Rodzina Pawlaków

powiększ mapę

Audio

3 audio

Wywiad z Jadwigą Pędrak

Przed wojną

„Moi rodzice mieli gospodarstwo rolne. Mojej mamy rodzice mieli sklep w Olszance. Ja rodzeństwa nie miałam, byłam jedna. (…) to jest wieś, która przed wojną nie było ani szosy, ani elektryczności, położona koło lasów. (…) mieszkali też i Żydzi, a więcej narodowości nie było, tylko była jedna jedyna rodzina żydowska, którzy zginęli za okupacji”.

„Pani Bron, ta Elka, to była mojej mamy koleżanka. One się razem wychowały w Lublinie na ulicy Szewskiej. Tam stoi ten dom do dzisiaj. (…) Wchodziło się do sutereny, to tam naprzeciwko ten dom. Tam moja mama za młodych lat właśnie żyła i jej ciocia. I tam ona była właśnie, Elka, gdzieś w pobliżu, się kolegowały”.

„[Mama – przyp. red.] To mieszkała w Olszance i u Elki kupowała sobie materiały wszystkie, i jeździła do niej. A ile razy pojechała do Bychawy na jakieś tam zakupy, jak to zwykle ze wsi, to zawsze u nich była. Ja też u nich byłam zawsze w domu. Ona mnie częstowała poziomkami ze słodką śmietanką, a ja nienawidziłam poziomek [śmiech]. Na wsi poziomek było w bród! A ona: »Poziomeczki masz, Jagódko«”.

Prośba

„I jak tak się stało, że zaczęli ich... represja taka była, to ona do mamy się zwróciła z prośbą: »Weź nas na parę dni«. Bo oni myśleli, myśleli, że to coś się stanie, dobrze... Mamusia mówi: »Dobrze!«. I przez to »dobrze« to byli chyba 18 miesięcy. (…) Chłopcy byli już tacy 18, no starsi ode mnie, jeden chyba miał 20, jeden 18, i oni we dwoje. 4 osoby. Takie wyro im zrobili, mamusia tam dała pierzyn. Oni uciekli bez niczego…”.

„Najpierw ona przyszła sama, Elka, a oni gdzieś tam byli w lesie. Potem tatuś pojechał z nią, przywiózł ich. I dopiero mi powiedzieli: »Słuchaj, tu jest pani Elka, ze swoimi synami, z tym. Tylko nie wolno nikomu słóweczka, jak będziesz się z koleżankami, z kolegami, na podwórko, nie! Nie wolno na podwórko, nie wolno do stodoły, macie wkoło domu...«. I tak było”.

„Po prostu wzięła ich na chwilę, a potem co było z nimi? Przyszła zima, a potem na wiosnę to było z nimi bez kłopotu, bo na wiosnę to oni sobie wychodzili... Mieliśmy duży ogród. To oni szli do tego sadu w zimie, jabłuszka zrywali. Pies ich pilnował. Kto się ruszył, to zaszczekał, to oni przykucnęli sobie. Także im było dobrze. Ludzie nie chcą wierzyć, że to cztery osoby mogły przeżyć w takich warunkach, ale jeszcze w gorszych ludzie przeżywali. (…) To podobno w skrajnych, takich maciupeńkich tam gdzieś siedzieli. A oni mieli stodołę olbrzymią, podwórko olbrzymie do dyspozycji. W nocy to konie były wyczyszczone, bo przyszli do obory konie czyścić. No bo coś chcieli robić chłopcy. (…) To co ja miałam w tej mojej bibliotece bardzo skromnej, to wszystko przeczytali, bo czytali po polsku”.

Kryjówka

„Wykopany był bunkier. Była sieczkownia. I tam stała sieczkarnia, taka co się tnie. Ale to było na podłodze, bo u nas ładna była gospodarka. W stodole była podłoga, w sieczkowni była podłoga. To tatuś mówi: »Słuchajcie, trzeba tę sieczkarnię ściągnąć, dwie dechy odjąć«. I nocami wykopali tam właśnie. Ale to było duże, wie pan. To było z dziesięć, jedenaście. Z dziesięć metrów na pewno było. Bo takie łóżko stało w poprzek, to jeszcze było przejście do tego łóżka. Oni tak w tę stronę spali, we czworo. Bo ja tam przecież tam nosiłam jeść, to chodziłam przecież pogadać. (…) Ja się z nimi zaprzyjaźniłam bardzo, kolegowałam się z nimi”.

„I oni cały dzień spali. (…) Nie bardzo mogli spać, bo jak to w gospodarce, to się tłukło, robiło, młóciło wiecznie. No ale dopiero w nocy urzędowali. Szli do, tam było przy kurniku, to było pomieszczenie takie co stały parniki, co się parowało, tak, dla świń. I dla nich zawsze mamusia na noc, jak już wymyte było, to oni się tam chodzili, myli, prali, także w nocy urzędowali, a cały dzień siedzieli w tej norze. W zimie ciepło mieli, a w lecie fajnie, chłodno. Nie było zaduchu. A, jeszcze tatuś im zrobił, jak to było od stodoły, to było wykopane, taka szpara, jama i nasadzone było chrzanu. Te liście takie wielkie. I oni mieli wspaniałe powietrze. Tam nikt przecież nie chodził do chrzanu. Po co? Nikt obcy nie dochodził. Także mieli taką wentylację, bo by się podusili przecież tak zamknięci”.

Koszerne jedzenie

„ (…) mięsne to tylko kura. A że mieliśmy kur, wszystkiego, drobiu, jajek mieli pod dostatkiem. Ale żadne kiełbasy, przecież u nas tego było w bród. Niestety, nie spróbowali nawet. (…) Wszystko koszerne musiało być. (…) Mama i tak dla nas osobno gotowała, dla nich osobno, bo oni co innego jedli. Oni jedli przeważnie takie z mlekiem, tej kaszy dużo, no pierogi to jedli, kluski z serem. Ale ze śmietaną albo z masłem. Nie ze skwarami z boku tak jak my”.

„W każdym bądź razie, to ja byłam donosiciel jedzenia (…). Oni byli husyci [chasydzi – przyp. red.]. Mama miała problem, jak u nas byli, bo musiała im w osobnych garnkach gotować, bo już chciała tak jak oni sobie dali, przysięgli sobie, że jak przeżyją, to już będą wszystkich tych zasad przestrzegali. To każdy daje jakieś przyrzeczenie”.

„I nosiłam, ja nosiłam w wiaderku takim, niedużym. I tam był garnek duży z tym... bo nawet jak ktoś szedł, zobaczył, no to Jadzia coś tam niosła. No, mama miała tylko problem, jak chleb piekła. Zawsze chowała chleb, bo jak sąsiadka przyszła, chleb, trzeba chleb wyjmować. »Tyle chleba napiekłaś? Na co?«. »A, bo pożyczałam, pożyczałam, teraz muszę oddać«. Ale tak robiła... No nikt nas nie przyłapał, bo jakby przyłapał, to byśmy nie żyli”.

Zagrożenie

„Ale myśmy nawet nie wiedzieli chyba, mama chyba nie wiedziała, że to kara śmierci za takie coś. Nawet nie przypuszczam, bo jakby wiedziała, to by nie narażała rodziny chyba. Nie wiem...”.

„To myślę sobie, jak im się chce w tym dole siedzieć, no co by im zrobili. Ale dopiero później, jak zaczęli ludzie opowiadać, co robią, jak na Majdanku...O, to dopiero ja zrozumiałam, że oni naprawdę muszą się kryć. Bo początkowo to ja nie zdawałam sobie sprawy, czego tak...”.

Złoto

„Moja taka kuzynka z męża strony mówi tak: »Słuchaj, no jak to, trzymaliście Żydów, to wam złota dali«. Mówię, słuchaj, oni na pewno mieli złoto, bo Żydzi tylko złoto. Ale oni nic nie dawali mamie złota. Jedzenia u nas było w bród. Gospodarstwo było spore, żarcia było, nie było żadnego głodu. Ale jakby dawali mojej mamie złoto, to bym wiedziała, bo ja jedna w domu, to bym to złoto dostała, nie? Także nie. Może tam jakieś pieniądze, parę złotych dawała, bo mamusia jeździła im lekarstwa kupować, to musieli tam dawać jakieś pieniądze. Ale też nie wiem, naprawdę”.

Po wojnie

„Zaraz po wyzwoleniu, jak tatuś ich wywiózł do Lublina, to oni dostali mieszkanie na Lubartowskiej. (…) To było w nocy, tatuś na furmankę ich i do Lublina wywiózł. (…) I mnie zabrali, ja chodziłam tu do szkoły, do gimnazjum i mieszkałam z nimi prawie rok. A potem oni wyjechali do Włoch najpierw, a potem z Włoch do Izraela”.

„Chyba w 46 wyjechali. (…) Szykowali się na wyjazd i wyjechali. Wyszykowali się. Pamiętam, ubrali się w te takie ubrania te, takie jak z obozu, nie wiem dlaczego. To właśnie w takie pasiaki. Ja przychodzę ze szkoły, mówię: »Co wy tacy przystrojeni?« »Jadziu, my już wyjeżdżamy«. (…) Ale tak byli zestrojeni w takie pasiaki. Tak jakby wyszli z obozu, jak z więzienia. Nie wiem dlaczego. Wszyscy tak byli ustrojeni”.

„Pisali, nawet paczki przysyłali mamie. Cały czas pisali, zdjęcia przysyłali”.

Więcej

Bibliografia

  • Krzysztof Banach, Wywiad z Jadwigą Pędrak, Lublin 22.08.2010