„Ten jest z ojczyzny mojej…” (1966): lektura krytyczna

Książka Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny ustanowiła kanoniczną wersję polskiej narracji o ratowaniu Żydów podczas Zagłady w okupowanej Polsce. Po pięćdziesięciu pięciu latach od jej wydania przyszedł czas na weryfikację zaprezentowanego wtedy obrazu postaw społeczeństwa polskiego wobec Zagłady. Przez minione dziesięciolecia badania nad tym zagadnieniem bardzo się rozwinęły. Nakreślony przez Bartoszewskiego – współautora książki i uczestnika przedstawionych w niej wydarzeń – obraz masowego udziału Polek i Polaków w akcji ratowania Żydów, zarówno o wymiarze indywidualnym, jak i instytucjonalnym, należy dzisiaj poddać zasadniczej korekcie. Ten jest z ojczyzny mojej... – przez wielu traktowany jako wierny zapis prawdy o okupacji niemieckiej – jest przede wszystkim dokumentem swojej epoki, źródłem do badania pamięci społecznej.


Władysław Bartoszewski i Zofia Lewinówna. Autorzy, okoliczności powstania i konstrukcja Ten jest z ojczyzny mojej

Władysław Bartoszewski (1922–2015) to nie tylko współautor książki, ale także świadek przedstawianych w niej wydarzeń, ich aktywny uczestnik – działacz katolickiego Frontu Odrodzenia Polski, żołnierz Armii Krajowej i członek Rady Pomocy Żydom „Żegota”, który za pomoc udzielaną Żydom został po wojnie uhonorowany tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata (1965). Do Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie Bartoszewski jeździł dwa razy – najpierw w 1963 r., by zasadzić w Ogrodzie Sprawiedliwych pamiątkowe drzewo „Żegoty”, potem w 1966 r., by zasadzić swoje własne. W tym właśnie okresie wraz z Zofią Lewinówną pracował nad Ten jest z ojczyzny mojej….

Lewinówna (1921–1994) ocalała podczas Zagłady, ukrywając się po tzw. aryjskiej stronie Warszawy, m.in. u swojej szkolnej przyjaciółki Zofii Celińskiej, siostry znanego później historyka literatury i lewicowego działacza społecznego Jana Józefa Lipskiego. Po wojnie pracowała jako redaktorka i edytorka, m.in. w Państwowym Instytucie Wydawniczym oraz Państwowym Wydawnictwie Naukowym. Bardzo dobrze znała przyszłą żonę Bartoszewskiego, Zofię z domu Makuch, która poleciła ją do tej współpracy.

Przygotowanie książki Bartoszewskiego i Lewinówny zapoczątkowała głośna akcja zbierania wspomnień o ratowaniu Żydów rozpisana 24 marca 1963 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Artykuł wzywający do nadsyłania świadectw zasługuje na uwagę. Zaczyna się od przywołania niesprawiedliwych oskarżeń pod adresem społeczeństwa polskiego, aktualizując tym samym stereotyp „Żydów szkalujących Polskę”, znany na przykład z Protestu Zofii Kossak-Szczukciej (rolę oszczercy gra Leon Uris).

Zebrane w wyniku akcji świadectwa mają w intencji organizatorów zaprzeczyć pomówieniom. Bartoszewski zakreśla tym samym ramy możliwych odpowiedzi na ankietę. Z założenia oddziela polską przemoc wobec żydowskich współobywateli od obrazu narodu, kwalifikując „krzywdy wyrządzone w latach okupacji w Polsce Żydom oraz dopomagającym im Polakom” jako sprawę „elementów przestępczych”. Podkreśla zasadnicze znaczenie niemieckiego terroru (a nie sąsiedzkich donosów) dla niskiej skuteczności pomocy, a także masowy udział Polaków w akcji ratowania Żydów mimo ceny, jaką była stosowana bezwzględnie kara śmierci za udzielanie Żydom pomocy.

Brak wiedzy o pomocy Żydom po wojnie tłumaczy śmiercią świadków, ich niechęcią do „powracania myślą do tragicznych wydarzeń” oraz skromnością (uznawali pomoc za „proste spełnienie obowiązku”), co nie pozwala mówić o prawdziwych powodach milczenia – niechęci do ratujących oraz o represjach ze strony sąsiadów. 

Formułując w ten sposób prośbę o świadectwa Bartoszewski i „Tygodnik Powszechny” de facto formatowali odpowiedzi. Z jednej strony, szczera opowieść o okupacyjnych realiach łatwo kwalifikowałaby się jako „oszczerstwo”, z drugiej, zwracano się do osób, które były po ludzku wdzięczne środowisku „Żegoty” za uratowania życia, a konflikt dotyczący wizerunku Polaków stawiałby je w trudnej psychologicznie sytuacji. 

Akcji patronował wiersz Antoniego Słonimskiego (1943), z którego zaczerpnięto tytuł książki: 

Ten, co o własnym kraju zapomina
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski, 
Bratem się czuje Jugosłowianina, 
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski. 

Z matką żydowską nad pobite syny 
Schyla się, ręce załamując z żalem, 
Gdy Moskal pada - czuje się Moskalem, 
Z Ukraińcami płacze Ukrainy.

Ten, który wszystkim serce swe otwiera, 
Francuzem jest, gdy Francja cierpi – Grekiem,
Gdy naród grecki z głodu obumiera.
Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Praca opublikowana została przez Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak” w 1966 (do księgarń trafiła w kwietniu następnego roku), a jej drugie poszerzone wydanie ukazało się w roku 1969. Zarówno okres zbierania świadectw, jak i czas wydania tomu były dla żydowskich Polaków trudne. Rok 1956 przyniósł ożywienie antysemityzmu, którego konsekwencją była fala wyjazdów. Nacjonalizm zyskiwał coraz więcej miejsca w polskiej kulturze lat 60., co w marcu 1968 r. doprowadziło do największej po Holocauście akcji dyskryminacyjnej. Książka Bartoszewskiego i Lewinówny była bez zgody autorów wykorzystywana w antysemickiej nagonce jako jeden z dowodów nienagannej postawy Polaków wobec Żydów w czasie wojny oraz „niewdzięczności Żydów wobec polskiego społeczeństwa”. 

Ten jest z ojczyzny mojej… składa się z dwóch części: obszernego wstępu Władysława Bartoszewskiego, zatytułowanego Po obu stronach muru, i zbioru świadectw. Wśród ich autorów znajdujemy osoby, których wojenne historie stały się powszechnie znane dopiero wiele lat później, m.in. Jana Karskiego, Irenę Sendlerową, czy Antoninę Żabińską. Świadectwa złożyli także Żydzi ocalali z Zagłady, przede wszystkim zaangażowani w ruch oporu, m.in. Rachela Auerbach i Basia Temkin-Bermanowa, ale także Szymon Datner

Wstęp pomyślany został jako przewodnik po lekturze zebranych w tomie świadectw, przygotowuje do ich odbioru, a jednocześnie wskazuje najważniejsze wątki zebranego materiału i wyjaśnia jego sens. Porządkuje je wedle pewnego klucza, a stawką tych zabiegów jest wizerunek Polaków. Oni też są głównymi bohaterami tej historii. Obecny w Ten jest z ojczyzny mojej… model widzenia i opowiadania polsko-żydowskiej historii jest z jednej strony wyrazem panujących na ten temat przekonań, z drugiej nadaje im status prawdy potwierdzonej przez źródła i świadków. Skupmy się na krytycznej lekturze owego wstępu.

Polaków portret własny. Czy masowo pomagaliśmy Żydom?

Władysław Bartoszewski konsekwentnie budował w Ten jest z ojczyzny mojej… obraz aktora wydarzeń – narodu jako całości – i stworzył jego portret zbiorowy. 

W książce Polacy ratujący Żydów są reprezentantami znacznie liczniejszej wspólnoty: widzimy różne regiony Polski, grupy zawodowe, klasy społeczne, światopoglądy i orientacje polityczne, wreszcie szereg instytucji na czele z Delegaturą Rządu RP na Kraj. Opis przybiera formę wyliczenia, którego ilustrację stanowią konkretne przykłady ratowania. 

Pomoc okazuje się masowa, jest regułą postępowania wobec Żydów. 

W opowieści Bartoszewskiego powszechne zaangażowanie społeczne znajduje odbicie w stanowisku instytucji publicznych. W jego ujęciu powstanie Rady Pomocy Żydom „Żegota” (4 grudnia 1942 r.) kanalizuje społeczną aktywność zdecydowanej większości Polaków. Jednoznaczne stanowisko Delegatury Rządu sprawia jednocześnie, że ratujący zyskują społeczny prestiż.

„Samo […] istnienie zorganizowanego ośrodka […] reprezentującego oficjalne stanowisko ówczesnego rządu polskiego, miało zasadnicze znaczenie moralne i psychologiczne” – czytamy. „Sprzyjało wytworzeniu się właściwego klimatu dla wzmożenia inicjatywy i wysiłków w niesieniu pomocy Żydom. Rada stała się w ostatnich dwóch latach okupacji rzeczywistym oparciem dla zakrojonej na szerszą skalę akcji społecznej”.

Wysiłków na rzecz ratowania Żydów nie trzeba było jak widać nawet inicjować, wystarczyło je wzmagać. W takim klimacie rozwijała się „zakrojona na szeroką skalę akcja społeczna”.

Z prowadzonych w ostatnich latach badań wynika, że polskie otoczenie było dla ukrywających się Żydów przede wszystkim zagrożeniem, a w skali społecznej solidarność dotyczyła nie tyle pomocy Żydom, ile przyzwolenia na Zagładę, korzystania z jej skutków, a także działań, które wpisywały się w eksterminacyjne poczynania nazistowskich Niemiec. Taki też obraz wyłania się z dokumentów. Jan Karski, legendarny emisariusz polityczny Polskiego Państwa Podziemnego i Rządu RP na uchodźstwie w czasie II wojny światowej, pisał na początku 1940 r. o polskiej społeczności:

„Stosunek ich do żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny”.

Korekcie należy poddać kreślony przez Bartoszewskiego obraz masowego udziału Polek i Polaków w akcjach pomocy. Jego fundamentem i zarazem milczącym założeniem jest przekonanie, że w pomoc jednemu ukrywającemu się Żydowi musiało być zaangażowanych kilku lub kilkunastu Polaków, co prowadzi do wniosku, że w pomoc udzielaną Żydom zaangażowane były setki tysięcy Polaków. 

Rzeczywistość przedstawiała się raczej odwrotnie: opiekę zapewniały pojedyncze rodziny lub wręcz samotnie działający ludzie, zdarzało się, że kilku podopiecznym. Przykładem może być Antonina Wyrzykowska z Janczewka koło Jedwabnego, która razem z mężem Aleksandrem i rodzicami, Franciszkiem i Józefą Karwowskimi, udzielała pomocy siedmiu Żydom ocalałym z pogromu w Jedwabnem (10 lipca 1941 r.). Pomagający bardzo dbali, żeby o ich działalności możliwie nikt nie wiedział, dlatego ograniczano liczbę wtajemniczonych. 

Jeśli przyjmiemy za Antonym Polonskym, głównym historykiem wystawy stałej Muzeum POLIN, liczbę dwudziestu tysięcy Żydów, którym udało się przetrwać po „aryjskiej stronie” i założymy, że pomocy udzielano raczej indywidualnie (a czasami kilku ratowanym), polski wkład w ratowanie Żydów okazuje się skromny.

Zło na marginesie. Czy Polacy przejawiali wrogość wobec Żydów?

Rzeczywistość okupacji niemieckiej w Polsce daje o sobie znać na marginesach opowieści snutej przez Władysława Bartoszewskiego we wstępie do Ten jest z ojczyzny mojej…

„Zarówno akcję obrony, jak i akcję opiekuńczą prowadzimy w niesamowitych warunkach podwójnej konspiracji na tle szalejącego terroru niemieckiego również wobec Polaków”. 

„Podwójna konspiracja” musi oznaczać ukrywanie działalności nie tylko przed okupantem, ale także przed polskim otoczeniem. Jest śladem faktycznych trudności, o których autor decyduje się nie wspominać. Po wielu latach w wywiadzie dla „Die Welt” mówił o nich wyraźnie:

„Nie musiałem się obawiać na ulicy oficera, który nie miał rozkazu aresztowania mnie. Ale musiałem się bać sąsiada, który zauważył, że kupuję więcej chleba niż zwykle”.

„Właściwy klimat” wokół pomocy udzielanej Żydom nie sprawiał zatem, że członkowie „Żegoty” mogli czuć się bezpiecznie we własnych środowiskach. 

„Rada Pomocy Żydom (RPŻ) – czytamy – przybrała kryptonim »Żegota«, początkowo nieoficjalnie, aby uniknąć w potocznych rozmowach specjalnie drażliwego i niebezpiecznego w warunkach okupacyjnych słowa »Żydzi«”. 

Konieczność zakonspirowania pod neutralnym kryptonimem sformułowania „pomoc Żydom” stawia pod znakiem zapytania moralny klimat towarzyszący akcji, o którym tak dużo pisze Bartoszewski. Bo skoro organizacja działała pod kryptonimem, który ukrywał jej faktyczne cele nawet przed najbliższymi współpracownikami zaangażowanymi w konspirację, to jak jej istnienie mogło mieć „zasadnicze znaczenie moralne i psychologiczne” dla „wzmożenia inicjatywy i wysiłków w niesieniu pomocy Żydom”?

Członkom „Żegoty” groziło takie samo niebezpieczeństwo ze strony towarzyszy z konspiracji, jak osobom ratującym Żydów na prowincji ze strony sąsiadów i partyzantów. Wiosną 1944 r. kontrwywiad Narodowych Sił Zbrojnych i Delegatura Rządu RP na Kraj z powodu rzekomych sympatii komunistycznych objęła obserwacją kilka osób zaangażowanych w akcję pomocy Żydom, m.in. Aleksandra Kamińskiego i Irenę Sendlerową. 13 czerwca 1944 r. zamordowano Jerzego Makowieckiego, kierownika Wydziału Informacji Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej, w czym współdziałał Witold Bieńkowski, zajmujący się sprawami żydowskimi w Delegaturze Rządu. To i inne morderstwa praktycznie zakończyły działalność „Żegoty”.

Mimo to Władysław Bartoszewski tak buduje wypowiedź, żeby oddzielić niebezpieczeństwa grożące ratującym ze strony polskiego otoczenia od obrazu narodu i zatrzeć przy tym skalę problemu. Denuncjacje okazują się wyjątkiem na tle reguły pomocy, jednocześnie są dziełem osób działających z niskich pobudek, a więc ludzi, których nie sposób zaliczyć do narodowej wspólnoty: 

„Nie wolno negować i przemilczać krzywd wyrządzonych Żydom w latach okupacji w Polsce przez tych Polaków, którzy znaleźli się na marginesie własnej społeczności i współpracowali z okupantem zarówno na szkodę Żydów, jak i na szkodę dopomagających im chrześcijan” – czytamy. „Ale trzeba pamiętać – stwierdził dosadnie wybitny pisarz Adolf Rudnicki – iż jedna menda, jak zawsze w podobnych czasach, mogła więcej napsuć, aniżeli tysiące uczciwych ludzi naprawić. To wszystko nie stanowi usprawiedliwienia. Ale usprawiedliwia nas i legitymuje fakt, iż z wyjątkiem faszystów i ONR, całe polskie olbrzymie podziemie polityczne pomagało Żydom, zwłaszcza po roku 1942, choć nie było pomocy poniżej kary śmierci”.

Wszystkie bodajże stwierdzenia zawarte w tym fragmencie są fałszywe w świetle badań z ostatnich dwudziestu lat. Zatrzymajmy się jednak nad figurą „jednej mendy”, która pozostaje rewersem motywu „kilku, a niekiedy kilkunastu osób” zaangażowanych w ratowanie jednego Żyda. Dopiero połączenie obu wyobrażeń wytwarza pożądany obraz narodu. Pomagających Polaków jest zawsze wielu. W domyśle – i w wypowiadanych przez Bartoszewskiego wnioskach – ratujący działają jako społeczność. Ci, którzy sprawiają, że ich pomoc nie może być skuteczna, są z założenia odosobnieni. Powstaje wrażenie, jakby wysiłki ratujących udaremniał jeden człowiek lub nieliczna grupa ludzi zdolna wytropić ukrywanych Żydów. W ramach podsuwanego przez Bartoszewskiego obrazu nie sposób pomyśleć, że owa „jedna menda” odpowiedzialna za śmierć każdego z ukrywanych była zaledwie jedną z wielu. A przecież właśnie dlatego, że potencjalnych donosicieli było aż tylu, spotkania z nimi okazywały się statystycznie tak częste.

Bartoszewski konsekwentnie wyłącza wrogość wobec Żydów z obrazu polskiej wspólnoty za pomocą zabiegów stylistycznych. Tak buduje wypowiedź, żeby słowo „Polacy” wiązało się z ratowaniem. Kiedy wspomina o polskim współudziale, unika nazywania sprawców określeniami łączącymi ich z polską wspólnotą. Mamy więc z jednej strony powtarzające się wyrażenie „Żydzi oraz pomagający im Polacy”, z drugiej wyliczenie: „zawodowi konfidenci Kriminalpolizei – narodowości niemieckiej, ukraińskiej, litewskiej, polskiej, żydowskiej, denuncjatorzy pozyskani przez okupanta obietnicą korzyści materialnych oraz szantażyści wymuszający na własny rachunek okup od Żydów i dopomagających im Polaków pod groźbą wydania w ręce policji niemieckiej”.

Szantaż – w przeciwieństwie do pomocy – nie jest polskim procederem. Uprawiają go różne narody, przy czym Polacy znajdują się dopiero na czwartym miejscu, nawiasem mówiąc obok samych Żydów. 

O denuncjowaniu, a także zabójstwach ukrywających się żydowskich Polaków w czasie wojny, oraz agresji wobec powracających ocalałych już po jej zakończeniu wiemy dzisiaj coraz więcej. Masowa skala tego rodzaju postaw skłania historyków do mówienia o przemocy zbiorowej oraz czystce etnicznej. Wprowadzony przez Bartoszewskiego sposób widzenia wojny zabezpieczał do niedawna polską kulturę przed dostrzeżeniem tych zjawisk. 

Zawsze solidarni. Dominujący motyw w narracji o polskiej pomocy

Opowieść Władysława Bartoszewskiego rozwija się pod znakiem jak najlepszych stosunków między Polakami a Żydami. Już w II Rzeczypospolitej Żydzi stanowili grupę odrębną, ale za odrębność tę odpowiadali sami. Czytamy o „środowiskach ortodoksów”, pozostających „od wieków w świadomej izolacji od otoczenia nieżydowskiego”. 

Brak informacji o zasięgu i sile jeszcze dziewiętnastowiecznego oraz przedwojennego antysemityzmu pozwala kreślić obraz uczestnictwa w życiu publicznym tych członków mniejszości, którzy się na to zdecydowali: „Równocześnie inteligencja polska pochodzenia żydowskiego brała aktywny udział w życiu społecznym Polski”, „Żydzi uczestniczyli także aktywnie w polskim życiu politycznym”.

O tym, jak w rzeczywistości wyglądało to uczestnictwo, świadczy internowanie kilku tysięcy polskich żołnierzy i oficerów żydowskiego pochodzenia – w tym ochotników – w Jabłonnie, Modlinie i Zgierzu w samych początkach odrodzonej państwowości polskiej oraz histeria wywołana wynikiem wyborczym Bloku Mniejszości Narodowych, której efektem było zabójstwo pierwszego Prezydenta RP, Gabriela Narutowicza (16 grudnia 1922). Czytając Bartoszewskiego, odnosimy wrażenie, jakby „Wiadomości Literackie” wyznaczały standardy myślenia i postępowania w dwudziestoleciu międzywojennym, tymczasem ton życiu zbiorowemu nadawali raczej ich nieprzebierający w środkach przeciwnicy.

U Bartoszewskiego w polsko-żydowską idyllę wkraczają dopiero nazistowskie Niemcy. Stają się one w ten sposób jedynym sprawcą prześladowań, a polska społeczność zostaje osadzona w roli grupy przeciwdziałającej zamiarom faszystów wobec Żydów.

W opowieści tej zarządzenia niemieckie łamią w odczuciu Polaków normy współżycia z mniejszością. Także zasymilowani Żydzi okazują się zaskoczeni, tak jakby nie znali dyskryminacji z własnego – jeszcze przedwojennego – doświadczenia. „Prześladowania z powodów rasowych dotknęły również wielu ludzi, którzy ani sami się za Żydów nie uważali, ani w środowisku polskim za Żydów nie uchodzili – pisze Bartoszewski. I kontynuuje: 

„Okres zamykania »żydowskich dzielnic mieszkaniowych« postawił wielu ludzi uznawanych za Żydów w świetle ustaw norymberskich wobec bardzo trudnego problemu wyboru dalszego sposobu życia, a wielu »aryjskich« Polaków wobec moralnej konieczności przyjścia z pomocą tym, którzy zdecydowali się podjąć wielkie ryzyko niewykonania zarządzeń niemieckich”.

Jeszcze raz realia dają o sobie znać w marginalnych partiach tekstu. Trudno bowiem zrozumieć „wielkie ryzyko” pozostawania poza gettem, skoro ukrywający się „w środowisku polskim za Żydów nie uchodzili”.

Zdaniem Bartoszewskiego Zagłada spowodowała na poziomie społecznym pozytywną zmianę w nastawieniu Polaków do Żydów. Przypadki, które przeczyłyby takiej diagnozie, kwalifikuje on jako pochodną charakteru i postawy moralnej jednostek, oddzielając je tym samy od zbiorowości.

Ze współczesnych badań historycznych wynika odwrotny obraz. Po wojnie fala antysemityzmu rośnie i wywołuję emigrację Żydów. W relacjach ocalałych po „aryjskiej stronie” powtarzają się informacje o zagrożeniu ze strony polskiego otoczenia. Żydzi musieli wypracować strategie ukrywania swego pochodzenia przed bacznym okiem przechodniów i sąsiadów. Problemem okazywały się nie tyle dylematy tych, którzy wahali się, czy pomagać czy też nie – o których dużo pisze Bartoszewski – ile brak dylematów wśród tych, którzy czuli się bezkarni w prześladowaniu żydowskich współobywateli lub uznawali za coś naturalnego wykluczające wskazywanie Żyda. Już w 1940 r. Jan Karski pisał: 

„Naród nienawidzi swego śmiertelnego wroga [chodzi o Niemców – red.] – ale ta kwestia [żydowska – red.] stwarza jednak coś w rodzaju wąskiej kładki, na której przecież spotykają się z g o d n i e Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa”.

Mimo to opowieść o losie Żydów w czasie okupacji niemieckiej układa się u Bartoszewskiego w listę polskich osiągnięć w dziele pomocy. Dominantami tej relacji są współpraca, wzajemne zrozumienie i polskie zaangażowanie. Czytamy o pomocy wojskowej, politycznej, kanałach przerzutowych, przepływie informacji, współczującym spojrzeniu polskich świadków niemieckich zbrodni, pomocy indywidualnej i instytucjonalnej, zaangażowaniu rządu. 

Ocaleli wśród nas. Czy zdaliśmy moralny egzamin podczas Zagłady?

Z motywem solidarności Polaków wobec Żydów wiążą się dwie figury, stanowiące jego rozwinięcie i doprecyzowanie. Wyobrażeniu, że ocalali Żydzi przeżyli wewnątrz polskiej społeczności i tylko dzięki jej heroicznemu poświęceniu, towarzyszy przeświadczenie, że Polacy nie mogli właściwie nic zrobić, bo działali w gruncie rzeczy w podobnych warunkach jak ofiary Zagłady. Połączenie tych dwóch figur z jednej strony przedstawia etnicznych Polaków jako naród, który zdał moralny egzamin płacąc za to wysoką cenę, z drugiej strony z góry i bez wnikania w przyczyny rozgrzesza z nieskuteczności pomocy. 

Władysław Bartoszewski tworzy obraz społeczeństwa polskiego, które zapewnia eksterminowanym przeżycie, a więc izoluje ich od Niemców, uniemożliwiając realizację ostatecznego rozwiązania: „Reszta ocalała w partyzantce lub w ukryciu w otoczeniu polskim, w kontaktach ze społeczeństwem polskim i przy jego pomocy”. Znów: pomaga zbiorowość a jednostki pozostają tylko jej wysłannikami.

W narracji tej okupanci widzą przyjazną postawę Polaków wobec Żydów i są przekonani, że uciekinierzy z gett ukrywają się wśród dawnych polskich sąsiadów. Na „coraz częstsze fakty ukrywania Żydów” reagują terrorem i groźbami skierowanymi do Polaków. Na ratujących spadają represje, które nie mają jednak w ujęciu Bartoszewskiego związku z sąsiedzkimi donosami: „W ślad za tymi ostrzeżeniami następują egzekucje Żydów schwytanych poza granicami getta i równocześnie aresztowania, zsyłanie do obozów koncentracyjnych i tracenie dopomagających im Polaków”. Niemiecki terror nie zmienia polskich postaw: „W odpowiedzi na te poczynania represyjne [wobec Żydów i ukrywających ich Polaków – red.] polska prasa podziemna ponawiała apele o ratowanie za wszelką cenę ofiar hitlerowskiego bestialstwa”.

Nic nie mogliśmy zrobić. Dlaczego polska pomoc dla Żydów podczas Zagłady była nieskuteczna?

Władysław Bartoszewski podkreśla, że skuteczna pomoc była tak naprawdę niemożliwa. Problem niechcianej i ukrywanej wiedzy o polskich zachowaniach wobec Żydów w czasie wojny i po niej nie dotyczy jednak tego, czego nie sposób było zrobić i czego nie zrobiono. Wiąże się raczej z tym, czego można było nie robić, a co polskie społeczeństwo jako zbiorowość jednak uczyniło. Uwagi o niemożliwości masowej pomocy ofiarom Zagłady zakrywają wiedzę o skali i skuteczności przemocy, a więc współudziału w ludobójstwie.

Chodzi o problem, który historyk Andrzej Żbikowski określił mianem „kolaboracji egzystencjalnej”. W jego opinii „czynne działanie przeciw wyjętym spod prawa Żydom było de facto pomocą okazywaną okupantowi”, ale nie tylko:

„Było także wyrazem częściowej akceptacji narzuconych przez niego reguł gry, gestem porozumienia […]. Takie działanie, co wydaje się najważniejsze, było świadectwem tego, że w czasie okupacji można zrealizować pewne konkretne cele sformułowane przez ideologów antysemityzmu, choć generalnie nie akceptuje się antypolskiej polityki okupanta”.

Najważniejszym z tych celów okazywało się usunięcie Żydów z Polski i przejęcie ich majątku. Współpraca w tym dziele przybierała wiele form, od wrogiego i izolującego przyglądania się poczynaniom Niemców, przez rabunek do bezpośredniej agresji, wszystkie jednak miały ten sam skutek: uniemożliwiały eksterminowanym ucieczkę i w efekcie prowadziły do ich śmierci. Pomoc – nawet taka, na jaką pozwalałyby stworzone przez okupanta warunki – nie była możliwa właśnie ze względu na opisywaną przez Żbikowskiego postawę statystycznie decydującej większości polskiego społeczeństwa.

W ujęciu Bartoszewskiego skuteczną pomoc uniemożliwiały czynniki niezależne od polskich postaw i działań: liczebność ludności żydowskiej w Polsce, jej koncentracja w miastach, wreszcie odrębność. Dowiadujemy się, jak wielkie trudności wiązały się z próbami ratowania przedstawicieli żydowskiej biedoty i jak jej sytuacja różniła się od sytuacji zasymilowanej inteligencji. Podział na getto i zasymilowaną elitę usuwa z pola widzenia dużą grupę Żydów – także małomiasteczkowych – którzy nie odróżniali się strojem, ale wciąż byli rozpoznawani jako obcy.

Z obrazu zarysowanego przez Bartoszewskiego znika pytanie, przed kim zdradzała ukrywających się „rzucająca się w oczy odrębność form obyczajowych” lub „nie dość dobra znajomość środowiska i języka polskiego”. Samo sformułowanie wskazuje, że trzeba było ukrywać się przed Polakami, w przeciwieństwie do Niemców kompetentnymi w rozpoznawaniu często subtelnych kulturowych i językowych różnic. Choć niemiecki terror ma bezsprzecznie zasadnicze znaczenie w tej historii, przemilczane zostają polskie postawy, które w dużej mierze podnosiły skuteczność poczynań Niemców. 

Pieniądze. Przyczynek do pytania o pomoc Rządu RP dla Żydów

We wstępie do Ten jest z ojczyzny mojej… informacja o powołaniu do życia Rady Pomocy Żydom „Żegota” wnosi ważny element do obrazu powszechnej pomocy eksterminowanym: pieniężne nakłady polskiego państwa i społeczeństwa na rzecz ratowania Żydów. Bartoszewski kładzie akcent na „materialne poparcie” działań „Żegoty” przez Rząd RP na uchodźstwie. Wymienia wysokości przekazanych sum i źródła wsparcia. Tworzy się tym samym przekonanie, że Polacy jako zbiorowość nie ciągnęli zysków z Zagłady, ale przeciwnie, ponosili w związku z tym wydatki.

I w tym punkcie obraz zarysowany przez Bartoszewskiego nie odpowiada rzeczywistości. Marcin Urynowicz twierdzi, że Rada Pomocy Żydom otrzymywała dużą część środków od żydowskich partii politycznych w kraju, które w pewnych okresach finansowały aż 40 procent jej działalności. Historycy – między innymi Dariusz Stola – zwracają uwagę, że ogromna część funduszy ginęła w drodze do adresatów. 

Marcin Urynowicz stwierdza:

„Stąd już bowiem tylko krok do przypuszczenia, że setki tysięcy dolarów, które nie trafiły nigdy do rąk organizacji żydowskich w kraju, zostały przeznaczone przez DR [Delegaturę Rządu – red.] na inne cele, a działalność RPŻ nie była finansowana de facto przez skarb państwa, lecz przede wszystkim z pieniędzy od organizacji żydowskich. Sama zaś DR ograniczałaby się tylko do przekazywania tych funduszy, określając je niezgodnie z prawdą jako pochodzące ze skarbu państwa polskiego”.

Co więcej, Delegatura Rządu przekazywała pomoc nie w dolarach, ale dokonując wymiany wedle zaniżonych kursów, a pieniądze trafiały do potrzebujących z ogromnymi opóźnieniami. 

Wygląda na to, że Polskie Państwo Podziemne nie było wyjątkiem, jeżeli chodzi o tak rozpowszechnioną w polskich miastach i na prowincji praktykę korzystania na sytuacji Żydów. W efekcie fundusze przeznaczane przez PPP na ratowanie Żydów były nie tylko niskie w stosunku do wysokości budżetu, ale – jak to ujmowała Rada Pomocy Żydom w notach skierowanych do Delegatury – „nie pozwalały w ogóle na jakąkolwiek działalność, która mogłaby być poważnie traktowana”.

Warto dodać, że w obrazie proponowanym przez Bartoszewskiego pominięty został nie tylko wkład pieniężny organizacji żydowskich w akcję pomocy, ale także znaczny udział Żydów w strukturze Rady, wśród jej członków, łączników czy współpracowników.

Podsumowanie. Dwa cierpiące narody: równoległość i kontrast losów Polaków i Żydów podczas okupacji niemieckiej

„Realizację tych zadań [wysiedlenia z zachodnich ziem polskich – red.] – zarówno w odniesieniu do Żydów, jak i Polaków – powierzył Heydrich 21 XII 1939 r. Adolfowi Eichmannowi” – zapisał Władysław Bartoszewski. „Ok. 200.000 Polaków i ok. 100.000 Żydów deportowano zimą 1939/1940 z samego tylko »Kraju Warty«”.

Narracja Bartoszewskiego przedstawia Zagładę jako element niemieckiego terroru wobec ludności polskiej w ogóle. Represje wymierzone w Żydów okazują się równoległe do represji wobec Polaków, co dobrze ilustruje powyższy cytat. Informacjom o prześladowaniach Żydów towarzyszą komentarze w rodzaju: „w Generalnej Guberni potęgowało się z miesiąca na miesiąc nasilenie terroru wobec całego społeczeństwa”, po czym pojawia się uwaga o „masowych aresztowaniach i egzekucjach” ludności polskiej oraz rozstrzelaniu krakowskich profesorów. Choć polskie ofiary i cierpienia nie podlegają dyskusji, zaciera się dysproporcja losów żydowskich i nieżydowskich Polaków w czasie okupacji. 

Do narracji o podobieństwie losu wkrada się także kontrast. Terror niemiecki sprawia, że ceną za ratowanie Żydów jest częstokroć śmierć ratujących, lecz mimo to polska społeczność zdaje trudny egzamin na niemal wszystkich poziomach. 

W przypadku Żydów powstaje wrażenie, że nie radzą sobie oni z wojennym doświadczeniem i w przeciwieństwie do Polaków nie potrafią stanąć na wysokości zadania. Przypadki małości ludzkiej, egoizmu i okrucieństwa zostają przedstawione nie jako margines, ale jeden z elementów charakteryzujących żydowską społeczność. Bartoszewski równoważy ten opis heroizmem bojowców, którzy zdecydowali się na walkę podczas powstania w getcie warszawskim i w innych miastach lub przyłączyli się do partyzantki, ale jednocześnie nie wydobywa zasadniczej różnicy między sytuacją ludzi w dzielnicach zamkniętych, a sytuacją Polaków po „stronie aryjskiej”. Nie mówi o nieporównywalnie większej presji, której poddani byli Żydzi za murami gett, ani o takich prozaicznych szczegółach jak fakt, że konspiracja żydowska została zdziesiątkowana w czasie akcji wysiedleńczych w 1942 roku. Nie ma też w jego opowieści miejsca na usprawiedliwienia analogiczne do zastosowanych wobec Polaków. 

W efekcie opis akcji eksterminacyjnych przybiera taką oto formę: „Hitlerowskie »Vernnichtungskommando« przeprowadziło to krwawe zadanie przy pomocy formacji kolaboracyjnych: ukraińskich, litewskich, łotewskich. Posługiwano się też Żydowską Służbą Porządkową (policją gettową)”. Chodzi o akcję wysiedleńczą w getcie warszawskim (lipiec-wrzesień 1942). Rola polskiego otoczenia w uszczelnianiu murów getta, uniemożliwiający ucieczkę masowy proceder rozpoznawania i szantażu ujęte zostają w formule wyjątku. 

Zwieńczeniem opowiadanej w ten sposób historii są drzewka polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w Ogrodzie Yad Vashem. Żydzi – beneficjenci polskiej pomocy – oddają sprawiedliwość polskiej społeczności, potwierdzając tym samym w ogromnym stopniu fikcyjną relację o polskich postawach podczas Zagłady.

* * *

Ten jest z ojczyzny mojej… to jedna z pierwszych prób zbierania świadectw o Zagładzie. Już tylko z tego powodu jest do dziś ciekawym źródłem wiedzy. Jednocześnie pozostaje świadectwem praktyk i dyskursów kształtujących nasze postrzeganie eksterminacji Żydów a szczególnie polskiego wizerunku w związku z Zagładą. Przemyślenia wymagają nie tylko relacje świadków, ale także sposoby kulturowego wytwarzania opowieści: wydobywania pewnych wątków i ukrywania innych, konstruowania bohaterów, rozkładania akcentów, wreszcie wywierania presji na tych, którzy opowiadają o swoich losach.

dr hab. Tomasz Żukowski, red. Mateusz Szczepaniak, luty 2022


Przeczytaj więcej



Bibliografia 


  • J. Grabowski, „Ja tego Żyda znam!”. Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939–1943, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 2004.
  • J. Grabowski, Ratowanie Żydów za pieniądze: przemysł pomocy, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”, nr 4, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2008.
  • J. Tokarska-Bakir, Bracia miesiące. Studia z antropologii historycznej Polski 1939-1945, Wydawnictwo IBL, Warszawa 2021. 
  • Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939–1945, oprac. Wł. Bartoszewski, Z. Lewinówna, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013. 
  • M. Urynowicz, Zorganizowana i indywidualna pomoc Polaków dla ludności żydowskiej eksterminowanej przez okupanta niemieckiego w okresie drugiej wojny światowej, [w:] Polacy i Żydzi pod okupacją niemiecką 1939–1945. Studia i Materiały, red. A. Żbikowski, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2006.
  • A. Zawadzka, Ręka w rękę. Powoływanie świadków polsko-żydowskiego braterstwa, w: Opowieść o niewinności. Kategoria świadka Zagłady w kulturze polskiej (1942–2015), red. M. Hopfinger, T. Żukowski, Wydawnictwo IBL, Warszawa 2018. 
  • A. Żbikowski, Morderstwa popełnione na Żydach w pierwszych latach po wojnie, [w:] Następstwa zagłady Żydów. Polska 1944–2010, red. F. Tych, M. Adamczyk-Garbowska, Lublin 2011.