Rodzina Grzesiuków

powiększ mapę

Audio

3 audio

Relacja Adeli i Jana Dąbskich

Z relacji Adeli Dąbskiej:

Nazywam się Adela Grzesiuk-Dąbska. Urodziłam się w Chełmie, w 1927 roku, 4 maja. [Mieszkałam] na Lubelskiej pod numerem 140 w rodzinnym domu. Ojciec mój, Grzesiuk Feliks, matka, Grzesiuk Aniela w 1926 roku zamieszkali w tym miejscu.

Mój ojciec wrócił do kraju [po I wojnie światowej]. Pracy nie było, wszystko zniszczone, ożenił się i napisał do Żyda do Petersburga, bo była stolica Petersburgiem nie Moskwą, że jest bez pracy i nie ma co z sobą zrobić. A on napisał: „Przyjeżdżaj do mnie, ja ci wydam rekomendację, opinię i pojedziesz na Syberię, na duże lasy. Ja będę przyjeżdżał na polowanie do ciebie.” Ojciec był tam 11 lat. Stamtąd poszedł na wojnę, wrócił, rok w szpitalu wyleżał, półtora roku był do niczego. Mógł jeszcze żyć, bo Polacy z Rosji uciekali w 1918 roku, a ojciec w 1922. Miał emeryturę wojenną, do tego prowadził jeszcze sklep monopolowy.

Miałam trzech braci i jedną siostrę, młodszą ode mnie. Przed wojną jeden brat 7 lat w orkiestrze wojskowej był, drugi brat w technikum mechanicznym, w 1939 roku wojna i już nie mógł się uczyć. Tylko zawiadomienie dostali żeśmy z gestapo, że ma się stawić na godzinę w tym i w tym dniu. Nie wiedzieli żeśmy, czy już zabiorą z miejsca. Ale mama bardzo bystra była, pobiegła do profesora: „Panie profesorze, niech mi pan doradzi, gdzie się mam dowiedzieć, co się stanie z naszymi dziećmi?” A on mówi: „Przyjdę, powiem.” Myśmy w zgodzie żyli, dobrześmy się uczyli. I faktycznie, przyszedł przed wieczorem. „Zabiorą ich śnieg sprzątać.” Śnieg dzień i noc padał. Na chodnikach były tunele, do sklepu, do mieszkania, wszędzie. A młodzież odrzucała śnieg z jezdni.

Szedł piekarz, znajomy, zobaczył: „Co ty robisz?” - mówi do brata. A on: „Panie Celiński, wezwanie przysłali i muszę.” A piekarz: „Przyjdź po południu, wystawię ci zaświadczenie i cię zwolnię. Ty pracować nie będziesz.” Kto miał jakieś wejście, to pomagał drugiemu, nie wszyscy byli źli.

Okupacja. Poszłam do pracy. [Miałam] 13 lat. Wzrost nie przedstawiał wartości. Popatrzył i dobrze. Metryka nie radziła.

[Chełm] duże miasto. Wszystkie kamienice od katedry w dół, prawa strona wszystko budynki żydowskie były, luksusowe. Oni mieli w wielu miejscach sklepy. I to wyborowe towary, także handel był jak trzeba. I Żydzi nie leniwi. Nigdy nikogo nie obrazili. Zawsze grzecznie i pijanego nie zobaczył. Nie widziałam, żeby wódkę pili.

A chodziłam do nich, bo to moje podwórze. Ojciec [sąsiadów] był husyt, znaczy wierzący. Stary był, a to wszystko rosło [młodzi]. Od wczesnych godzin rannych do późnych wieczorem szyli mundury. Idę ze szkoły, wychodzi jeden i mówi: „Nie wiesz, co mama dzisiaj gotuje?” „Nie wiem, nie pytałam jeszcze”. A on: „Spytaj”. Idę i pytam: „Mama, co dzisiaj w dochówce masz? Co pieczesz?” „Dzisiaj nic, mam inny obiad. Powiedz im, niech przyjdą.” Wyślą chłopaka, im nie wypada pójść do masarniczego.

Bo Żydy to taka wiara. Przestrzegali tego. Młodzi, kupi 2 czy 2 i pół kilo schabu, przyniesie chłopak, mama umyje, dosmakuje, upiecze z sosem, ja stuknę, wystawię trochę, żeby przestygło i jedzą, bo ojciec przyśle zupę husynne, to tam nie ma co jeść i nie ma z czego robić. Ale się nie kłócili, zawsze zgoda, nie było żadnych awantur.

Lekarze byli i dentyści, nie można powiedzieć. Rubinsztajn prowadził papierniczy na rogu. To tutaj młyny były polskie. Ale Żydy brali mąkę.

Święta. Jak Pan Jezus wjeżdżał do Jerozolimy, to chyba święto macy było. Cienkie, podobne jak opłatek placki. Przynosili mi te placki zapakowane. Mama mówiła: „Ty chyba dzisiaj już nic nie będziesz jadła, tylko tę macę, ona taka smaczna”. Smak napoleonek miała, taka cieniutka. Ludzie mówią: „O, zabili Polaka, z krwi robią macę.” Co ma ciasto do krwi?

Wojna

1939 rok to dzień i noc ludzie szli, uciekali od Niemców. Dzień i noc. I Ruskie zniszczyli tyle. 8 września. Pierwsze bombardowanie, ludzie... Odpust był na górce i ludzi dużo przyjechało, każdy modlić się. 40 osób zabili. Głupie s...
Jak się wojna zaczęła, był nabór do wojska. Przyszedł poznaniak, a oni: „Bij Żyda” - takie podburzenie było.

Belgia, Holandia, Francja. Nasi mieli gwiazdy [na ramieniu], a tamci na plecach, zaraz za kołnierzem. Szli elegancko ubrani, nie nieśli nic ze sobą, bo im powiedzieli, że jadą do sanatorium, że im nic nie trzeba, w wagonie będzie. A oni od razu z miejsca nie wysłali wagonów po nich, tylko skierowali gdzie indziej. Godzina 4, już się zmierzch robi. Jak dojdą do lasu, już ciemno, a jeszcze kawałek duży przez las, bo Sobibór daleko. Ci, co mieszkali przy tej drodze patrzyli. [Żydzi] złoto wyrzucali w buraki, w kartofle, w rów. A w Sobiborze powstanie zrobili. Fryzjer brzytwą głowę odciął.

Ojciec mówi, matka mówi: „Dzisiaj ostatni dzień wywożą do obozu.” Część starych to na miejscu tutaj wybili. Jak to przykro jest, jak prowadzą... Zawsze chodziłam kupować do sklepu... on idzie, żona, córka, wnuk, za nimi idzie Fiszer z zięciem i reszta pracowników, bo on ogród prowadził u nich. Już końcówkę wybijali. [Niemiec] powiedział: „Tutaj zabić go. Nie trza go po obozach wozić. Ma zginąć, trudno.”

Akurat z pracy przyszłam, patrzę, prowadzą, ze Szpitalnej wyprowadzają, idą. Fiszer zdjął kapelusz przede mną: „Do widzenia pani Adelu.” „Do widzenia, przyjacielu.” A na samym końcu samą młodzież prowadzili w ósemkach. Zawsze prowadzili koło godziny 4, żeby oni się nie zorientowali, gdzie ich prowadzą. Choć przeczuwali. Nawet z tych, co przywozili z innych państw, wszystkich na ten czas, 4 godzina, do krzyżówek i na szosę włodawską.

Z relacji syna Sprawiedliwej, Jana Dąbskiego:

Nazywam się Jan Dąbski, syn Antoniego i Adeli, urodziłem się 23 maja 1953 roku w Chełmie. Aktualnie zamieszkuję w Chełmie, z zawodu jestem nauczycielem.

Muszę przyznać, że przez wiele lat w ogóle na temat [ukrywania Żydów] w domu się nie mówiło. Z różnych względów. Jednym z nich było, że istniała rozbieżność w ocenie Żydów pomiędzy moimi rodzicami - zupełnie inaczej oceniał Żydów mój ojciec a zupełnie inaczej mama.

Mama wychowała się w środowisku wielkomiejskim, gdzie sąsiadowała z Żydami dobrze wykształconymi, nieźle zarabiającymi. Ojciec wychował się na wsi i mało miał do czynienia z Żydami, a jeśli już, to byli [oni] postrzegani jako ludzie, którzy wykorzystywali chłopów. Wiadomo, że do Żyda należał młyn, gospoda itd., pożyczał na lichwę. Byli oceniani zupełnie inaczej i między innymi był to powód, że jeżeli dochodziło do rozmów o Żydach w domu, rozmowę najczęściej urywano. Wypowiedzi obu stron, jeśli chodzi o rodziców, były różne. Bliżej na ten temat się nie mówiło.

W latach ‘80 i to przypadkiem mama w rozmowie powiedziała: „A tam Drutinowa pisze...” W tym czasie przysyłała listy, najpierw ze Stanów Zjednoczonych, później z Izraela, ale listy te bardziej były adresowane do siostry mamy, która utrzymywała z nimi bliższy kontakt. Zdarzało się, że były przysyłane paczki, ale najpierw przechodziły przez ręce mamy siostry. Nigdy ta sprawa nie była nagłaśniana i powiem szczerze, że za bardzo mnie to nie interesowało.

Po śmierci pani Drutin była przerwa w [korespondencji]. W międzyczasie mamy siostra też zakończyła życie. W pewnym momencie synowie pani Racheli nawiązali kontakt. Myślę, że początki były bardzo trudne. Przypominali sobie język polski, ktoś ich troszeczkę poduczył. [Listy] były pisane łamanym językiem polskim, niemniej jednak zrozumiałem i po nawiązaniu kontaktu stosunki ociepliły się.

Przyjechał starszy z braci z wycieczką do Chełma. Między innymi odwiedził i nas. Po tylu latach było to i dla mamy wielkie zaskoczenie... Od tego momentu mnie to bardziej zainteresowało. Mama zaczęła opowiadać, jak to właściwie wyglądało. Trudno mi powiedzieć, jaka była przyczyna [milczenia]. Wcześniej mama w swoich wypowiedziach mówiła, że od razu po wojnie niektórzy ludzie myśleli, że jeżeli ktoś przechowywał Żydów, to się bardzo wzbogacił. Rodziło to podejrzenia u innych. Były prowadzone rewizje w domu dziadków i myślę, że to był powód, żeby nie nagłaśniać sprawy.

 (Opowiada Adela Dąbska):

Gipsz. Oni mieli sklep u nas. Wysiedlili wszystkich do getta. Pocztowa i kilka ulic. Skumulowali wszystko i tam ich mieli. Nie wszystkich zabierali do obozu. Młodych brali jeszcze do pracy. Kilka baraków postawili i tam ich trzymali. Jeszcze mogli chodzić. Przychodzili do nas.

A z Rachelą Gipszową to się stało tak: Piękny dzień. Przychodzę z pracy, ojciec popatrzył na mnie i nic nie mówi. Ja: „Co tatusiu?” „Później ci powiem.” Gipsz poszedł się schować. Pożegnał się: „nie będę patrzył, jak moje dzieci będą się męczyć.” Zostawił [Gipszową] z dziećmi. Nie widziałam jej cały tydzień. Matka, jak coś kupiła, to dla niej też: „Masz, dla dzieci, zrób coś zjeść.” Taki charakter miała. Gdzieś jest fotografia [Gipszowej], dwoje dzieci za rękę w letniej sukience. Przyszła z dziećmi w 1942 roku w lecie.

(Opowiada Jan Dąbski):

Dowiedziałem się, że w momencie kiedy w Chełmie likwidowane było getto, wiadomo było, że Żydzi byli umieszczani w obozach zagłady [na przykład] w Sobiborze. W jednym z ostatnich dni likwidacji getta pani Rachela, w tym czasie Gipsz, przyszła z dwojgiem dziecido mojego dziadka prosić, żeby ich przechował albo pozwolił jej umrzeć. Dziadek, który był związany częściowo interesami jeszcze przedwojennymi z mężem pani Racheli, mimo trudnej sytuacji nie pozostawił ich losowi i przechował ich, głównie w piwnicy.

O ile mi wiadomo, nigdy nie było rozmowy na temat ceny, nie było rozmowy na temat zapłaty. Z rozmów z mamą też wynika, że nigdy nie podjęto tematu jakiejkolwiek wynagrodzenia, a wiadomo, że okres okupacyjny był okresem bardzo ciężkim. Żywność wydawało się na kartki. Ciężko było utrzymać kobietę z dwojgiem dzieci.

 (Opowiada Adela Dąbska):

Gipszowej ojciec miał 100 morgi ziemi i młyn. Tu w Nowosiułkach. I szynk. Przyszli, we młynie go powiesili. A później zrobili w tym młynie obóz, bo piece nie przerabiały tyle w Lublinie. Szymel, co wołowinę sprzedawał mówi, że życie ma dobre, je co Niemcy jedzą i wyrzuca nieboszczyków z komory gazowej. „Nie wiem, ile mojego życia, ale czas mam wolny, jak to zrobię, to myślę o was. Przedstawiają mnie się wasze wizerunki.”

„Pani Gipszowa - ojciec mówił - my mieszkamy na froncie, nogę postawi, już jest w domu. W niebezpiecznym miejscu mieszkamy. Co mam zrobić? A Gipszowa: „Niech mi pan da truciznę.” „Nie dam trucizny. Jestem człowiekiem wojskowym! Nie dam!”
[Ojciec] popatrzył na matkę, matka na ojca i do piwnicy. Piwnica była duża, sucha. Byli 3 lata u nas.

To, co żeśmy ugotowali, co mogli, żeśmy skombinowali. Pościel mama wyprała. Najgorzej było dziecinne rzeczy, bo u nas już małych dzieci nie było. Aby nikt nie zauważył, bo to ludzie chodzą po mieszkaniach, sąsiadka czy ktoś. Starali się, żeby wszystko przykryć. Nikt, nawet ja nie wiedziałam. Było do piwnicy wejście na węgiel, otwierało się okienko i zsypywało się węgiel.

[Czasem byli] na strychu. Jak jest taka możność, bieliznę wypierzemy, rozwiesimy, żeby powietrza trochę mieli. Piwnica była wilgotna.
Siostra była, ale ona głupkowata, nie wiedziała, że oni są. Mama zamknie drzwi i poda jedzenie. Rano ojciec wyniesie wiadro.
Schodziłam na dół. Tam nie można było mówić, bo sąsiedzi to Niemcy byli. Cichutko na ucho. Łóżko było, pierzyna i poduszka.

Sytuacje zagrożenia

[Okienko było] oszklone. Pies z gestapowcem przyszedł pod to okienko. Pies węszył, a ten mały [Bencjon Drutin] stał naprzeciw okienka i patrzył. Ona [Rachela] się bała, że on coś powie, to usta mu zamknęła. Mały był.

Z jednej strony myśmy mieszkali, a drugi dom żydowski zajęli folksdojcze. I zrobili urlaub [urlop] dla Niemców, bo było verboten [zabronione] i urlaub. Tu przychodził gubernator miasta z binoklem, Raschendorf, wszyscy dostojnicy państwowi. Myślałam, że mnie ojciec umrze, nie ma drzewa, nie ma węgla, bieda, bieda dokuczy.

Ten, co zawsze nam przywoził, odważył się, uciął 4 dęby i na sanki. 4 metry to drugie, 2 metry do piwnicy się mieściło, bo pół piwnicy było oddzielone. Jak 4 metry wsadzisz, a z frontu widać, to zaraz przychodzi Niemiec i: „Skąd wziąłeś?” Ojciec mnie zbudził i dwa kawałki żeśmy przecięli. Ciągniemy z ojcem trzeci kawałek, otwierają się drzwi u Schode, wychodzi gubernator miasta i mówi, oni wszyscy po polsku mówili: „Dzień dobry sąsiedzie - była jakaś trzecia nad ranem - nie będziesz kradł, nie będziesz jadł. Ale taka córka jak twoja, już się na kamieniach rodziła, dopiero do studni idzie, dopiero leci do sklepu. Ona dobre dziecko. Nieraz się mijam z nią.”

Motywacje

Sumienie. Co groziło? Kara śmierci. Wszystkich po kolei, nawet kto był w Niemczech, to jak tu rodzinę zabili to tam [w Niemczech] też.

Manysa wzięli [na przechowanie]. Miał 17 lat. Wzięli ich kilkunastu. Nie wiedzą o żadnych okolicznościach. Polacy bardzo dużo winni. Dlatego, że dużo kłamali. Chcieli pieniędzy. Za bankiem Bogatina [jest] piwnica, co 25 Żydów stamtąd wyciągali i na podeście strzelali, a oni spadali na dół.

Pracowałam w bożnicy. Przyjmowałam włókno i byłam wagową. Dyrektor przyszedł do ojca: „Panie Grzesiuk, jadą Niemcy Żydów strzelać. Do bożnicy.” Ojciec: „Tam córka jest. Panie dyrektorze, niech pan coś zrobi, żeby ją zwolnić.” On mówi: „Wyślę Kamińskiego, powiem, że żona ma atak.” Pobiegł. Dochodziłam do cerkwi, do ulicy Młodowskiej, już 2 samochody w górę wjeżdżały. Biegłam, aby do domu.

Adela Dąbska (dodaje):

No to... poza tym coś powiem. Jak pan wyłączy.

Stał... Oni się wstydzili, bo ludzie byli różni... Szłam po ołówek chemiczny, wypisywałam kwity na Szkolną, a pracowałam w rolnictwie, na wadze przyjmowałam. I on bidak... już rozbierali ludzie wszystko i próg, i okna, ja przez ten dom przechodziłam. On odwrócony do ściany stoi. Popatrzyłam, pobiegłam, kupiłam mu ołówek i przyszłam... jedzenie w kieszeń. Przyszłam, z tyłu za niego położyłam. Nie mogłam patrzeć, mnie żal było. Miałam dobrego dyrektora, mówił... przyszedł do mego ojca. A tu bóżnica, ulica, wąskie uliczki i zabudowania drewnianych domków, różnych, na froncie pięterko było... Nabrał ludzi za opłatą, ratowali się...

Żeby mieć kwit, że pracuje. Jak już się nachapał złota wszystkiego, że on już nic nie mieli, to wtedy ich oddał do gestapo. Przychodzi dyrektor Pac do mego ojca i mówi: „Panie Grzesiuk, zaraz będą wyprowadzać Żydów i rozstrzeliwać tam na tym poddaszu” - ktoś go zawiadomił, a ojciec mówi: „Panie dyrektorze, wolałbym, żeby moja córka tego nie widziała”, a on mówi: „Dobrze...” Ale przecież telefonów nie było, a to spory kawałek. „...Kamieńskiego wyślę kierownika, pójdzie przez Sienkiewicza, akurat trafi.” Przyszedł i mówi: „Mama ma atak, ojciec tak powiedział.” Ja wybiegłam z drzwi, z bóżnicy, wybiegłam, to już dwa samochody wyjeżdżały z Młodowskiej do cerkwi, do bóżnicy. Musiałam poczekać, aż przejdą, cała kolumna.

Nie chciał, żebym ja to widziała. Byłam młoda, młode dziecko jeszcze... Dyrektor mówi, że to nie sprawia nikomu przyjemności. Kto by to nie był. Pan Bóg stworzył ludzi, tylko mądrze trzeba żyć.

(Opowiada Jan Dąbski):

Wiem, że tylko mama, [spośród] mieszkającego w domu rodzeństwa, była zorientowana, że przechowywała się żydowska rodzina. Od czasu do czasu zmieniali miejsce pobytu z piwnicy na strych, ale wszystko pozostało w ukryciu. Było to bardzo niebezpieczne, albowiem przez ścianę rodzina sąsiadowała z folksdojczami. Niebezpieczeństwo wydania kogokolwiek było bardzo duże - przepisy okupacyjne mówiły jasno, że za ukrywanie Żydów ponosiła śmierć cała rodzina. W momencie, kiedy zostaliby znalezieni [Żydzi], również brat, który był na robotach w Niemczech, zostałby ukarany śmiercią za to, że jego rodzina w Polsce przechowywała Żydów.

Wiem, że przez całą okupację byli w tym mieszkaniu.

(Opowiada Adela Dąbska):

Wyzwolenie

Jak tylko przyszli Ruskie, to moja mama mówi: „Pani Gipszowa, ja bym prosiła, żeby pani się przeniosła, bo ja nic od pani nie wzięłam, a zaraz ludzie powiedzą, że ja wzięłam majątek. Ja pani pomogę, upiekę coś, wyślę córkę, zaniesie.” Dała jej koc, poduszkę. [Gipszowa] pojechała na swoją ziemię. Przyjechał brat z Warszawy. Żonę zabrali na Umschlag.

Weszli [Ruscy], już Polacy byli. Zobaczy ktoś - aha, Żydów trzymali. Wzięli pieniądze, tak? Ludzie nie rozumieli tego. Tylko coś za coś. Była większa obawa przed Polakami jak przez [przed] Niemcami. Tych dwudziestu pięciu Żydów, co zabili, to 3 domy dzieciom kupił. Wydał.

W domu [u nas] też rewizja była. Każdą rzecz przetrzęśli.

Po wojnie

[Rachela] była w Wałbrzychu. Cały czas pisała. Jak zmarła, miała 82 lata. W ostatnim liście napisała: „Już więcej do Ciebie nie napiszę, bo nie mogę pisać.” I [o] moim ojcu: „On ojciec był dla nas. Kto by nas przyjął, a on jednak nie odmówił. I tobie za wszystko dziękuję, bo co byśmy zrobili bez Ciebie?” [Jej] syn Jakub wyjechał z matką i z ojczymem, poszedł na studia lotnicze, [jest] lotnikiem inżynierem.

Medal

Po trzech latach przyszedł pierwszy list od Jakuba. [Potem] przyjechał z wycieczką. To on zgłosił.

Ojciec zmarł w 1962 roku. Mama w 1952.
Nikt u nas nie wiedział. I po wojnie nikt nie wiedział, tabu. Do 2000 roku o tym nie mówiliśmy na zewnątrz.

(Opowiada Jan Dąbski):

Po wkroczeniu na te tereny wojsk radzieckich i Ludowego Wojska Polskiego babcia wręcz poprosiła panią Rachelę, żeby jak najszybciej przeniosła się do wolnych mieszkań, które były w Chełmie. [Chciała uniknąć] podejrzeń, że przez to przechowywanie mogli jakoś skorzystać. Wiadomo, że w późniejszym okresie były rewizje w domach, szukano złota czy czegoś, ale nie przyniosło to żadnych rezultatów.

W roku 1952 zmarła babcia Aniela. W domu przy Lubelskiej 140 mieszkała siostra mamy razem ze swoim ojcem, czyli moim dziadkiem Feliksem [który zmarł w 1962 roku]. Mieszkał [tam również] jeden z braci mamy, Andrzej. W późniejszym okresie ciocia Irena wybudowała w podwórzu budynek, natomiast w części od ulicy, która pierwotnie, nawet widać to na przedwojennym zdjęciu, była przeznaczona na sklep. Od czasu do czasu ktoś wynajmował [sklep] pod zakład zegarmistrzowski lub inny.

Kiedy przyjechał Benek, czyli starszy z braci Drutinów, w tym czasie sklep był wynajmowany. [Benek] bardzo chciał zobaczyć piwnice. Byliśmy w tej piwnicy. Jeszcze wtedy widać było okienko, którego dzisiaj nie możemy zobaczyć. Benek powtarzał, co zapamiętał z okresu okupacji. Największym przeżyciem małego chłopca było, kiedy po drugiej stronie ściany węszył niemiecki owczarek, a mama zatykała im z bratem usta, żeby broń Boże głębiej nie odetchnęli, nie zdradzili, że się tam ukrywają.

Zaskoczyło mnie, że [Benek] czuł się bardzo swobodnie. Wrócił trochę. Mówił łamanym polskim. Czuł się jak polski Żyd, trochę jak u siebie, dociekał, co się mogło stać z dalszą częścią jego rodziny, chciał, żeby go zawieźć w miejsca, gdzie poprzednio jego rodzina czy jacyś krewni posiadali swoje nieruchomości. Interesował się, jak wygląda sprawa odzyskiwania ewentualnie pozostawionego mienia przez Żydów. Był bardzo kontaktowy. Z mamą się bardzo serdecznie przywitał. Oboje się popłakali, bo jednak to było wielkie przeżycie.

Medal

Jeździłem, bo mama ma swoje lata i trzeba było być pewnym, że zdrowie jej pozwoli. Uroczystość miała charakter bardzo podniosły. Odbyła się w ambasadzie w Warszawie. Byli również inni ludzie, którzy w jakiś sposób byli zaangażowani bezpośrednio, bądź pośrednio w akcję ochraniania zdrowia i życia Żydów w czasie okupacji.

W Polsce przedwojennej istniał system wychowawczy, który pewne rzeczy wpajał, przekonywał. Do dzisiaj obserwując ludzi, którzy jeszcze żyją, widać ich bezpośredniość, zaangażowanie. Przecież nie tylko rodzice mojej mamy przechowywali Żydów. Była również duża grupa innych Polaków, o których dzisiaj wiemy, którzy podobne rzeczy robili, współpracowali w czasie Powstania w Getcie z Organizacją Bojową, żydowską. Ci ludzie nie robili różnic narodowościowych. Dla nich to byli tacy sami ludzie, obywatele Rzeczypospolitej i trzeba im było pomóc.

Kontakty

Od mniej więcej 10 lat przysyłają listy, dzielą się swoimi troskami. Od czasu do czasu dzwonią do mamy z Izraela, na zmianę jeden i drugi. Jeśli w najbliższych latach będą znowu jechali na wycieczkę do Polski, to nas odwiedzą.

List od Bencjona Drutina, 2008 r.

Na początku 1943 r[oku] moi rodzice dowiedzieli się że będzie „akcja”, więc rodzice, mój młodszy brat i ja uciekliśmy z getta do państwa Grzesiuk. Feliks Grzesiuk był przyjacielem mojego ojca. Widzieliśmy wejście Ukraińców i Niemców do geta. Pan Feliks powiedział ojcu, że gdy będzie potrzeba to on pomoże nam. Przebywaliśmy u niego w piwnicy co było bardzo niebezpieczne bo to było naprzeciw koszar.

Przebyliśmy [w] tej cudownej rodzinie prawie 2 lata i zostaliśmy ocaleni - matka nasza Rachela, brat i ja. Ojciec skrył się w innym miejscu i został zamordowany przez Niemców. Państwo Grzesiuk, Feliks i jego żona i dzieci - jeden syn był w niewoli niemieckiej w Niemczech, syn służył w Junakach, córka ich 17-letnia nam najwięcej pomagała, dawała nam wodę i jedzenie i brała od nas brudną wodę. Była też córka 7-letnia. Pan Feliks był inwalidą, on służył w rosyjskim wojsku w czasie cara i żeby się uwolnić z tej służby postrzelił się w palec.

Oni mieszkali wtedy nie daleko od Moskwy i po I wojnie światowej osiedlili się w Polsce i mieszkali w Chełmie Lubelskim. Oni byli bardzo biedni. My też nie byliśmy bogaci, ale w pierwszym okresie moja mamusia płaciła za nasze utrzymywanie, ale to starczyło tylko na trochę więcej niż pół roku. Oni się dzielili wszystkim co mieli.

Pani Adela otrzymała w Poselstwie Izraela w Warszawie tytuł „Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata” dla siebie i jej rodziców. Pamiętam jak jej matka nie raz się krygowała bo bardzo się obawiała i nikt nie wiedział czy Niemcy przegrają wojnę i kiedy i oni też bali się że Niemcy nas zabiją i dowiedzą się u kogo my się przechowywali.

Czerwona Armia wygnała Niemców prawie pod koniec 1944 r[oku]. W Chełmie zostaliśmy żywi: ja - jako 12 letni, brat 5 lat i mamusia 34 lata i jeszcze 18-20 Żydów co pracowali w gestapo i Niemcy nie zdążyli ich zabić. W Chełmie żyło około 20 000 Żydów i taka sama liczba Polaków.

Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata"

Więcej

Bibliografia

  • Dąbrowska Anna red., Światła w ciemności. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Relacje, Lublin 2008
  • Czajkowski Tomasz, Wywiad z Adelą Dąbską i jej synem,Janem Dąbskim, Lublin 1.01.2007