Rodzina Bajaków

powiększ mapę

Audio

7 audio

Relacja Grzegorza Pawłowskiego

Nazywam się ksiądz Grzegorz Pawłowski. Pochodzę z żydowskiej rodziny, nazywałem się Jakub Hersz Griner, urodziłem się w Zamościu w 1931 roku. Od 1970 roku mieszkam w Jaffie, w Izraelu. Pracuję przy kościele św. Piotra, wśród Polaków. Mam też grupę hebrajską, którą prowadzę od 1970 roku, kościół hebrajski.

Dzieciństwo

Pochodzę z bardzo religijnej rodziny żydowskiej. Miałem bardzo porządnych rodziców, nazywali się Mariem i Mendel Griner. Miałem brata, który się nazywał Chaim, on był najstarszy, potem były dwie siostry, Szajndla i Sura. Ja byłem najmłodszy. Z dzieciństwa wiele nie pamiętam.

Rodzice zajmowali się sprzedawaniem drzewa opałowego oraz węgla. W czasie wakacji wynajmowali sad gdzieś na wsi. Pilnowaliśmy owoców. Później je zrywaliśmy i się sprzedawało. Nawet w okresie świątecznym tym dla chrześcijan, jeździliśmy na wieś sprzedawać wapno czy coś tam. Trzeba było handlować, żeby żyć.

Wybuch wojny

Kiedy wybuchła druga wojna światowa miałem ósmy rok. Byłem zapisany do szkoły powszechnej i nie poszedłem. Pierwsza rzecz, kiedy wybuchła wojna, to nasz dom przy ulicy Mikołaja Reja 26 w Zamościu spalił się. Przeszliśmy na ulicę Gminną do naszych krewnych, gdzie dano nam mały pokoiczek, do którego się wchodziło przez drugi pokój. Kiedy wybuchła wojna do Zamościa przyszli Rosjanie. Pamiętam tych żołnierzy. Mój brat pojechał z nimi, ja nie byłem na pożegnaniu i dzięki temu ocalał.

Zaczęto przewozić Żydów z okolicy później kierowanych na Zagładę. Było bardzo ciasno. Nawet na korytarzu musieli siedzieć, bo nie było [miejsca] w mieszkaniu. I ciągle były wywózki. W naszym domu mieszkała lekarka z synem Adasiem, opiekowała się chorymi.
Pewnego dnia Niemcy wszystkich chorych z żydowskiego szpitala rozstrzelali. Był tam też mój krewny. Jego brat przyjechał i płakał, bo się dowiedział, że go rozstrzelali.

Mój ojciec jakiś czas pracował u Niemców. Pewnego razu przyszedł bardzo potłuczony. Niemcy zrobili sobie pośmiewisko. Wsadzali Żydów na konie i podcinali je batami. Mój ojciec nie umiał jeździć na koniu, spadł i się potłukł.

[Jeśli] chodzi o jakieś utrzymanie, niedaleko domu była studnia. W dni jarmarczne moje siostry szły z wiadrem i poiły konie. I dostawały za to jakieś pieniądze. Ja natomiast, ponieważ był kontyngent, czyli przymusowe dostarczanie produktów rolniczych jak kapusta, ziemniaki, inne rzeczy, czepiałem się furmanek. Łapałem jakiegoś buraka czy ziemniaka, co się dało, żebyśmy mieli z czego żyć. Nieraz dostawało się batem.

Ciągle były akcje. Pamiętam, wracałem do domu, Niemcy stali... karabiny postawili, śmieli się. Poszedłem do domu, wszyscy byli przerażeni, że coś będzie. Zaczęła się akcja, zaczęli wyganiać Żydów. Ze strachu schowałem się pod łóżko. Słyszałem dwa strzały w korytarzu i płacz wypędzanych. Kiedy wszystko się uspokoiło, ojciec powiedział, żebym wyszedł zobaczył, co się dzieje. Na korytarzu leżał we krwi nasz krewny, na zewnątrz jego ojciec.

Potem urządzano getto. Ojciec chodził do przymusowej pracy do Niemców. Pewnego razu powiedział do nas: „Nie wiem, czy wrócę.” Żegnał się z nami. Powiedzieliśmy: „Jeżeli nie wiesz, czy wrócisz, to dlaczego idziesz? Nie idź!” „Muszę pójść.” Poszedł i rzeczywiście już nie wrócił.

Obóz przejściowy w Izbicy

W getcie żyliśmy strachem. Były akcje, łapanki. Raz wyprowadzono jednego Żyda na ulicę, żona chciała mu dać płaszcz. „Jemu już płaszcz jest niepotrzebny.” I go rozstrzelali.

Z wyżywieniem było ciężko. Czasem jakieś kobiety starały się dostać do getta, coś sprzedać. Potem była likwidacja getta. Wszystkich Żydów przepędzono piechotą 21 kilometrów do Izbicy. Dowiedziałem się, że była [wśród nas] również ta lekarka, Bronisława Szpigelglas, ze swoim synem. W drodze sobie i jemu zrobiła zastrzyk uśmiercający. Myśmy właściwie szli piechotą, chociaż mamusia potem wynajęła furmankę i sama szła, a dwie siostry i ja tośmy siedzieli. Inni też wynajmowali furmanki.

Dojechaliśmy do Izbicy. Tam umieszczono nas mieszkaniach pożydowskich, może po Żydach, których już zamordowano. Tam też ciągle były akcje.

Pewnego razu byliśmy w piwnicy pod sklepem. Odkryto nas, bo dzieci płakały. Kiedy nas odkryto, mamusi i siostrom nic nie powiedziałem i wyszedłem za plecami Niemców. Stała grupa Polaków. Jeden powiedział: „To jest chłopiec żydowski” a inni: „Cicho, niech ucieka.” I uciekłem. 

Początek tułaczki

Poszedłem chyba w kierunku Tarnogóry, gdzie jest kościół. Był wieczór, podszedł do mnie jakiś Polak i powiedział: „Chłopcze, idź do tego mieszkania, tu cię przenocują, dadzą ci jeść.” I rzeczywiście, przenocowali mnie. Na drugi dzień już się bali, więc nocowałem na podwórzu w stercie porąbanego drewna. Był koniec października 1942 roku. Kiedy wyszedłem z kryjówki, jakiś gospodarz mnie zauważył i zaczął krzyczeć: „Patrzcie, patrzcie Żydek aż się trzęsie z zimna.” Jak usłyszałem „Żydek”, wiedziałem już, że trzeba uciekać.

Po wojnie dowiedziałem się, że wszystkich Żydów [którzy zostali w Izbicy], a mogło ich być około tysiąca, zapędzono do remizy strażackiej, która też służyła za kino. Trzymano ich tam około 10 dni, potem wyprowadzono na cmentarz żydowski. Wykopano dwa rowy. Strzelano po kilka osób, twarzą do grobów. Padali bezwładnie. Rowy były tak przepełnione, że Schulzowi, który był burmistrzem miasta, kazał wykopać trzeci rów. Trochę z ciał, których ziemia nie mogła pokryć, wrzucono do trzeciego rowu.

Przez wioski dostałem się do Zamościa. Poszedłem do znajomych. Trochę mnie przechowała rodzina Machałków, ale długo nie mogli mnie trzymać. Zresztą chłopcy polscy zauważyli, że tam wchodzę. Czekali, aż wyjdę. [Machałkowie] puścili mnie innym wyjściem.

Raz zatrzymali mnie polscy chłopcy. Kazali mi się przeżegnać. Jeszcze umiałem się żegnać. Chcieli mnie do Niemców zaprowadzić. Uciekłem.

Byłem w różnych domach, na przykład u starszego małżeństwa Ptaszek przy ulicy Partyzantów. Trzymali mnie na poddaszu, nauczyli pacierza.

Byłem [też] przy ulicy Lipska 1, u Dubielów, którzy mieli krowy i pomagałem w gospodarce. Gospodarzowi buty czyściłem. Tam pewnego razu przyszedł jakiś chłopiec żydowski, zaczął ze mną rozmawiać w jidysz. Nie chciałem odpowiadać. Mówiłem, że nie jestem Żydem. Bałem się go. A on: „Co, boisz się mnie?” Mówię: „Nie, ja nie jestem Żydem.” Nie chciałem, żeby się gospodarze dowiedzieli. Ale ten gospodarz, Marcin Dubiel, był chyba w dobrej komitywie z Niemcami. Oni wiedzieli, że ma chłopca żydowskiego: „Potrzymaj, jak ci jest potrzebny, a potem go zabij.” Potem powiedział Niemcom, że uciekłem.

Raz byłem w jakimś domu, przyszedł urzędnik i pyta się, co to za chłopiec. Powiedzieli, że sierota. „Zatrzymajcie go, a ja przyślę kogoś i wezmą go do domu dziecka.” Bałem się tego. Powiedziałem gospodyni, że muszę iść do ustępu, który był na zewnątrz i uciekłem.

Metryka chrztu

[Innym razem] chłopiec żydowski, starszy ode mnie, spotkał mnie na ulicy i spytał, czy chcę żyć. Powiedziałem: „Oczywiście, że tak.” „To zaczekaj, przyniosę ci polską metrykę chrztu.” „A skąd je weźmiesz?” „Co cię to obchodzi. Zaczekaj, przyniosę.” Rzeczywiście przyniósł. Ta metryka mi uratowała życie.

Przy torach kolejowych w Zamościu był obóz pracy przymusowej. Tam się zakradali chłopcy żydowscy. Raz przyszedłem tam do pracowni krawieckiej. Nakryli mnie z płaszczem, a potem mnie wypuścili [dzięki metryce]. Raz nawet tam przenocowałem. Jeden z Żydów wziął mnie do łóżka. Dał mi nawet coś jeść. Było zimno.

Pewnego razu poszedłem zagrzać się do strażnicy przy tym obozie przymusowej pracy. [Strażnica] była po drugiej stronie szosy. Weszło dwóch Niemców i: „Chodź z nami chłopcze.” Zaprowadzili mnie do żandarmerii. „Ile masz lat?” Tyle i tyle. Uderzył mnie w twarz: „Nieprawda!” Wyciągnąłem metrykę, popatrzył. Polacy nauczyli mnie, jak ja się nazywam, jakie są moje dane, wszystko znałem na pamięć. [Niemiec] kiwnął głową.

Zaprowadzono mnie do żandarmerii do innego budynku. Siedział tam starszy człowiek, Niemiec i złapana młoda Żydówka. Wiem, że pytano ją o opaskę z gwiazdą Dawida, mówiła: „Nie mam.” Widocznie przyznała, że jest Żydówką. Kiedy pokazałem temu Niemcowi metrykę urodzenia, chrztu, popatrzył i powiedział: „On idzie na wolność, a ta na śmierć.” Jeden z Niemców podszedł do niej z pistoletem, zaczął straszyć. Zaczęła płakać, a starszy powiedział Niemiec: „Dlaczego jej dokuczasz, każdy chce żyć.” Kiedy wyszedłem, dołączyłem się do jakiejś grupy chłopców, żeby nie myślano, że jestem jednym z nich.

U Bajaków

Później znowu się gdzieś ukrywałem. Byłem w domu, gdzie mnie trzymano z tydzień. Kobieta zaczęła płakać: „Nas wszystkich Niemcy zabiją przez niego.” Poradzono, żebym poszedł gdzieś na wieś. Posłuchałem. Już była wiosna 1943 roku.

Szedłem koło jakiegoś stawu, zauważyłem dużą rybę, nieżywą, złapałem ją. Poszedłem do gospodarzy: „Mam rybę, może dacie mi zjeść coś i przenocujecie, to wam dam tą rybę.” „Dobrze.” Usmażyli rybę, przenocowali mnie. Rano poszedłem dalej.

Zaszedłem do wioski, która się nazywa Białowola, niedaleko Zamościa. Powiedziałem, że chcę paść krowy, więc zaprowadzono mnie do sołtysa. Sołtys popatrzył na metrykę i zaprowadził do gospodarzy, do rodziny Bajaków, matka Aleksandra Teofila Bajak, a matka Teofili nazywała się Józefa Harasim. Powiedziano: „My jesteśmy twoją rodziną. To jest twoja babcia, na mnie będziesz wołał ciocia, a na męża wujek.”

Moje ubranie było bardzo brudne, chyba zawszone. Dali mi ubranie, dbali o mnie, jedzenie miałem. Na wiosnę zacząłem paść krowy. Właściwie było mi bardzo dobrze, może nawet aż za dobrze. Pani Harasimowa nie miała zębów i dała mi skórki, których nie mogła jeść. A ja widocznie zapomniałem, że to są czasy wojenne, ująłem się honorem i powiedziałem: „Nie jestem psem, nie będę po was skórek zjadał.” I uciekłem. Szukali mnie.

[Zdaniem córek Aleksandra i Teofili Bajaków, Romany Bajak i Teresy Laszkiewicz, sytuacja ta wyglądała inaczej. Na podstawie opowieści rodzinnych twierdzą, iż Grzegorz Pawłowski uciekł z gospodarstwa Bajaków, kiedy do Józefy Harasimowej przyszedł sołtys podejrzewający iż Grzegorz to żydowski chłopiec. Odnośnie zaś skórek od chleba, uważają że to właśnie na prośbę samego Grzegorza Pawłowskiego dostawał je od babci Harasimowej.]

U Kuronów

Pobiegłem przez podwórze gospodarza, który się nazywał Kuron Czesław, jego żona Helena. „Gdzie tak biegniesz?” „Uciekam od Bajaków, nie chcę już u nich paść krów.” „To zostań u nas, dobrze ci będzie.” I zostałem. To było kilka domów [dalej] od [Bajaków]. Był rok 1943.

Zaczęła się zima. Nauczyciel jakiś z Zamościa przyjeżdżał, to mnie gospodarze posłali do szkoły. Zacząłem się uczyć polskiego. Kuron miał warsztat tkacki i mi koszule szyli, dbali o mnie.

Zaczęła się wiosna, zacząłem paść krowy. Jak już było gorąco, pędziłem krowy z pastwiska i siostra gospodarza, jak krowy dopadły do studni wybiegła z mieszkania, mówi: „Ty Żydzie, nie umiesz krów paść!” Jak usłyszałem „Żyd”, miałem kije w ręku, zacząłem w nią rzucać ze złości. Ale ona się schowała i żaden kij w nią nie uderzył.

Powrót do Bajaków

Zostawiłem buty i uciekłem do Lipska Polesia, gdzie się Bajakowie wyprowadzili. I przyjęli mnie. Raz byłem na pastwisku, to Czesław Kuron przyszedł, był bardzo dobrym człowiekiem, i pytał „Dlaczego uciekłeś ode mnie, źle ci u mnie było?” „Było mi bardzo dobrze.” Przecież nie mogłem mu powiedzieć, że uciekłem, bo jego siostra mnie wyzywała od Żydów.

Pewnego razu, babcia Harasimowa przyprowadziła swoją krowę do Teofili. Kiedy odchodziła, krzyknąłem do niej, nie wiem za co jej nie lubiłem, to była w sumie dobra kobieta: „Babciu, ja waszej krowy paść nie będę!” Na drugi dzień wypędziłem tylko czerwoną krowę, tamtą nie. Gospodarz ją wyprowadził, nic nie mówił, ale jak przyszedłem do domu to mi sprawił dobre lanie.

Ostatnia zmiana pracodawcy

Raniusieńko następnego dnia wstałem i uciekłem. Chyba daleko, bo znalazłem się na wsi Polanówka. Tam u jednego gospodarza zacząłem paść krowy. Już się kończyła wojna, bo nawet gospodarz mówił: „Patrzcie, patrzcie, ale samoloty lecą i wracają. Widocznie front jest blisko”. Za kilka dni przez sąsiednią wioskę wojsko rosyjskie przechodziło. Z wielkiej radości nie wypędziłem krów, tylko poszedłem zobaczyć, jak Rosjanie przechodzą z harmoszkami, weseli. Jeden dał mi trąbkę. Wróciłem ze zdobyczą do domu, a gospodarze powiedzieli: „Ty już nie możesz u nas być. Zaniedbałeś swoje obowiązki, nie wypędziłeś krów, zarobiłeś przez miesiąc na koszulę, idź sobie.” Dali mi przenocować. 

W Tomaszowie Lubelskim

Na drugi dzień rano poszedłem przed siebie. Właściwie to był kierunek Tomaszów Lubelski. Przejeżdżała furmanka: „Chodź chłopcze, gdzie idziesz?” „Nie wiem, przed siebie.” „Gdzie jest twój dom?” „Nie mam domu.” „Gdzie są twoi rodzice?” „Nie mam rodziców.” „Jesteś sierotą?” „Tak.” „To siadaj z nami.” Zawieźli mnie aż na Majdan, z którego pochodził ksiądz Śrutwa, późniejszy biskup. Tam był lasek, tam się zatrzymałem.

Bardzo ładnie mnie ludzie traktowali, ale zachorowałem. Radzono mi iść do Tomaszowa Lubelskiego, pięć kilometrów. Poszedłem. W głowie mi się kręciło. Kazano iść do Polskiego Czerwonego Krzyża. Lekarz wyszedł, w poczekalni miał dużo ludzi, ale zauważył mnie.

„Chodź no tu chłopcze.” Powiedziałem, że jestem sierotą. „A jesteś głodny?” „Jestem.” Jego żona mi dała jeść, a on mnie zbadał. „Ty jesteś ciężko chory. Musisz iść do szpitala.” „Ale ja przecież nie mam pieniędzy.” „Dam ci skierowanie. Nie potrzebujesz pieniędzy.” Przyjęto mnie. Dyrektor szpitala, chyba się Peter nazywał, powiedział: „Możesz przyjść do mnie, jak wyjdziesz ze szpitala, bo ja nie mam dzieci”. Ale byłem nieśmiały, więc ze szpitala wyszedłem, ale do niego nie poszedłem.

Sierociniec

Był na Siwej Dolinie sierociniec. Prowadziły go eks-siostry zakonne, których zakon zlikwidowano. Tam było siedmioro dzieci, ja byłem ósmy. Przez wakacje 1944 roku siostry nauczyły mnie trochę pisać i czytać. Zapisały mnie od razu do drugiej klasy. Szkoła była przy ulicy Kościuszki. Zaprowadzono mnie tam. Prosiłem nauczycielkę, żeby mnie wzięła do trzeciej klasy, że sobie poradzę. Po tygodniu dała mnie do trzeciej klasy. Uczyłem się z zapałem.

Przez wakacje pani Stanisława Klepacka przerabiała ze starszymi dziewczętami czwartą klasę i mnie wzięły. Na drugi rok poszedłem do klasy piątej. Już ksiądz Wacław Kosmala uczył religii w szkole i przygotowywał dzieci do pierwszej komunii świętej, mnie też. Nikt się nie domyślał, że nie jestem chrzczony. Z nauki religii wiedziałem, że nie wolno przyjmować sakramentów bez chrztu, więc poszedłem do księdza z płaczem. Powiedziałem, że nie jestem chrzczony. „Kto ci to powiedział?” „Mama.”

[Ksiądz] powiadomił kierowniczkę domu dziecka i ochrzcił mnie warunkowo w drewnianym kościele w Tomaszowie Lubelskim. Przystąpiłem do sakramentów świętych.

Nasz dom dziecka [przeniesiono] potem do Rogóźna, gdzie był kiedyś dworek po dziedzicach i po jakimś czasie zlikwidowano. Dzieci rozwożono po różnych domach dziecka. Mnie zawieziono do Bystrzycy koło Lublina.

Szkoły

Zacząłem chodzić do Słobianowa do szkoły. Uczyłem się bardzo pilnie, nawet jak był największy deszcz i inne dzieci nie szły, ja szedłem [do szkoły]. Tam ksiądz Bolesław Kołtyś uczył mnie ministrantury po łacinie. Służyłem już do mszy. Szkołę skończyłem na piątkach, żadnego opuszczonego dnia.

Poszedłem do Lublina na ulicę Grodzką 12. Chodziłem do gimnazjum Staszica. Byłem już tak religijny, że codziennie służyłem do mszy. Nawet nie jadłem śniadania, bo wtedy nie wolno było jeść śniadania przed komunią, brałem chleb ze sobą i w czasie przerwy w szkole jadłem.

Gimnazjum Staszica właściwie nie skończyłem. Była dziwna sytuacja, czasy stalinowskie, urządzano w gimnazjach masówki. Zaczęto najeżdżać na papieża, na wiarę, a ja gorliwy chrześcijanin, [jako] jedyny w szkole zabrałem głos na temat wiary. Zacząłem bronić papieża. Chciano mi dać wilczy bilet, ale w kuratorium zjawiła się siostra Klara Staszczak z Puław, która miała tam dom dziecka i powiedziała: „Ja go do siebie wezmę.”

[Zacząłem] chodzić do gimnazjum Czartoryskich. Tam też pewnego razu była masówka i też zabrałem głos. Wtedy UB mnie wezwało, byłem już w klasie maturalnej. Mówili, że nie skończę matury, jak nie będę donosił, co się dzieje w domu dziecka u sióstr. Powiedziałem: „Nie będę donosił.” „To nie skończysz szkoły.” „Trudno, to nie skończę.”

Jednak szkołę skończyłem, dali mi skończyć, tylko straszyli. [W sierocińcu] jako starszy już chłopiec[ z kolegami] zorganizowaliśmy pomoc dla dzieci z poprawkami. Wszystkie dzieci pozdawały do następnych klas.

Seminarium duchowne

A ja, był to rok 1952, poszedłem do seminarium duchownego. Siostra poradziła nie mówić, kim jestem. Skąd wiedziała?

Jak byłem w gimnazjum, myślałem, żeby wstąpić do małego seminarium duchownego. Spróbowałem wpierw do kapucynów, ale brat furtian powiedział, że już za późno, więc poszedłem do jezuitów. Powiedziałem, kim jestem. [Ktoś] wezwał kierownika domu młodzieży. Doniosło się do kuratorium. Stąd się siostra dowiedziała. Ale w seminarium nie wiedzieli.

Dopiero jak chodziłem w sutannie, nieopatrznie spowiadając się ojciec duchowny mówi: „Spowiadaj się z całego życia.” A ja: „Dlaczego mam się spowiadać z całego życia? Zostałem ochrzczony w późniejszym wieku, jak już byłem duży. Mogę się od tego roku spowiadać.” „A dlaczego?” „Bo [wcześniej] nie byłem ochrzczony.” „A dlaczego?” Zdenerwowałem się i powiedziałem: „Bo jestem Żydem.” „Czy powiedziałeś o tym rektorowi? Kładę ci na sumieniu, że masz powiedzieć.”

Linia Kościoła [jest taka], że każdy może być księdzem, ale wicerektor Józef Drzazga, który został potem biskupem, bał się, że się dowiedzą, że jestem Żydem i będę miał trudności na parafii. Brał mnie na rozmowy. Ja z kolei miałem swoją ambicję narodową i powiedziałem: „Wcale się nie wstydzę, że jestem Żydem. Ani ojca się nie wstydzę, ani matki, ani narodu. O co tu chodzi właściwie?” „Boimy się, że się dowiedzą, że to, że tamto...” Właściwie on mi zawsze dreptał po piętach.

Posługa kapłańska w Polsce

Zostałem wyświęcony na księdza w 1958 roku. Prymicję miałem w Puławach, siostra urządziła przyjęcie, prowadzono mnie pod baldachimem do kościoła. Przedtem dostałem błogosławieństwo. W imieniu matki błogosławiła mnie siostra Klara, w imieniu ojca ksiądz Zygmunt Adamczewski, dziekan. Poszedłem do parafii Żółkiewka.

Ciągle się męczyłem, że zatajam, kim jestem. Radziłem się księży, niektórzy mówili: „Możesz mieć trudności w pracy duszpasterskiej.”

W 1966 roku na millenium napisałem artykuł zatytułowany „Moje życie”, [który] ukazał się w „Tygodniku Powszechnym”. Wszystko ujawniłem. [Pracowałem wtedy] w parafii chodelskiej. O dziwo ludzie mi w ogóle nie dokuczali, nikt. Tylko było zaciekawienie, że ksiądz jest Żydem. Ksiądz Wincenty Łapkiewicz z Abramowic, poprosił, żebym głosił rekolekcje jako ksiądz - Żyd. Szukał sensacji. Potem przyszło mi pracować w tej parafii właśnie za czasów Gomułki. Nagonka na Żydów mnie nie dotyczyła. 

Spotkanie z bratem

Chciałem jechać do Izraela. Dzięki temu artykułowi odnalazłem brata. Żył w Hajfie. Przed [wyjazdem] studiowałem na KUL-u biblistykę. Chciałem się trochę poduczyć. Biskup zezwolił [na wyjazd], ale przed samym wyjazdem miałem kłopoty, bo biskup nie mógł mnie wysłać do diecezji jerozolimskiej. Jednak zgodzono się, powiedziano: „Jedź, papiery ci potem doślemy.” Siostry mnie spakowały. Pojechałem do Wiednia. Kiedy wyjeżdżałem, płakałem. Wbrew własnej woli jechałem. W Polsce było mi bardzo dobrze.

Przyjechałem do Wiednia. Dziwiono się, że ksiądz. Dano znać do władz do Tel Awiwu, czy do Jerozolimy. [Dostałem] prawo stałego pobytu. Wyjeżdżając z Polski miałem napisane „Żyd,” jak przyjechałem do Izraela, napisano mi „Polak”, bo skoro zmieniłem religię, to nie jestem Żydem. 

[Zaraz jednak po przyjeździe] spakowałem się i wyjechałem [z Hajfy]. Brat nie był z tego zadowolony, ale ja wiedziałem, że nie mogę u niego być, bo to jest inny świat. Wiedziałem, że dzieli nas przepaść. On [brat] religijny Żyd, a ja ksiądz. W sobotę on idzie do bożnicy, ja idę do kościoła. Bratowa nie mogła tego znieść.

Posługa kapłańska w Izraelu

Poszedłem do Jaffy i zacząłem pracować w kościele św. Piotra. Zacząłem uczyć się hebrajskiego, żeby pracować z Polakami. Było dużo małżeństw mieszanych, a księdza prawie nie było.

Pierwsza wizyta w Polsce

Dopiero po czternastu latach udało mi się pojechać do Polski w 1984 roku, przedtem nie puszczali.

W Izbicy przed wyjazdem uporządkowałem mogiły pomordowanych Żydów, postawiłem pomnik reprezentacyjny, który przedstawia górę Synaj i przykazania Boże, jest napis: „Nie zabijaj!”

Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata"

Więcej

Bibliografia

  • Dąbrowska Anna red., Światła w ciemności. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Relacje, Lublin 2008
  • Czajkowski Tomasz, Wywiad z Grzegorzem Pawłowskim o pomocy udzielonej mu przez rodziny Bajaków i Kuronów, Lublin 1.01.2006