Matka Weroniki Stefaniuk - Julianna Mironiuk, była siostrą Mikołaja Iwaniuka, który uratował ok. 60 Żydów w czasie wojny. Weronika Stefaniuk mieszkała z siódemką rodzeństwa, mamą i babcią (ojciec zmarł na tyfus w 1941r.) w Jakówkach, gdzie mieli duże gospodarstwo.
W czasie wojny ukrywali Mietka (Motela Goldszefta), Janka (jego brata Szlomę Goldszefta) i Władka (Wolfa Englendera). Dodatkowo pomagali Perli Goldszeft (później Rodzynek).
Weronika Stefaniuk w 1950 roku wyszła za mąż. Ma pięcioro dzieci i wnuki. Mieszka z mężem w Romanowie. Przez całe życie pracowała w domu i w gospodarstwie.
(Opowiada Weronika Stefaniuk):
Życie przed wojną
Ja urodziłam się w 1931 roku w Jakówkach. Nas było rodzeństwa ośmioro. Zaraz w wojnę umarł nam ojciec. Była jeszcze babcia, mama ojca. Mieliśmy gospodarstwo 50 morg ziemi.
W szkołach Żydom im nie było tak słodko. Żyd to był... ja wiem? Jak teraz Cygan. Napiętnowany. Co robi się teraz w szkołach... Tak samo wtedy był Żyd.
Żydzi w czasie wojny
Wojna u nas zaczęła się w 1939 roku, a Żydów wywozili w 1942, już likwidowali. Na początku wojny ich posegregowali od razu.
Było getto w Białej Podlaskiej, w Sworach nie. W Kaniwoli było dla plennych, Sowietów. Nie było getta w Janowie. Uciekali z getta.
Wolf Englender - Władek, był u Ruseckiego, on miał dwór. Ale u niego zawsze Niemcy. To Rusecki zaprowadził go do sołtysa do Jakówek. Ten podtruwał tego Żyda. Podtruwał, podtruwał i on uciekł. W czerwcowy dzień, w deszcz, w kożuchu długim.
A Perli bracia później byli [u nas], byli na robocie w Małaszewiczach.
Najpierw Niemcy zabierali młodych na robotę. Fachowców, a Mietek [Motel] był krawiec. Trzymali takich, co im byli potrzebni. Później on się zorientował, że wywożą stopniowo. Już ich odliczają i do Grabarki. Tam zabijają.
Mietek, Motel Goldszeft jak siedział w dziurze, to i nas obszywał.
Janek nie miał zawodu, młody jeszcze, dzieciak. 17 lat miał. Janek to był Szloma Goldszeft.
Myśmy nie wiedzieli, jak [Żydzi] przychodzili. Jak jeden przyszedł, to był już owies w stodole, więc to już sierpień musiał być. I drugi zaraz przyszedł. A trzeci przed Bożym Narodzeniem. Mietek przyszedł przed Bożym Narodzeniem.
U nas był dom jeden obok drugiego, tak, że strzechami [się stykały]. Oni byli na podwórzu. Tylko naprzód było zrobione takie... w zbożu, ale ktoś ich wykrył i obrabował. Zabrali, że gołych zostawili. U nas nie było męskiego ubrania, był szynel sowiecki wujek dał, a Paulina [córka Iwaniuka] dała pantofle na wysokim obcasie. To Englender w takich pantoflach był.
Była obora, wykopali jamę, tam zrobili sklepienie. Świnie na nich stali, wejście było korytem zastawione. Na wieczór chodziła mama tam ich odmykać i oni sobie siedzieli na wierzchu.
Oni nic nie mieli i my nic nie mieli. Mama nam szyła z krośnowych dywanów sukienki. Toż to prawie 5 lat wojna była. Nic nie było. U nas na podwórzu była studnia. Kiedyś z cembrowin rzadko kiedy się [spotykało]. U nas cembrowina była w dole, a dalej z bali. Tatko konie trzymał, krowy. My mieliśmy 50 morgów ziemi. U nas była zdrowa woda i Niemcy zrobili kuchnię koło naszej studni, a za drogą był ładny dom. Właściciele wyjechali przed wojną do Ameryki. Tam niemiecki sztab był. Żołnierzy było sporo, bo tu granica była.
Byli Niemcy, co nie chcieli tej wojny. [Niemiec] przynosi nam soczewicę z tej ich kuchni i prosi o masło, jajka. Chłopcy, moi bracia, byli mali jeszcze. Przyjdzie [Niemiec], głaszcze po głowie i płacze. Mówi, że ma takie same dzieci. Cukierka przyniesie. Żony z Niemiec przysyłali im paczki żywnościowe.
Były podłe Niemcy, były. Ale i naszych podłych było. Jak już front poszedł...
Mieli to w sobie, że wierzyli, że wojna się skończy. Mówili: „Już się wojna skończy. Jak skończy się wojna...” A my bali się, że nie dożyjemy końca wojny.
My nie mówiliśmy młodszym dzieciom, że ukrywamy Żydów, jak któreś zauważyło, to mówiliśmy: „A, to sąsiad z Peredyła [Peredyło - wieś] przyszedł.”
A jak wojna miała się skończyć, to wszędzie było dużo Niemców u nas [w Jakówkach]. W Romanowie nie, bo ta wioska oddalona i [Niemcy] bali się partyzantów.
Mama od nas poprowadziła ich na Romanów. Umówili się - jeden niósł płachtę ziela, drugi kosę i grabie, a trzeci trochę słomy. I mama z garkami z obiadu. Niby od żniwa idą, od roboty. Ale księżyc świecił. Było daleko widać. Wychodzą, jak droga idzie do Pawłowa. Dwóch poszło naprzód, mama szła z najmłodszym na ostatku. Patrzą, a tam Niemcy jadą na koniach. [Niemcy] mieli pepeszaki. Mama z tym drugim gdzieś w krzakach. Oni [Niemcy] dojechali do grebli i dawaj strzelać.
Rano mama zachodzi do wujka [Mikołaja Iwaniuka]. „Ty żyjesz? My myśleliśmy, że was zabili.” „Nie, naszych nie zabili, tamtych zabili. Nasi w stodole siedzą.” Cała noc strachu.
Nasz Wolf Englender... Jak Perla zaczęła tu przyjeżdżać [po wojnie], to dała adres i moja siostra napisała do niego: „Przysłałbyś pocztówkę chociaż na Boże Narodzenie, za to, że ja ciebie karmiła, tobie koszule prała.” Wspaniałomyślnie odpisał: „Nie mam za co tobie dziękować, bo ty mnie tak karmiła, że 36 kilo ważyłem, koszuli nie miałem.” Perla przyjechała następny raz i moja siostra rozżalona przyniesła ten list. Ona złapała ten list: „Nas dużo zginęło, ale jednego za mało!” Nie oddała tego listu i się skończyło.
Jak ja za mąż szła, toż to nędza była w 1950 roku, napisałam, bo wtedy adres był do niego, żeby przysłał dla mnie koszulę, bo za mąż idę. To przysłał jednego dolara. „Sprzedaj i kup koszulę.” Za dolara nie było koszuli.
Jak mój brat był [w USA], to trochę mieszkał u Janka, a do Mietka zajechał. Była tylko żona.Powiedziała, że „w tej chwili męża nie ma, ja pana nie znam, a [mąż] jest na korcie.” [Brat] obraził się. I tak to się skończyło.
Antysemityzm po wojnie
Prokurator [w Lublinie] nas wypytywał, my opowiadamy, a potem pytamy: „Na co to wam?” A on mówi, że „Świat protestuje [dziwi się], że my pozwoliliśmy wybudować te obozy - Treblinkę i inne.” „A kto pytał nas? Toż naszych też mordowali.”
My podpisałyśmy z siostrą te zeznania, a on mówi: „Dobrze, że panie podpisały.”
Dwie rodziny przechowały dwie Żydówki, ciotkę z siostrzenicą. Było chyba więcej Żydów w tej wiosce. To było koło Lublina. Niemcy otoczyli [wieś], ale ktoś dał im [Żydom] cynk, że szykuje się łapanka. [Niemcy] spalili wieś, a te Żydówki uciekły, schowały się. Potem powróciły, i bardzo ta [Polka ukrywająca je] płakała, że im spalili Niemcy zabudowania, a [Żydówka] mówi: „Nie martw się, ja po wojnie was odbuduję.” Ale zaraz niedługo wojna się skończyła. Ona już wyszła, „pożegnała się z nami, wyszły obie [Żydówki]. Za dwa czy trzy dni przychodzi sąsiad i mówi: „Słuchaj, twoje Żydówki tam pozabijane w kartoflach leżą.” A prokurator pyta się: „To kto ich zabił? Przecież nie Niemcy, bo już Niemców tydzień nie było.”
Prokurator tłumaczył: „Mam zbierać wiadomości o Żydach. Nie tylko [Polacy ich] mordowali, ale byli ludzie, co pomagali im przeżyć.” Ta pani nie chciała podpisać, mówiła, że nigdy nie podpisze, że tam jest napisane, że Niemcy zabili. A przecież nie było już Niemców.
A jak z Janowa do Białej wywozili Żydów, co się uratowali, w lesie była zasadzka. Wybili ich. Dwóch uciekło i jeden ubowiec.
Młynarza zabili. Miał Polkę, kobietę i dziecko. I też zabili. Już Niemców nie było ze dwa miesiące albo i więcej. Byli [Polacy], co pomagali im żyć, a byli i tacy, co pomagali ich niszczyć.
Stosunek Polaków do rodaków ratujących Żydów
Perla przysłała mi paczkę i chustkę. Zachodzę do swojej teściowej, szwagier był, a teściowa już wiedziała, że u nas przechowywali się [Żydzi], już można było [powiedzieć], mówi: „Pewnie to tobie tam z Ameryki przysłali.” „Tak.” Józiek, szwagier: „A kogo ty tam masz w Ameryce?” Teściowa: „A toż Żydów Weronki mama przechowywała.” „Tak? Ja nie liczę ich za człowieka, ja by Żydów kroił i solił!” Gówniarz, nic nie wiedział o Żydach, bo był jeszcze mały [w czasie wojny].
Pytam: „ A co oni tobie zrobili, katoliku jeden? Co zrobili tobie?” „No, mi nic nie zrobili, ale ja ich tak nie cierpię, jak nie wiem co!” Toż on ich w życiu nie widział. My to mogli ich kochać, mogli my ich nienawidzić, ale taki gówniarz, co był mały, jak było to wszystko! I on mi mówi w oczy... Ale jeszcze podkreślił: „A nie tylko Żydów, ale i tych, co Żydów przechowywali” Ja mówię: „To ty i mnie możesz zakatrupić.” Mówią, że ci co ratowali... przestępcy, jednym słowem przestępcy.
W każdym razie nie mamy się czym szczycić, byli co ratowali i byli... Potem się jeszcze na nas znęcali.
Jak już Żydzi zaczęli wychodzić z dziur to... Sąsiad do mnie: „No co, żydowskie wycieruchy?”
(Mówi Pan Stefaniuk [mąż pani Weroniki] ):
Ja u Żyda uczył się na krawca [zaraz] po wojnie... I przyszli te partyzanty całe, żeby się za dwa tygodnie wynieśli wszyscy Żydzi. Ale oni nie wyjechali. I ten mój mistrz, co ja się u niego uczył, wyjechał, przed tym dniem [wyznaczonym przez partyzantów] dwa dni wcześniej. Dali dwa tygodnie terminu, żeby oni wyjechali. Ale oni nie wyjechali. Tylko ten mój mistrz wyjechał i jeszcze jeden wyjechał. Bendlery. Oni w Janowie mieszkali. To fryzjer był jeden, a ojciec był lekarzem.
(Weronika Stefaniuk):
Ale oni odważni, że nie boją się żyć w Polsce. Po tym wszystkim.
Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata"





