koło wsi Trybuchowce nieopodal Tarnopola. Synek Klonickich Adam został oddany do byłej służącej, Franki Wąsikowej w tejże wsi. Wąsikowie także przechowali dziennik, który Arie pisał od 5 do 22 lipca 1943 r., siedząc na polu. Zapisał: 

„W ciągu dnia zżera nas upał, a nocą cierpimy z zimna. Niemniej gdybyśmy mogli być pewni, że to jest nasze największe zmartwienie – bylibyśmy szczęśliwi. Adam, nasz synek, jest u Franki w domu. [...] Zdecydowaliśmy się nie opuszczać pola nawet nocą, żeby nikt nie zauważył naszej obecności. Dlatego nie możemy zobaczyć naszego Bubele. [...] Ostatniej nocy, ósmego, nie pisałem. Był silny deszcz o siódmej i zmokliśmy. Czekaliśmy do 1 w nocy, aż przestanie padać, będąc wystawionymi przez 6 godzin na ulewę, ale nie przestało. Opuściliśmy pole i poszliśmy do naszych chłopów. On bał się dać nam schronienie w domu i umieścił nas w dziurze na ziemniaki, gdzie spędziliśmy cały dzień. Ciemność nie pozwoliła mi pisać. [...] Wczoraj nie pisałem. Było strasznie zimno. 9 lipca wieczorem zaczął wiać lodowaty wiatr i trwało to cały wczorajszy dzień. Jeszcze w tej chwili nie przestało wiać. Jest straszliwie niewygodnie. Podmuchy przenikają do kości. Ostatniej nocy nie mogliśmy spać i także dzisiaj byliśmy ledwo zdolni przymknąć oczy. [...] Niebo jest zasłonięte chmurami. Wieje zimny wiatr. Czekamy na moment, kiedy przyjdzie słońce i ogrzeje nasze zmarznięte ciała. [...] Bezustanne ulewy położyły zboże na polu. W rezultacie zostaliśmy dostrzeżeni przez przechodzącego chłopa. [...] Cały dzień pada z krótkimi przerwami. Nie wiem, czy będę mógł kontynuować mój dziennik. Z tego, co wiem, to mogą być moje ostatnie słowa. Przerywam teraz, bo pada!”. 

Kloniccy ukrywali się w polu do jesieni, potem w lesie. Zostali zabici w styczniu 1944 roku. 

W jamie, w malinowych chruśniaku. Żydzi ukrywający się w lasach

Topografia przestrzeni wiejskiej stwarzała możliwości ukrywania się w lesie, a okoliczne siedliska stanowiły zaplecze aprowizacyjne. W jamie wykopanej w lesie przeżył uciekinier z masowego grobu, Hejnoch Nobel z Izbicy. Ranny, po wyjściu z grobu uciekł do lasu. Po kilku dniach dotarł do znajomego Polaka w Wólce Orłowskiej (powiat krasnostawski): 

„Prosiłem, by mnię przyjął, a jak nie chce, to niech mnię zakopie, gdy umrę, bo czuję, że jestem bliski śmierci. Umieścił mnie w swoich zabudowaniach. Opatrzył ranę i nakarmił. Tam pozostałem kilka tygodni. Jednak żona jego bardzo się gniewała, że mię przechowuje i naraża całą rodzinę. Zaprowadził mnię więc do lasu i wykopał mi tam jamę. Przynosił mi jedzenie. Przesiedziałem tam, nie wychodząc nigdy w dzień, tylko w nocy, z ukrycia. Było mi bardzo ciężko, szczególnie w zimie, ale dzięki pomocy Myżoły wytrzymałem. Tak przemęczyłem się do wkroczenia Czerwonej Armii”. 

Podobnie w lesie ukrywali się trzej uciekinierzy z Tykocina, którzy wyskoczyli z pociągu: 

„Po dłuższych rozmowach dwaj bracia Stasiek i Józef Rożkowscy zgodzili się ukryć nas. Pierwsze 4 tygodnie ukrywaliśmy się na jeziorze, na kampusie. Chłopi przynosili nam jedzenie. Zaczęły się silne mrozy, a my leżeliśmy nadzy i bosi nad jeziorem. [...] Koło listopada chrześcijanie przygotowali nam schron, 200 metrów od kolonii, w lasku. Pierwszego dnia nakryli nas warstwą ziemi, że omal nie udusiliśmy się. W ogóle nie dochodziło powietrze. Na szczęście szybko stało się ciemno i my trochę otworzyliśmy pokrywę. W schronie przebywaliśmy 10 miesięcy”. 

W samodzielnie wybudowanej ziemiance w lesie w okolicach Siucic (powiat piotrowski) przeżył Florian Majewski (Mosze Aron Lajbcygier), w okopach w lesie cieleśnickim koło Białej Podlaskiej przechował się Herszek Goldberg z trzema innymi osobami. W lesie tym, jak zeznał Goldberg po wojnie, „ukrywało się wielu żydów, którzy zostali potem wyłapani. W rezultacie pozostało nas tylko 4 osoby, 3 mężczyzn oraz kobieta”. W lesie opodal gromady Jędrzejów (powiat miński) znajdował się bunkier, w którym ukrywało się pięciu Żydów. Bunkier ten został wykryty przypadkowo wiosną 1943 r. przez Polaków ścinających w pobliżu drzewo. Trzem Żydom udało się uciec, dwaj (jeden to Jankiel Fiksztejn, nazwiska drugiego nie ustalono) zostali złapani, zaprowadzeni do Niemców i zabici. 

W leśnym bunkrze w okolicach Sambora ukrywało się około 40 Żydów, do których dołączyły dwie dziewczynki – Chuwa i Estera Weicher. Początkowo Żydzi nie chcieli ich przyjąć, „jeden z nich powiedział: po co mi żywić obce dzieci, jeśli moje nie żyją”. Bunkier był świetnie zorganizowany, siostry opowiedziały w swojej relacji, że mieli piecyk, zaopatrzenie, a nawet szewca, który reperował buciki. Gdy bunkier został zdradzony, przenieśli się głębiej do lasu i wybudowali nowy: „byliśmy daleko od wsi i głodowaliśmy, bo dostęp był ciężki z powodu wielkiego śniegu. Kilku z nas zrobiło narty z drzewa i dojeżdżaliśmy do starego bunkru, bo tam był ukryty zapas żywności. Gotowaliśmy na wolnym polu. Suszyliśmy całe żyto i takie jedliśmy. Czasem nocą ukradli[śmy] gdzieś cielę lub krowę i mieliśmy mięso. Wszystko zjadano, nawet skórę przypalało się, a potem ją gotowano”. 

Niektóre kryjówki były starannie zaplanowane i przygotowane, przeznaczone do przebywania w nich dłuższy czas – jak ta opisana powyżej czy inna, w lesie w okolicach Jezierzan, w której przez kilka tygodni przebywała z matką i grupą Żydów Irena Monis:

„Siedziałyśmy w schronisku pod ziemią, ono było zbudowane w fantastyczny sposób, architektoniczny. Było wysokości trzech metrów i zrobione było z drzewa. Głęboki rów i były prycze na dwóch piętrach. Przykryte było drzewem, a na to ziemią, a na to szpilkami. Drzewa szpilkowe były znowu zasadzone. W ten sposób nie było widać, że pod spodem coś się znajduje. Wejście było okrągłe i zamknięcie było urządzone w ten sposób — jak garnek, który się zamykał od wewnątrz. W środku tego naczynia znajdowały się szpilki z wierzchołkiem i kiedy się zamykało i potrząsało to – szpilki się rozsypywały dookoła i nie było znaku, gdzie my się znajdujemy. [...] W tym lesie myśmy zawsze chodzili na czworakach, żeby nie połamać gałęzi, że jak kto wejdzie, żeby widział, że tu jest dziewiczo, że to jest taki głęboki las, że tu nikogo nie ma”. 

W równie starannie zaplanowanej i przygotowanej kryjówce przebywała przez ponad dwa lata sześcioosobowa rodzina Kołataczy ze Skały. Jesienią 1942 r. zwrócili się o pomoc do rodziny leśniczego mieszkającej w przysiółku Bocieniec w nadleśnictwie Ojców. Dom znajdował się w lesie, na uboczu. W zabudowaniach gospodarczych pod szopą znajdował się schron, wybudowany w wrześniu 1939 roku. Gdy Janczarscy zdecydowali się ukrywać Kołataczy, postanowiono rozbudować istniejący prowizoryczny bunkier. Prace trwały przez kilka tygodni, nocami wynoszono glinę z budowanych po ziemią korytarzy i roznoszono w okolicy, by nie zostawały widoczne ślady. 

Powstało „kilkunastometrowe połączenie głównego schronu z domem. Był to wąski, niski korytarz, z którego można było przez odpowiedni właz przedostać się bezpośrednio do pokoju sypialnego [...]. Wejście zamaskowano lekką przesuwaną szafą na ubrania. [...] Korytarz tak zaplanowano, aby przechodził w pobliżu narożnika pokoju, w którym znajdował się kaflowy piec. Umożliwiło to zainstalowanie poniżej małego żelaznego piecyka ogrzewającego schron [...]. Drugie przejście przekopano ze schronu do obory, a jego wyjście zamaskowano... obornikiem. [...] Nad oborą znajdowała się stodoła. [...] W stodole urządzono niewielki schron między snopami słomy z odpowiednio zamaskowanym wejściem. [...] Trzecie podziemne przejście z »bunkra«, jak schron nazywali Kołatacze, prowadziło około dwadzieścia metrów na zachód, na skraj lasu. [...] Główne robocze wejście do schronu znajdowało się w szopie pod stale tu stojącym konnym wozem. Schodziło się doń po wąskiej drabinie przez odpowiednio zamaskowany właz. Tą drogą podawało się garnki z jedzeniem i wynosiło kubły z nieczystościami. [...] Awaryjne połączenie ze schronem stanowiła [...] betonowa, pionowo osadzona rura o średnicy około dwudziestu centymetrów. Można nią było podać na sznurku butelkę z mlekiem czy kilka kromek chleba, gdy okoliczności nie pozwalały na odkrywanie głównego włazu”. Cała rodzina przeżyła wojnę. 

W pobliżu lasu we wsi Helenów (powiat radzyński), w malinowym chruśniaku, ukrywała się jesienią 1943 r. nieustalonego nazwiska Żydówka z kilkunastoletnią córką. W zaroślach na polu Bartłomieja Witkowskiego (powiat miński) latem 1943 r., po żniwach, ukrywał się chłopiec żydowski o nieustalonych personaliach. Także w polu, we wsi Buszyce (powiat grodziski), w 1943 r. ukrywała się szóstka Żydów: trzech braci Brzezińskich (dwóch starszych, Marian i Henryk, było szewcami, trzeci, Adam, był jeszcze chłopcem, kaleką), dwie siostry, Genowefa i Salomea Siajkówny (Szajkówny) oraz Melson. Latem ukrywali się oni w trzech kryjówkach wykopanych na polach ze zbożem. Urządzono na nich obławę – zostali złapani, wydani Niemcom i zabici. Po ucieczce z getta w Brańsku również w zbożu ukrywała się Chawa Okoń z dwiema siostrami i bratem. Jak wspominała: 

„Nasza kryjówka była w życie, z nikim nie mieliśmy kontaktu. Cierpieliśmy z chłodu, głodu i pragnienia. Nasze jedzenie składało się z brukwi, marchwi, ziaren żyta. Deszcze padały każdego dnia. Trafiały się miesiące bez łyżki ciepłej strawy i kawałka chleba. Chodziliśmy w pole po kilka kartofli, które gotowaliśmy w lesie, aby odpędzić głód”. 

W budce na jeziorze w okolicach Włodawy ukrywała się – i przeżyła – nastoletnia Cypora Frydman. Po stracie rodziców we wrześniu 1942 r. przebywała krótko u chłopa, który ją szybko wyrzucił i wówczas urządziła się na jeziorze. Jak wspominała, miała pieniądze, ponieważ matka wszyła jej w ubranie złote ruble: 

„Wszyscy chłopi ze wsi mnie znali, bo każdy z nich przychodził do nas do młyna czy do kaszarni i nikt z nich mnie nie wydał, choć każdy wiedział, że ukrywam się koło jeziora. Czasem dawali mi chleb darmo, czasem trochę mleka, najczęściej piłam wodę z rowów. Wracałam ze wsi ciemną nocą i znów kryłam się w mojej budce”. 

Ukrywanie się podczas Zagłady jako doświadczenie psychologiczne: strach, lęk przed śmiercią, percepcja czasu

„Wieczne, przymusowe leżenie, a leżymy już blisko 5 tygodni, wycieńczyło nas do tego stopnia, że nie możemy się już utrzymać na nogach. Próbujemy chodzić w komórce na dole, ale chwiejemy się jak małe dzieci. [...] Leżenie i strach wycieńczyły nas. Paniczny złośliwy strach przy każdej sposobności, np. kiedy pies zaszczeka, kiedy ktoś głośniej rozmawia na podwórzu [...], a my siedzimy w dole wylęknieni, wsłuchując się w odgłosy z zewnątrz, z oczyma szeroko otwartymi, dyszący z braku powietrza, bez tchu, bez poczucia czasu, nie jedząc i nie pijąc, prawie bez życia. Paniczny, złośliwy strach ogarnia nas całych, jak płomień przedmiot oblany benzyną, rozciąga i gra naszymi nerwami, męczy nas i wycieńcza”, zanotowała 10 czerwca 1943 r. w swoim dzienniku Irena Monis. 

Przebywanie w kryjówce, nie tylko na wsi, było uciążliwe i męczące. Ukrywanie się było przecież poza wszystkim niezwykle trudnym doświadczeniem psychologicznym, wiązało się z uczuciami, które trudno wyrazić. Codzienne trwanie wymagało nie lada wysiłku, a życiu w ukryciu towarzyszyły bezustannie strach, napięcie i niepokój. Te uczucia notowała na bieżąco Fela Fischbein: 

„Strach, nasz rozpaczliwy paniczny strach, z którym stajesz oko w oko z obliczem śmierci, jest nie do wyrażenia słowami [...]. Źle sypiam, często płaczę, tracę pamięć, mylę się w mówieniu, a grunt szalenie nerwowa. Nie dziw temu wszystkiemu, człowiek tyle przeżywa i niewygód, zmartwień, a strachu, że się jest naprawdę z żelaza, jak to się wytrzymuje. Ale nie na długo. Nie mogę już więcej, nie mogę. Jestem kompletnie wyczerpana”. 

Gdy zmniejszały się napięcie i strach, pojawiały się równie trudne do zniesienia monotonia, nuda, bezruch. Wspominała o tym w swojej relacji Ada Schwerdt, która ukrywała się wraz z ojcem w piwnicy u chłopa Chlubka we wsi Rybniki: 

„Ojciec mój miał ze sobą swoją fajkę i nauczył mnie palić. Siedziałam całe godziny w kącie ciemnej zawsze izdebki, paliłam fajkę i obserwowałam unoszący się pod sufit dym”. O apatii mówiła też Gina Mehr, która wraz z mężem przez 21 miesięcy ukrywała się na wsi w pobliżu Zimnej Wody (nieopodal Lwowa), oglądając świat przez dziurkę w firance wypaloną papierosem: „ogarnęła nas szalona apatia [...] czuliśmy się jak małe muchy w pajęczynie w sytuacji bez wyjścia”, pisała Ada Schwerdt. 

Niewiele jest dzienników z okresu Zagłady, których autorzy charakteryzowaliby się głębokim psychologicznym wglądem, potrafiliby precyzyjnie rozróżnić, nazwać i opisać własne uczucia. Nic w tym dziwnego – cierpienie otępia, dokonuje w człowieku spustoszenia, ogranicza jego horyzont czasowy i zmniejsza możliwości odczuwania zróżnicowanych emocji. Cierpienie wypełnia całą dostępną przestrzeń psychiczną i koncentruje na sobie możliwości poznawcze i emocjonalne tego, kto go doświadcza. Człowiek jest sparaliżowany: nie jest zdolny tworzyć, nie jest nawet w stanie przeżywać. Cierpienie ma różne treści i znaczenia; dla wielu ukrywających się dominował w nim paraliżujący strach, który utrudniał refleksję i subtelne rozróżnianie rozmaitych przeżyć. 

Własne emocje – strach doprowadzający niemal do obłędu, lęk przed śmiercią i jednoczesne pragnienie śmierci – głęboko i trafnie analizowała w dzienniku  Aleksandra Sołowiejczyk-Guter. Ukrywała się na „aryjskich papierach” i pewnego dnia, siedząc na leżaku w podwarszawskiej wsi, zanotowała:

„Czasami wydaje mi się, że jestem na najlepszej drodze do obłędu, bezustannie, bez ani chwili odpoczynku, bez względu na to, co robię, wydaje mi się, że widzę policję, która przychodzi mnie zabrać. Czapka listonosza, głośniejsze słowo, spojrzenie przechodnia zza płotu sprowadza na mnie śmiertelny strach, okrywa mnie zimnym potem. Nocami leżę wpatrzona bezsennie w ciemność, wsłuchana w każdy szelest, ciągle na czatach, ciągle z nerwami napiętymi do ostateczności, do punktu, gdy zdenerwowanie psychiczne przemienia się w fizyczny ból. To życie na pozór spokojne, ciche, wygodne, jest w rzeczywistości niewysłowioną męką. To nie jest już normalny ludzki strach, to jest choroba, obsesja, coś, co w jakimś podręczniku psychologii nosi nazwę »natręctwa myśli«, co doprowadza podobno ludzi do samobójstwa. Myśl o samobójstwie staje się coraz bardziej natarczywa. Tylko że znowu, za wielka jest inercja, żeby zdobyć się na jakiś czynny przejaw woli, iść na szyny kolejowe czy most na Wiśle. Gdybym mogła mieć truciznę, rewolwer, coś, co nie wymagałoby takiego zasobu energii do wyprawy na tamten świat! Jaki dziwny paradoks, którego nie potrafię zrozumieć. Marzę o śmierci jako o wyzwoleniu od mojej męki, a jednocześnie powodem tej męki jest strach przed śmiercią”. 

Strach przed śmiercią, przed rozkładem ciała jest uniwersalnym ludzkim doświadczeniem egzystencjalnym; trauma śmierci jest na rozmaite sposoby oswajana. Jestem przekonana, że istnieją różne strachy przed różnymi rodzajami śmierci. Strach przed śmiercią z ręki drugiego człowieka ma inny charakter, zabarwienie emocjonalne i gęstość niż strach przed śmiercią z powodu choroby czy starości. Śmierć z ręki drugiego człowieka to przekroczenie pewnej bariery, która wydaje się nie do pokonania. Jak stanąć przed drugim człowiekiem – takim samym, całkowicie obcym? – z którym niemożliwe jest jakiekolwiek porozumienie, od którego dzieli krok lub głębia bez dna, a w niej bezkresne rozdarcie, ostateczne załamanie człowieczeństwa, rozpacz i groza? Jak zrozumieć to uczucie opuszczenia przez bliźnich, gorzki, okrutny zawód i rozczarowanie ludzkością? 

Oczekiwanie na własną śmierć musi być doświadczeniem tak bolesnym, pełnym napięcia, tak nie do zniesienia, że nie dziwi fakt, iż może wywoływać myśli samobójcze. Strach przed śmiercią może być gorszy od samej śmierci, jak niezwykle trafnie zapisała w swojej relacji Gina Mehr: „Trudno opisać, co się w takiej chwili dzieje w sercu człowieka, co przeżywa, stając z śmiercią oko w oko, wszystkie myśli nagle ulatują, mózg w ogóle nie pracuje, tylko serce wali młotem, całym instynktem broni się przed końcem, ten strach niesamowity jest na pewno okropniejszy od samej śmierci”. 

Być może u niektórych lęk przed śmiercią łagodziła wiara. Mąż Giny Mehr, Arko, „był wierzący, znajdywał jeszcze pociechę w modlitwie, regularnie odmawiał modlitwy, odmawiał psalmy, przestrzegał sobotę, wykombinowaliśmy nawet wspólnie kalendarz świąt żyd[owskich], czy był dobry, do dziś nie wiemy, ale według niego sami ustanowiliśmy sobie święta, pościliśmy pewnego dnia jak Jom Kipur, w święta wielkanocne jedliśmy niekiszone placki pieczone na kuchence, dało mu to zadowolenie i świadomość spełnionego obowiązku, ja i tego nie miałam, chciałam i ja się nagiąć do jego religijności, odmawiałam i ja psalmy, ale było to dla mnie tylko wypełnieniem bezczynnych godzin i bez tego kojącego wpływu co u męża. Nieszczęścia nasze zabiły we mnie wszelką wiarę, a przygniatająca była świadomość bezwartowości naszego życia, o które z takim uporem walczyliśmy”. 

Swoje rachunki czy raczej targi z Bogiem prowadziła też Fela Fischbein. Jej narzędziem w tych negocjacjach był post w intencji pomyślnego załatwienia różnych spraw – przede wszystkim w sytuacjach, gdy ukryta na strychu, sama nie mogła wyjść i zmuszona była posłać kogoś po rzeczy schowane u znajomych w Iwoniczu. W swoim dzienniku zanotowała: 

„Poszczę dzisiaj, aby pomyślnie rzeczy były załatwione. Dałam już dawno »nejder«, że będę pościła, jak poślę do Iwonicza po rzeczy”. Ponieważ post nie odniósł skutku i nie udało się odzyskać rzeczy z Iwonicza, kilka dni później Fela ponowiła starania: „Dziś znowu pościłam. Posłałam po rzeczy do Iwonicza. Przyjechał znowu z niczem. Mój mąż się śmiał, że poszczę, rzeczy nie będziesz miała, a jednakże znowu będę pościła, aby Pan Bóg nad nami się zlitował, abym rzeczy miała”. Kolejna wyprawa nie przyniosła efektu, Fela zamierzała więc pościć kolejny raz 22 maja: „Poniedziałek. Poszczę, bo p. St[aszek] po raz czwarty do Iwonicza jedzie. O 3-ej stało mi [się] słabo. Zaczęłam jeść. Mąż się ze mnie śmiał, przerwałaś post, to rzeczy będą. I rzeczywiście p. St[aszek] przywiózł coś niecoś”. 

Wędrówka, ukrywanie się, skoncentrowanie na przeżyciu, dotrwaniu „do końca” wymagało mobilizacji wszystkich zasobów energii i sił życiowych, nie zostawiając wiele miejsca ani czasu na pogłębione refleksje. „Każdy przeżyty dzień był wiecznością. Żyło się tylko po to, aby zepchnąć ten czas, że może jutro przyniesie wybawienie”, zapisała Ada Kanarek-Nawon. Ale jutro często przynosiło zamiast wybawienia utratę kryjówki, niepewną wędrówkę i dalszą udrękę. 

prof. Barbara Engelking, red. Mateusz Szczepaniak, październik 2021 r.

* * *

Powyższy tekst jest skróconą i uzupełnioną wersją rozdziałów „Wędrowanie i błądzenie” oraz „Ukrywanie” z monografii Barbary Engelking: „Jest taki piękny słoneczny dzień…”. Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011, s. 55–75, 77–94. Układ tekstu, tytuł i śródtytuły oraz uzupełnienia pochodzą od redakcji. Szczegółowe dane bibliograficzne, np. dotyczące cytatów, znajdują się w przypisach ww. publikacji.


Przeczytaj więcej: