Żydzi ukrywający się w miastach

Dlaczego Żydzi decydowali się opuścić getto i przejść na „aryjską stronę”? Czym charakteryzowało się doświadczenie ukrywania się Żydów w mieście podczas Zagłady? Jak i gdzie Żydzi szukali schronienia w miastach i miasteczkach Generalnego Gubernatorstwa? Czy zmiana wyznania mogła przyczynić się do ocalenia ich życia? Czym były „aryjskie papiery”, a czym „dobry wygląd”? Jaka była waga znajomości języka polskiego po „aryjskiej stronie”? Jakie były największe niebezpieczeństwa podczas ukrywania się w miastach? Przeczytaj opracowanie dr Martyny Grądzkiej-Rejak o Żydach ukrywających się mieście. Tekst jest częścią zakładki tematycznej Żydzi ukrywający się po „aryjskiej stronie”, w której szczegółowo i wieloaspektowo omawiamy ten kontekst Zagłady.


Spis treści



Warunki ukrywania się Żydów podczas Zagłady w miastach i miasteczkach Generalnego Gubernatorstwa były – z racji uwarunkowań topograficznych, architektonicznych, czy społecznych – zupełnie inne niż na prowincji. Nieliczni Żydzi, którzy zdecydowali się opuścić getto i szukać schronienia po tzw. aryjskiej stronie, ukrywali się pod przybraną tożsamością lub przebywali w kryjówce. Ich działania i możliwości różniły się w zależności od tego, gdzie podejmowali walkę o przetrwanie.


„Ani na jeden moment nie wolno było zapomnieć , że w [...] Krakowie przeżyłam sześć lat przedwojennych, że zna mnie tu dużo osób, Polaków, Żydów, i że żadne dokumenty, i nawet najlepszy aryjski wygląd, nie pomogą, jeśli ktoś zrobi doniesienie na gestapo lub po prostu wyda mnie w ręce najbliższego granatowego lub niemieckiego policjanta”, zapisała Maria Hochberg-Mariańska.

Decyzja o opuszczeniu getta. Żydzi przechodzący na „aryjską stronę” w miastach i miasteczkach Generalnego Gubernatorstwa

W obliczu Zagłady, niektórzy Żydzi podejmowali nierówną walkę i obierali tzw. strategie przetrwania – własnego oraz bliskich. Nie była to postawa powszechna, co wynikało z wielu czynników. Jednym z nich były regulacje prawne, wprowadzone przez Niemców w październiku 1941 r., ograniczające możliwość ich pobytu poza gettem. Nielegalne opuszczanie wyznaczonego dla ludności żydowskiej terenu karano śmiercią. Nie wiemy dokładnie jak szybko do gett docierały wiadomości o mordowaniu kolejnych społeczności. Częściej zapewne trafiały one do dużych miast – stolic dystryktów. Nie wiemy też jaki był odbiór tych wiadomości. Kto w nie wierzył, a kto informacje te uznawał za nieprawdopodobne plotki. Ze wspomnień wynika, że częściej odrzucano je, traktowano jako konfabulacje. Stąd też dla wielu deportacje do ośrodków zagłady były zaskoczeniem. 

Ocalały z Zagłady, późniejszy historyk, Szymon Datner odnosił się do tych kwestii. Jego zdaniem:

„szybki przebieg akcji likwidacyjnej polskich Żydów tłumaczy w znacznej mierze niewielką liczbę uratowanych Żydów. Świadomość tego, że »wysiedlenie« nie oznacza »wyjazdu na wschód do pracy« – jak to oficjalnie utrzymywali Niemcy, aby uśpić czujność ofiar – bardzo powoli przesączała się do umysłów więźniów gett, wraz z przenikaniem niemożliwych do sprawdzenia i z niewiarą przyjmowanych pogłosek o tym, że Żydzi wywożeni są do miejsc masowej zagłady”. 

Niektórzy Żydzi do końca wierzyli, że pomimo wszystko ocaleją – przecież wciąż mogą się przydać jako siła robocza. Innych paraliżował strach, a przestrzeń getta wydawała się bezpieczna – była dla nich oswojona; wielu nie chciało zostawić rodziny i znajomych, a w dużej grupie nie mogli przecież uciec. Chcieli pozostać razem do końca. Proces ten był zależny zarówno od miejsca, jak i od czasu. Nieco inaczej przebiegał w miastach, inaczej na prowincji. A im dłużej trwała Akcja „Reinhardt” – zagłada Żydów z Generalnego Gubernatorstwa i Okręgu Białostockiego – tym boleśniej przekonywano się, że to co wydawało się niewiarygodne – systematyczne mordowanie bezbronnych dzieci, kobiet, mężczyzn – jest rzeczywiście przez Niemców realizowane. 

Finalnie tylko nieliczni zdecydowali się szukać schronienia po „aryjskiej stronie”. Zdarzało się, że decyzję o tym poprzedzały przygotowania, poszukiwanie możliwości wsparcia poza gettem. Najczęściej jednak robiono to w przededniu deportacji, czy egzekucji – w ucieczce upatrując ostatniej szansy na ocalenie życia. Józef Ziemian pisał na kartach książki Papierosiarze z Placu Trzech Krzyży o warszawskich Żydach, którzy opuścili getto: 

„Nielicznym tylko udało się istotnie wydostać z okrążenia, choć droga ich ucieczki była często bardzo skomplikowana. Przedostawszy się na tzw. aryjską stronę, prowadzili tam mniej lub bardziej zakonspirowany tryb życia. Kryli się po rozmaitych piwnicach i ruinach lub przechowywali się u Polaków – mocą przyjaźni lub... pieniędzy”. 

W przypadku miast Generalnego Gubernatorstwa, szczególnie dużych, takich jak Warszawa, Kraków, czy Lwów, uciekinierzy z gett obawiali się m.in. konfrontacji ze szmalcownikami kręcącymi się wokół granic getta. Wspominała o tym Noemi Szac‑Wajnkranc, której udało się przedostać na „aryjską stronę” Warszawy, ale w pierwszych chwilach po przejściu poza mur getta natknęła się na szmalcowników: „już stoją na warcie – informują mnie »placówkarze«. Przez cały dzień pilnują, aby ktoś z »placówkarzy« nie wyszedł na miasto. Jeżeli odważy się, otaczają go momentalnie, aby wydostać od niego okup, a gdy zatrzymany przez nich nie ma dostatecznej sumy, prowadzą go na żandarmerię”. Zdarzało się, że obrabowani ze środków materialnych uciekinierzy, utraciwszy to czym mogli opłacić kryjówkę, wracali na teren tzw. dzielnicy zamkniętej.

Chrzest w Kościele Rzymskokatolickim. Żydzi zmieniający wyznanie podczas okupacji niemieckiej

Jedną ze strategii, podejmowaną szczególnie w miastach, było przyjęcie chrztu i funkcjonowanie jako neofici. Proszący o konwersję w przytłaczającej większości należeli do inteligencji lub klasy średniej; byli to Żydzi zasymilowani, posługujący się językiem polskim i od lat mieszkający pośród polskiego społeczeństwa. Taką drogę obierano od pierwszych miesięcy okupacji. Kiedy Niemcy przesiedlali ludność żydowską lub tworzyli getta w poszczególnych miastach, proces ten przyspieszał. Dla przykładu, w podaniu krakowskiego architekta Abrahama Romana Weindlinga, zgłoszonym 26 sierpnia 1941 r. za pośrednictwem parafii w Borku Fałęckim, pisano: 

„Od zawsze prowadził dom swój nie w religii żydowskiej i stykał się tylko z ludźmi ze sfery katolickiej. Od dawna też myślał o wierze katolickiej – dopiero teraz będąc wysiedlony z Krakowa, gdzie ma 4 kamienice, i mając dosyć czasu od szeregu miesięcy, pilnie uczęszcza do mnie na religię dwa razy na tydzień i pragnie, poznawszy prawdziwość religii katolickiej, przyjąć świętą wiarę”. 

Mężczyzna został zmuszony do zamieszkania w Borku Fałęckim w 1940 r., kiedy Niemcy rozpoczęli akcję przesiedlania ludności żydowskiej ze stolicy GG, by uczynić ją „judenrein”. Sytuację skomplikował fakt, że rok później, 28 maja 1941 r., wydano rozporządzenie o rozszerzeniu granic Krakowa i przyłączeniu do miasta okolicznych miejscowości, w tym Borku Fałęckiego. Żydów tam przebywających zobowiązano do przeprowadzenia się na teren getta krakowskiego. Weindling otrzymał zgodę na przyjęcie sakramentu, pozostał też w Borku Fałęckim. 

Inna z neofitek, mieszkająca w Krakowie Róża Reibscheid-Feliks, która także poprosiła o zgodę na chrzest wspominała: „Sytuacja pogorszyła się w chwili, gdy zaczęły się wysiedlenia [przymusowe przesiedlenia Żydów poza granice Krakowa w 1940 r. – red.]. Mąż otrzymał pozwolenie na pobyt w Krakowie, nie skorzystaliśmy z tego jednak, bo czuliśmy zbliżające się niebezpieczeństwo. Postanowiliśmy opuścić Kraków na »aryjskich papierach«, a ponieważ nie mieliśmy żadnych kontaktów, które mogłyby zapewnić takowe, poszliśmy za radą naszych przyjaciół sąsiadów i zdecydowaliśmy się na chrzest. Decyzja nie była łatwa, ale czas naglił – utworzono właśnie getto – nie mieliśmy innej drogi ratunku”. 

W pierwszych miesiącach wojny kandydaci do chrztu przechodzili kilkutygodniowy proces przygotowania, nim udzielono im zgody. Oficjalnie o możliwość przyjęcia tego sakramentu występowano do października 1942 r., później proces ten odbywał się potajemnie, a niektórzy duchowni dokumenty wystawiali bez dodatkowych procedur. Wielu neofitów, np. w Warszawie, trafiło do getta. Z punktu widzenia Niemców, obowiązywały kryteria rasowe, a nie przynależność do grupy wyznaniowej. Niemniej, nie wszystkich spotkał ten los i konwersja przyczyniła się do ocalenia ich życia.

„Aryjskie papier”, „dobry wygląd”, znajomość języka polskiego. Żydzi ukrywający się pod przybraną tożsamością

Żydzi ukrywali się w miastach i miasteczkach Generalnego Gubernatorstwa. Zarówno w swoich rodzinnych miejscowościach, jak i w innych, do których udawało się im przenieść w okresie okupacji. Mogli przetrwać tam quasi-legalnie albo przebywając cały czas w ukryciu. Ten pierwszy sposób dotyczył w zasadzie wyłącznie tych, którzy mieli tzw. dobry wygląd i udało im się zdobyć fałszywe dokumenty (metrykę chrztu, zaświadczenie o pracy, dowód zameldowania, czy kenkartę). Dokumenty te stanowiły o ich nowej tożsamości i dawały potencjalne zabezpieczenie na wypadek zatrzymania przez Niemców. Chroniły także – przynajmniej częściowo – w obliczu zagrożenia ze strony szantażystów i szmalcowników. Żydzi, którzy przedostali się poza getto i nie posiadali tzw. aryjskich papierów, musieli przebywać w kryjówkach, z dala od postronnych świadków.

Dokumenty można było pozyskać za opłatą lub korzystając z bezinteresownej pomocy znajomych. Ich wyrabianiem zajmowali się często urzędnicy gminni lub miejscy, gdyż mieli dostęp do pustych blankietów. Opłata była uzależniona m.in. od jakości wykonanych dokumentów. O dobrze podrobione papiery było jednak niezmiernie trudno i w związku z tym kosztowały one znacznie więcej. Do przybranych nazwisk dodawano fałszywą tożsamość. Niektórzy Żydzi podawali się za polskich przesiedleńców lub członków rodzin polskich inteligentów, zmuszonych do zmiany miejsca zamieszkania. Inni udawali krewnych swoich polskich pomocników. Dzieci przedstawiano jako potrzebujące wsparcia sieroty wojenne lub potomstwo dalekich członków rodziny. Ukrywający się musieli nauczyć się żyć w nowej roli. Henryk Grynberg pisał: 

„W każdej chwili uważać, by nie popełnić gafy, nie zapomnieć czegoś, nie pomylić się, a przy tym zachować naturalność i swobodę. Improwizować. I być zawsze gotowym do improwizacji. Nigdy zaskoczonym. A grać rolę, której nie było przecież kiedy się nauczyć”.

Każdy przypadek jest inny, jednak można wskazać grupę czynników, które wpływały na szansę przetrwania „na powierzchni” w miastach. Część z nich zależała od samych szukających schronienia, choć nawet najlepszy kamuflaż mógł zostać zdemaskowany. Kluczowy był tzw. dobry wygląd: jasne włosy, błękitne oczy i „słowiańska” uroda dodawały pewności siebie. Anonimowy autor pozostawił ważne świadectwo z tym związane: 

„Ileż to pięknych dziewcząt zwracało na siebie uwagę swą egzotyczną urodą. Na darmo rozjaśniały swe kruczoczarne warkocze, ciemne oczy zachowywały swój tęskny wyraz. Za każdym zakrętem, na każdym przystanku tramwajowym kryło się niebezpieczeństwo. Tu dawny znajomy, tam szantażysta, tu tajniak, tu znowu policjant o zbyt wnikliwym wejrzeniu, tu wreszcie rewizja osobista – słowem, każda droga najeżona przeszkodami, przez które trzeba przedrzeć się”. 

Obycie z polskimi zwyczajami i obrzędami religijnymi także zwiększały szanse. Istotna była też dobra znajomość języka polskiego lub niemieckiego i posługiwanie się nimi bez akcentu oraz naleciałości z języka jidysz. Wspominała o tym ukrywająca się w Krakowie i okolicach Helena Diamant-Fischel, która m.in. z opisywanych powodów nie mogła funkcjonować po „aryjskiej stronie”: 

„Byłam jasną blondynką, oczywiście tlenioną, ale rysy mam dość semickie. A mój język! Mówiłam w domu rodzinnym stale niemieckim, aż do zamążpójścia rzadko używałam języka polskiego. Do dziś dnia nie wymawiam jak należy świszczących spółgłosek i mój akcent jeśli już nie żydowskim w każdym razie dźwięczy obco”. 

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na komentarz Teresy Prekerowej, historyczki, która w czasie wojny była zaangażowana w pomoc Żydom, uhonorowanej później tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Wskazywała, że część z czynników powszechnie uznawanych za ułatwiających przetrwanie, nie była dostrzegana przez Niemców: 

„Znacznie mniej uchwytna była dla nich [Niemców] niepewność w zachowaniu się na ulicy (Polacy w zetknięciu z władzami okupacyjnymi też nie byli swobodni), a już żadnych podejrzeń nie mógł w nich budzić akcent, specyficzne zwroty językowe czy pewna odrębność obyczajowa”. 

Czynniki te były jednak dostrzegane przez szmalcowników i szantażystów. Największą szansę funkcjonowania „na powierzchni” w miastach i miasteczkach Generalnego Gubernatorstwa miały osoby z rodzin zasymilowanych lub z dobrymi kontaktami pośród Polaków. 

Prócz tzw. dobrego wyglądu, fałszywej tożsamości, czy odpowiedniej wiedzy, kluczowym elementem było posiadanie środków finansowych, kosztowności lub innych cennych rzeczy. Umożliwiało to nie tylko opłacenie kosztów utrzymania, które nie należały do niskich, ale też zapłacenie okupu – często dużego – potencjalnym szantażystom i szmalcownikom. W miastach można było się na nich natknąć niemal wszędzie – na ulicach, w bramach, na dworcach, w parkach. Zagrożeniem byli nie tylko przypadkowi przechodnie, ale niejednokrotnie także sąsiedzi mieszkający w tej samej kamiennicy. Ocalała Dina Landau wspominała po wojnie o jeszcze innej formie szantażu i opłatach za milczenie: 

„Ukrywaliśmy się w Krakowie na aryjskich papierach. Przechodziliśmy piekło. Nikt nas nie chciał przenocować. Już żałowaliśmy żeśmy uciekli, ale nie było odwrotu. Trzymała nas dozorczyni naszego domu w Podgórzu. Co dzień wypowiadała nam mieszkanie, groziła że przyprowadzi gestapo. Chodziło jej o to, żeby wyciągnąć od nas jak najwięcej pieniędzy. Po każdej takiej awanturze dostawała 1000 złotych. Po kilku dniach wyrzuciła nas i tułaliśmy się po Krakowie, każdą noc spędzaliśmy gdzie indziej”.

Józef Ziemian opisując losy młodych Żydów ukrywających się w Warszawie podkreślał, jak trudno było w miastach o znalezienie schronienia: „sprawa melin stanowiła w owych czasach jeden z najtrudniejszych problemów. Znalezienie Polaka, który zechciałby przyjąć do siebie Żyda, nawet za wysoką opłatą, nie było rzeczą prostą. […] Nocowali w rozmaitych ruinach, w piwnicach, po strychach. W jednym i tym samym miejscu nie wolno było pokazywać się zbyt często. Ktoś mógłby ich dostrzec i zawiadomić policję”. Ta kwestia, by nie rzucać się w oczy, nie pokazywać się ciągle w tych samych miejscach, miała ogromne znaczenie.

Pobyt po „aryjskiej stronie” wymagał zachowania ostrożności, nieustannej samokontroli, ale także bacznej obserwacji otoczenia. Aby bezpiecznie przetrwać trzeba było mieć silną kondycję fizyczną i psychiczną. Wymagało to również dużej pewności siebie. Nic nie pomagało, jeśli ukrywający się zachowaniem, niepewnymi gestami zdradzał lęk, niepewność. Wspominała o tym Pola Korn przebywająca w okupowanym Krakowie: „Myśmy się nawzajem poznawały po oczach, bo takie zwierzęce, wystraszone oczy nie mieli nawet ludzie w getcie”. Był to jeden z elementów, który zdradzał ukrywających się przed szmalcownikami. Czynniki różniły się też w zależności od płci. Mężczyznom pewność siebie odbierał łatwy do weryfikacji znak obrzezania. Ukrywająca się w Warszawie nauczycielka Franciszka Tusk-Scheinwechslerowa podkreślała o tym co pomogło jej przetrwać:

„Trzeba zachować pozory normalnego człowieka, jeżeli się nie chce wzbudzić podejrzeń. To oznacza, że trzeba chodzić, pracować udawać, że się żyje. Zapisałam się więc do biblioteki, wyjeżdżałam tramwajem do miasta, szukałam pracy i zaczęłam używać takich słów, od których odwykłam po »tamtej« stronie: jutro, za tydzień, za miesiąc…Rozpoczęłam życie z perspektywą”.

Zdarzało się, że osoby, które próbowały funkcjonować po „aryjskiej stronie” miast i miasteczek, po pewnym czasie dobrowolnie wracały do getta. Strach, rozczarowanie, przytłoczenie trudami codzienności i życiem w ciągłym napięciu, bez pewności co do miejsca kolejnego noclegu, pracy; obawa przed denuncjacją powodowały, że powrót wydawał im się lepszym wyjściem. Niektórzy zgłaszali się na roboty do Niemiec, traktując wyjazd jako wariant bezpieczniejszy.

Anonimowi w miastach? Żydzi ukrywający się a kontakty ze znajomymi Polakami po „aryjskiej stronie”

W dużych ośrodkach miejskich czynnikiem ułatwiającym ukrywanie się była anonimowość. Pod tym względem szukanie schronienia w miasteczkach, czy na prowincji było bardziej ryzykowne. Świadomość, że w ośrodkach miejskich trudniej było wypatrzeć obcych, zwiększała poczucie bezpieczeństwa. Choć i tak kwestia była złożona. Adina Blady-Szwajgier, lekarka z getta warszawskiego, po wojnie zwracała uwagę, że paradoksalnie przedwojenni znajomi, ze szkoły, podwórka, czy pracy mogli stanowić duże zagrożenie: 

„Bo nigdy nie było wiadomo, kim jest teraz ten »znajomy«, z którym w przedhistorycznych czasach rozmawiało się na ulicy czy w kawiarni jak »człowiek z człowiekiem«. Mógł być nadal człowiekiem, który chciał wyciągnąć pomocną dłoń – byli i tacy. Mógł być na tyle człowiekiem, żeby prześlizgnąć się niewidzącymi oczami po niegdyś znajomej twarzy, co oznaczało – nie znam cię, nie chcę wiedzieć, że tu jesteś i nikomu nie powiem. Ale mógł być też tym, który podejdzie i powie: »Chodź, Żydzie«, i zaprowadzi prosto w niemieckie ręce, albo tym, który powie »płać za milczenie« i zedrze ostatnią koszulę. To wszystko było. Więc był strach”. 

Także w miastach mniejszych niż Warszawa, takich jak Kraków, czy Lublin, łatwiej było przebywać Żydom z innych miejscowości, choć musieli się często obyć bez kontaktów lub tzw. dobrych adresów, gdzie mogli spędzić choć jedną noc. Maria Hochberg-Mariańska, Żydówka i działaczka Rady Pomocy Żydom „Żegota”, ukrywająca się w Krakowie i jego okolicach, pisała na ten temat: 

„Ani na jeden moment nie wolno było zapomnieć , że w [...] Krakowie przeżyłam sześć lat przedwojennych, że zna mnie tu dużo osób, Polaków, Żydów, i że żadne dokumenty, i nawet najlepszy aryjski wygląd, nie pomogą, jeśli ktoś zrobi doniesienie na gestapo lub po prostu wyda mnie w ręce najbliższego granatowego lub niemieckiego policjanta”. 

Obawiano się spotkania z dawnymi znajomymi i wynikających z tego konsekwencji. Stąd też niejednokrotnie ukrywający się Żydzi zmieniali adresy, a nawet – w miarę możliwości – przebywali czasowo także na prowincji.

Bezszelestnie, bez znaku życia. Żydzi ukrywający się w mieście

„Ukrywanie się w cudzych domach oznaczało nie tylko utratę kontaktu ze światem zewnętrznym, konieczność przestrzegania uciążliwych zakazów i wieczne niebezpieczeństwo. Zamknięte w czterech ścianach, skazane na bezczynność, byłyśmy także pozbawione własnego życia. Mężczyźni i kobiety, którzy udzielali nam schronienia, a nawet ich dzieci, mieli swoje codzienne sprawy do załatwienia, problemy do rozwiązania, drobne kłopoty i poważne zmartwienia, jakieś osiągnięcia i niepowodzenia, chwile radości bądź smutku. Nasza egzystencja była pusta. Trwałyśmy po prostu, odmierzając czas. Pozbawione własnego życia żyłyśmy cudzym”, zwracała uwagę na samotność ukrywających się Janina Bauman. 

Wielu Żydów zdołało przetrwać Zagładę jedynie „pod powierzchnią”. Kryjówki mogły być tymczasowe, średnio lub długoterminowe; samodzielne lub wspomagane; samotne albo grupowe. W miastach rzadko razem ukrywały się całe rodziny. Ze względów bezpieczeństwa łatwiej było to robić parami lub w pojedynkę. Zdarzało się, że ukrywający się wchodzili ze sobą w relacje intymne, czego efektem były związki, ale też i ciąże. Poród i przebywanie w kryjówce z malutkim dzieckiem komplikowały sytuację. Dalsze ukrywanie się z noworodkiem było niemal niemożliwe. Kobiety stawały przed dramatycznym wyborem; mogły opuścić schronienie, a jeśli nie udało im się wykonać wcześniej aborcji, zdarzało się, że w kryjówkach dochodziło do przypadków dzieciobójstwa.

Czasami do dyspozycji posiadano całe mieszkanie, np. w kamiennicy lub pokój w domku jednorodzinnym. W innych przypadkach były to specjalnie tworzone skrytki w piwnicach, na strychach, za meblami, za ścianami, a nawet w miejscach bardzo niecodziennych, jak np. na cmentarzu czy w kanałach. Im mniejsza była powierzchnia kryjówki, tym doświadczenie ukrywania się było trudniejsze do zniesienia. Szczególnie jeśli przez wiele godzin nie można było jej opuszczać. Krystyna Chiger, która m.in. wraz z bliskimi przebywała w lwowskich kanałach wspominała: 

„Było niewygodnie, ciemno, mokro i odrażająco, ale wyobrażałam sobie, że większość miejsc należących do systemu kanalizacji jest równie obrzydliwa. […] Nasza kolejna skrytka nie okazała się w niczym lepsza od dopiero co opuszczonej nory. Z wielu względów była nawet gorsza. Tutaj wiatr wiał gwałtowniej i głośniej, przez co chłód był jeszcze bardziej przenikliwy. Nigdzie nie dało się usiąść. Sufit był jeszcze niższy, na dodatek pod nogami kotłowały się takie ilości szczurów, jakie trudno byłoby sobie wyobrazić. Dosłownie morze szczurów, które nawet nie próbowały uciekać na nasz widok”. 

We wspomnieniach osób ukrywających się w miastach przewijają się opowieści o tym, że niejednokrotnie musieli funkcjonować jak „duchy”. Nie dawać żadnych oznak, że w danej przestrzeni ktoś przebywa. Trudniej pod tym względem funkcjonowało się osobom ukrywającym się w budynkach wielorodzinnych. By nie doszło do dekonspiracji nie wolno było rozmawiać, przygotowywać posiłków, używać sanitariatów w określonych godzinach, poruszać się, czy nawet kaszleć, bo każdy hałas mógł budzić podejrzenia. Ukrywający się w Warszawie Dawid Fogelman pisał o tej sytuacji: „Żyjemy jak Robinson Crusoe, z tą różnicą, że on był wolny, mógł się swobodnie poruszać, a my musimy żyć w ukryciu. Jesteśmy jak na wyspie, wkoło są miny”. Życie pod taką presją pociągało za sobą szereg problemów natury psychologicznej, jak np. zmienność nastrojów, stany lękowe i depresyjne, poczucie pustki i utraty sensu życia. 

Zarówno „na powierzchni”, jak i w kryjówkach, Żydzi starali się wprowadzać pewne rytuały codzienności. Powtarzalność zachowań przynosiła namiastkę normalności. Jeśli istniała taka możliwość, czytano książki lub gazety, albo wykonywano drobne prace domowe. Zdarzało się, że ukojenie przynosiła modlitwa, choć na tym etapie egzystencji wielu Żydów utraciło wiarę. Maria Steczko, ukrywająca się w Krakowie i okolicznych miejscowościach wspominała: „żyjąc w ciągłej niepewności i niebezpieczeństwie – tak strasznie i gorąco błagałam tego Boga, w którego istnienie już nieraz wątpiłam, żeby nas ocalił. Nie było takiej mocy na ziemi, która by nas mogła ocalić, mimo woli więc wznosimy oczy do góry i szukamy pomocy u Boga i wierzymy, że jest, że musi być, pomimo że takie straszne dzieją się rzeczy i że On na to bezprawie pozwala. Boże – błagam – ulituj się – ocal nas”. Takie świadectwa odnoszące się do wiary nie są jednak częste.

Relacje polsko-żydowskie w miastach i miasteczkach Generalnego Gubernatorstwa

Powodzenie obranej przez Żydów tzw. strategii przetrwania zależało od wielu czynników, w tym od relacji z nieżydowskimi mieszkańcami miast i miasteczek. Rozporządzenia wprowadzane sukcesywnie przez okupanta – oznakowanie i odizolowanie Żydów od reszty społeczeństwa, a następnie zamknięcie ich w oddzielnych dzielnicach – nie pozostawały bez wpływu na wzajemne postrzeganie. Izolacja Żydów od wczesnego etapu wojny, ich nieobecność na ulicach, sprawiały, że stawali się oni „niewidzialni”. Powrót niektórych z nich i próba szukania schronienia po „aryjskiej stronie” na etapie tzw. likwidacji gett niejako wymuszały przyjęcia określonej postawy. Jedni, pomimo grożących konsekwencji, decydowali się pomóc, inni z różnych względów nie podejmowali żadnych działań. Niektórzy, nie reagowali, traktowali tę kwestię obojętnie, odwracali wzrok i zajmowali się swoimi sprawami. Jeszcze inni wydawali władzom uciekinierów i osoby udzielające pomocy, co zazwyczaj skutkowało ich śmiercią. Byli i tacy, którzy sami dopuszczali się morderstw. Podejście do szukających pomocy Żydów mogło też być zmienne i ewoluować w różne, nieraz w skrajnie przeciwne kierunki. Jarosław Marek Rymkiewicz w książce Umschlagplatz skupił się na tych postawach, które utrudniały przetrwanie. Podnosił przy tym szereg pytań, na które niejednokrotnie nie znajdujemy odpowiedzi: 

„Chciałbym wiedzieć, dlaczego Polacy szantażowali i wydawali Żydów. Właśnie Polacy i właśnie Żydów. Właśnie wtedy. Bo że wydawali swoich, w tym, zgadzam się z Tobą, nie ma nic dziwnego. Zawsze są tacy, którzy wydają, i tacy, którzy są wydawani. Ale tego, że wydawali wtedy Żydów, nie da się wytłumaczyć wyłącznie odwiecznymi cechami natury ludzkiej, tym że ta natura jest taka, a nie inna, że Bóg stworzył nas tak, a nie inaczej, czyli dosyć marnie. […] Chciałbym wiedzieć, co taki szmalcownik miał w głowie, kiedy w czterdziestym pierwszym czy w drugim prowadził w Aleje Ujazdowskie, tam było chyba Kripo, jakiegoś Żyda czy jakąś Żydówkę i kiedy się z tym Żydem czy z tą Żydówką targował. […] Czy oni to robili dla pieniędzy i tylko dla pieniędzy, czy mieli jeszcze ten dodatkowy powód. Czy robili to także dlatego, że – nie wiem, jak to powiedzieć – w powietrzu, w atmosferze było tutaj wtedy coś, co pozwalało im to robić. Co skłaniało ich do tego, żeby to robili. Coś wisiało w powietrzu. Jakiś smród. I oni to czuli”. 

Żadne miasto i miasteczko Generalnego Gubernatorstwa nie było wolne od szantażystów i szmalcowników. Różna mogła być tylko skala tego zjawiska oraz motywacje poszczególnych osób.

Z racji wielkości i znaczenia, jednym z największych skupisk zarówno ratujących, jak i ocalonych była Warszawa. Z kolei, jak pisał historyk Izrael Gutman, „Najniższe wartości występują w Łodzi, która była drugim największym skupiskiem ludności żydowskiej po Warszawie, lecz miasto to zostało wcielone do Rzeszy, a getto szczelnie izolowane”. Na sytuację ukrywających się i pomagającym im  w dystrykcie lubelskim i części warszawskiego, wpływało także ulokowanie tam ośrodków zagłady. Z kolei mieszkańcy dystryktu radomskiego doświadczali dużych represji, co wpływało na relacje polsko-żydowskie i decyzje o udzielaniu pomocy. W dystrykcie Galicja, szczególnie w województwie lwowskim, zaobserwować można większą liczbę ocalałych. Być może wynika to z polityki narodowościowej prowadzonej przez Niemców, faworyzowania Ukraińców, kosztem miejscowych Polaków i konfliktów między tymi grupami. Wpływało to na większą solidarność Polaków z prześladowanymi Żydami. Wydaje się, że głównie kwestie humanitarne motywowały mieszkańców dużych miast do udzielania pomocy. Jedni robili to bezinteresownie, biorąc na siebie koszty utrzymania, inni pobierali w zamian wynagrodzenie. Niektórzy opłacali w ten sposób tylko koszty utrzymania, inni bogacili się pobierając wysokie opłaty lub inne dobra materialne. Pomoc mogła mieć charakter jednorazowy lub długotrwały. Były w nią zaangażowane zarówno indywidualne osoby, rodziny, jak i organizacje – świeckie i duchowne. W dużych ośrodkach: Warszawie, Krakowie i we Lwowie, istniały komórki Rady Pomocy Żydom „Żegota”, finansowanej m.in. ze środków Rządu RP na Uchodźstwie, a także Bundu i innych organizacji żydowskich. Osoby związane z „Żegotą” dostarczyły lub wystawiły ponad 50 tysięcy fałszywych dokumentów, pomagały też w poszukiwaniu mieszkań i przekazywały żywność oraz inne potrzebne rzeczy.

Nie są znane dane o tym ilu Żydów ukrywało się w miastach i miasteczkach, a ilu na prowincji. Wielu historii tych, którzy starali się przetrwać po  „aryjskiej stronie” już nigdy nie poznamy, bo ich bohaterowie albo nigdy o nich nie opowiedzieli, albo nie doczekali końca wojny. Albo ratowani zostali w którymś momencie zadenuncjowani i zabici – i nigdy nie opowiedzą o tych, którzy udzielali im pomocy, zanim przyszedł tragiczny koniec.

dr Martyna Grądzka-Rejak, red. Mateusz Szczepaniak, październik 2021 r.


Przeczytaj więcej:



Bibliografia:


  • A. Blady-Szwajger, Wspomnienia lekarki. Szpital w getcie, łączniczka ŻOB, Społeczna Komisja Zdrowia, Warszawa 1989.
  • K. Chiger, Dziewczynka w zielonym sweterku, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008. 
  • M. Cobel-Tokarska, Bezludna wyspa, nora, grób. Wojenne kryjówki Żydów w okupowanej Polsce, Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Warszawa 2012.
  • S. Datner, Zbrodnie hitlerowskie na Żydach zbiegłych z gett, „Biuletyn ŻIH” 1970, nr 75.
  • S. Datner, Las sprawiedliwych, „Książka i Wiedza”, Warszawa 1968. 
  • M. Grądzka-Rejak, „Od dłuższego czasu straciłem wszelki kontakt z żydami i żydostwem”. Neofici w okupowanym Krakowie w świetle materiałów Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 2017, nr 13.
  • I. Gutman, Stosunki polsko-żydowskie w świetle żydowskiej historiografii i literatury, „Biuletyn ŻIH” 2000, nr 1.
  • B. Heksel, K. Kocik, Żegota. Ukryta pomoc, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Kraków 2017.
  • Księga Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ratujący Żydów podczas Holocaustu. Polska, red. I. Gutman, red. wyd. polskiego D. Libionka, R. Kuwałek, A. Kopciowski, undacja Instytutu Studiów Strategicznyc, Kraków 2009.
  • D. Libionka, Kościół w Polsce wobec Zagłady w świetle polskiej publicystyki i historiografii, „Biuletyn ŻIH” 2000, nr 3.
  • M. Melchior, Zagłada a tożsamość. Polscy Żydzi ocaleni „na aryjskich papierach”. Analiza doświadczenia biograficznego, Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, Warszawa 2004.
  • J. Nalewajko-Kulikov, Strategie przetrwania. Żydzi po aryjskiej stronie Warszawy, Neriton, Instytut Historii PAN, Warszawa 2004.
  • G.S. Paulsson, Utajone miasto. Żydzi po aryjskiej stronie Warszawy (1940–1945), tłum. E. Olender-Dmowska, red. nauk. B. Engelking-Boni, J. Leociak, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Kraków 2007.
  • T. Prekerowa, Konspiracyjna Rada Pomocy Żydom w Warszawie 1942–1945, oprac. i wstęp A. Namysło, wyd. 2. popr. i uzupeł., Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020.
  • Prowincja noc. Życie i zagłada Żydów w dystrykcie warszawskim, red. B. Engelking, J. Leociak, D. Libionka, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2007.
  • E. Ringelblum, Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej, oprac. i wstęp T. Epsztein, esej J. Nalewajko-Kulikov, wyd. 2. popr. i uzupeł., Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2020.
  • N. Szac-Wajnkranc, Przeminęło z ogniem pamiętnik, „Myśl”, Warszawa 1988.
  • M. Urynowicz, Zorganizowana i indywidualna pomoc Polaków dla ludności żydowskiej eksterminowanej przez okupanta niemieckiego w okresie II wojny światowej, [w:] Polacy i Żydzi pod okupacja niemiecką 1939–1945. Studia i materiały, red. A. Żbikowski, Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Warszawa 2006.
  • L.J. Weitzman, Living on the Aryan Side in Poland. Gender, Passing, and the Nature of Resistance, [w:] Women in the Holocaust, red. D. Ofer, L.J. Weitzman, Yale University Press, New Haven–London 1998.
  • J. Ziemian, Papierosiarze z Placu Trzech Krzyży, „Solidarność Walcząca”, Łódź 1986.