Rodzina Szwedów

powiększ mapę

Audio

4 audio

Wywiad z Marią Kotwicą

Wojna

Przemyślany-Świrz. Tam mieszkaliśmy. [...] Skończyłam pierwszą klasę i wojna. Wojna. [...] I już nikt do drugiej klasy nie chodził, bo wojna. Kule, strzelali, bili.

A moi rodzice byli rolnikami. Oni obrabiali tam to pole. No i tak bidowali i mieszkali. I głód. Jak głód był u nas zapad.

Manek

Może on mał szczęście od Boga, że został. Taki grzeczny chłopak był. [...] Z Bóbrki. Tak. Tak. On miał rodziców w Bóbrce.12 kilometrów. [...] Mieli sklep swój. Dobrze sobie żyli. I mieli dom ładny. Taką kamieniczkę.

Oni zaczęli zabierać ich do tych gettów, tam do tego. I jemu się udało tam [...] Niemcy go wypuścili. Dwóch. Jeden był z górny śląska. [...] To oni przyszli i tego Manka, [...], Manek my zawsze mówili, to wzięli go, w taką kołderkę zapchali, i taka była, jak to się pali pod piecem, taka mała, taka dziura, kominek taki. I oni go wsadzili. I mówi tak: masz tutaj być. My przyjdziemy o 11 godzinie tutaj. Ale matkę i ojca zabrali. Wszystko zabrali. I dwóch braci. Wszystko. I on myślał, że oni chcą, żeby on majątek pokazał. Bo oni zabierali złoto, srebro, kto tam miał zakopane.

I przyszli o 11, wyprowadzili go z Bobrki, z tej miejscowości w las, i powiedzieli: nie zaglądaj do tytułu. Idź, idź, gdzie cię droga prowadzi. I tak zaszedł do nas. I tak zaprowadziła go droga do nas, i tak u nas został, aż po wojnie do Izraela pojechał.

Do nas przyszedł pod próg. I strasznie płakał. Mama myślała, że to może jakiś kotek, bo to aż miauczało. A tato mówi, no idź zobacz, jak tam jest. I on się aż trząsł. Wziął za rękę. Chodź. I on z chęcią przyszedł. Zziębnięty okropnie był. I tato zaraz go przyjął. Mama. Rano jest, zjadł śniadanie. I tato mówi: co my z nim zrobimy? A mama mówi: nic, dziecko jest. Wykop dół, niech siedzi. [...] Od razu moi rodzice wiedzieli, że to Żydek.

Moja mama normalnie gotowała, dawała jeść, kupowała, prała, co było. I jak tak żyliśmy razem. I jak skończyła się wojna, on bardzo zadowolony był.

Kryjówka

My wkopali taką dziurę, my dom murowany budowali, i góry jeszcze nie zbudowali. I podłogi jeszcze nie miał, no i tak się naraził tato z mamą, co z tym dzieciakiem zrobimy? Zrobimy tu taki bunkier. Na dzień niech on wchodzi, jeść mu damy. A na noc sobie wyjdzie. Bo zamykamy, to kto przyjdzie. No i tak było. I tak cały czas, na dzień był w piwnicy. [...] I my się bawili z nim

Jak wiedziałam, to mówiłam mu, uciekaj Manek, bo Niemcy idą. Uciekaj Manek, bo idą Niemcy.

Tam tato zrobił mu pryczę, żeby w dzień. A tak spał w tych sianach, w tej słomie z nami. Gdzie tam nabrali pościeli albo łóżek. My na słomach.

My tam nie chodzili do niego. No on nieraz, zamknęli drzwi, jak zimno, czy coś, to przychodził do nas. [...] Na noc wychodził, tylko taką zrobili podłogę. Niby nałożyli tam, że niby nie było znać. On tam po drabince takiej wchodził. [...] To zimno, ale krzywdy nie miał, bo zjadł. [...] To musiał mieć nocnik tam. To nie było już żartów. Bo my się bali i Polaków. A co pani myśli. Jeden drugich nie poszli wydać? Nikt nic nie wiedział.

Tyfus

Jak on na ten tyfus chorował,[...] dopiero te przyszli Niemcy, i pytają, skąd u nas ten mały chłopak. [...] A moi rodzice poszli w pole. Poszli coś robić. Nie wiem co. I jak oni przyszli z pola, to my sami dzieci byli. A on takiej gorączki dostał. A ci Niemcy szli, i on to wiadro wody wziął i po tych Niemcach zaczął lać. A ten jeden Niemiec zaczął się domyślać, że to tyfus i on już nie wszedł do nas do domu.

Tato umiał trochę po niemiecku, i tato mówi, że to jest mego brata syn. On pojechał do tego, do lekarza, do szpitala do Lwowa. On żony nie ma. Tato kłamał jak z nut. On nie ma z kim zostawić tego. Przyszedł i płakał. Nie wziąłby Pan? – pyta tata do tego Niemca. [...] To uwierzyli. On nie był podobny do Żyda. Naprawdę. Ładny chłopak.

A on [Niemiec – przyp.red.] mówi: no wziął bym, no czemu nie. Ale on jest chory na tyfus. [...] To on mówi, że idzie po lekarstwo i przyniesie. Bo oni chcieli ten nabiał. I my mieli bardzo ładne dwie krowy, i oni zawsze, taka bieda, ale to był bardzo dobry Niemiec. [...] My byśmy dawno już śmiercią byli popadli.

Zagrożenie

Mama już biedna się trzęsła. [...] Nas śmierć czekała. Pani nie wie, jak było jak ich na śmierć wyprowadzali. I mąż i żona, nie było nikogo. My ze śmiercią walczyli cały czas. Tam, bo my się baliśmy. [...] Co drugi dzień prawie To było niebezpieczeństwo. Co drugi dzień.

My jeszcze tak sobie w tych latach nie bardzo zdawali uwagę, ale jak żeśmy posłuchali, że to śmierć, że pozabijają. To my się bardzo bali, bardzo bali. My nigdy nic nie powiedzieli. Czasem pytali, a my żeśmy nie rozumieli. Juda? Juda? Coś oni to. A my mówimy, że my nie wiem, co on gada.

Jedna rodzina szła do lasu, żydowska, to nawet z mojej rodziny, daleka, ale rodzina, podprowadzali ich. I tam poginęli wszyscy. I polska rodzina, i żydowska rodzina. Poszło wszystko. No te dzieci co w domu byli, to zostali. No. Już Niemce nie wiedzieli, czyje to dzieci, bo tak by przyszli, i zabili. Strasznie było. Bardzo się mścili.

Lasy

W lesie. Mieli swoje bunkry. To nazywali te bunkry. To oni tam siedzieli. Ich było dużo. To nie była jedna rodzina, dwa. To było dużo rodzin. Oni się wszystkie zwęszyli, i razem tam siedzieli, razem zrobili te bunkry. A zimą to mało który wychodził. To jak wyszedł, do nas przyszedł, to my musieli dać tam jedzenia w torby, oni naładowali i poszli.

W nocy przychodzili. Ale my nie mogli tylu osób trzymać. Gdzie by my to pochowali. Oni tylko na noc, aby zjeść. A już nie było co jeść, jeszcze pani coś powiem, te banderowcy chodzili do nas, do polskich ludzi, i kradli. I świnie bili, zabierali.

Tam Niemcy w las nie chodzili. Bali się. Niemcy bali się lasu jak cholera.

Kartenowa

Żydóweczka. Ona też przebywała u nas w domu. Tam ona w lesie była. Pamiętam, jak one przyszli. Takie biedne byli, pomoknięci, bo to deszcz padał. Oni w lesie, a tyle ludzie nie chcieli. My się tak zdecydowali, że weźmiemy tego człowieka, bo on się tak, tak płakał, nie było co zrobić z nim. To my tak z nim, z nim się tak kontaktowali. I oni przychodzili spać do nas

On ją wyprowadził z bunkru na zewnątrz. Z lasu. Toż to dziecko gdzie ona urodzi? No i mamę prosi. To mama mówi, nie proś tylko przyprowadź. Takie nieszczęście, to ja nie odrzucę Ciebie, człowieku. To ona przyszła. Urodziła to dziecko. Mama w koszyczek wsadziła.

Zanieśli tam Do Bobrki. [...] ludzie wzięli to dziecko. Bo usłyszeli, że płacze dziecko, na oknie stało. To jednak byli dobrzy, że nie wyrzucili. Ino wzięli. [...] I oni ją odnaleźli, i że oni ją odpłacili, oni dużo pieniędzy dali. Oni oddali jej to dziecko, tej Żydóweczce.

Głód

Mamusia narwała czereśni wiadro, mleka, i taki kocioł miała, taki specjalny do gotowania dla dużo osób, specjalnie kupiliśmy. I jak te ludzie przyszły, nagotowała, narzucała tej czereśni do tego kotła. Nagotowała. I wszystkie jedli. Wszyscy jedli tę zupę. Tam były tylko czereśnie i mleko. To takie głodni. Wszystko, brudne, poprzemakani jak to z lasu.

Ile razy my nie dojedli, bo nam nie dali, bo te jeszcze nie jedli. I mama nam tłumaczy na drugi dzień, że one też biedne, że też chcą jeść. A my kolacji… no ale daliśmy im, niech tę kromkę chleba zje, i jemu lżej.

Moja mama, oni takie byli miłosierny ludzie. A co będzie z nami, to z nim i wszystko. I tak było. Do końca, do końca.

Obława

I moi rodzice się dowiedzieli, że była obława, że będzie. I a Niemcy jak idą na obławę, to jeżdżą tymi, ciężkim tym sprzętem. I po tych lasach. To już starzy nie mieli czasu, żeby iść i im dać znać. Bo już mój ojciec późno się o tym dowiedział. Oni mi przykleili kartkę pod majtkami. Bo ja dzieciak. A oni, ci Niemcy wiedzieli, że tam mam ciocię. W tych lasach. Też tam mieszkała. [...] Przykleili mi kartkę, żeby oni uciekali, bo obława. Ja im kartki nie dała, ja zbłądziła w lesie, całą noc w lesie przebywała, tak daleko zaszła, bo tam u nas lasy i lasy, i lasy… tak daleko zaszłam, zaczęłam płakać. Ani nie słyszę drogi.

Rosjanie

Weszli do nas, my już byli zadowoleni. No tego wszystkiego to nie wiem, ale wiem, że już nie baliśmy się tych bandytów, bo już tu ruskie byli u nas. A później jak poszli, to już było wszystko niedobrze. Wszystko było niedobrze. Domy porozwalane. To strzelali, to cudowali. Ale to banderowcy byli.

Oni przyszli, ruski, i zaczęli nas wyganiać. [...] W wagonach towarowych. To my się męczyli. To Polacy się wyjechali. My już ostatnim transportem. Nic. My już ostatni wyjechali. Biedni wyjechali, biedni przyjechali.

I ja tutaj miałam przyjechać, do szkoły chodzić. Ja się uczyłam, jak ja jeszcze od pierwszej klasy pamiętam wierszyk. Ale ja nie mogłam, bo co ja mogłam z rodzicami zrobić. [...] Jak ja strasznie przeżyłam. No ale co komu miałam mówić. [...] Wierzy mnie pani, że ja w jednej sukience, w jednej sukience chodziłam cały tydzień, w sobotę przeprałam i w niedzielę do kościoła poszłam, bo ja nie miałam grosza.

Emigracja

On [Manek – przyp.red.] nawet nie chciał tu być. On by stale widział tę matkę, tego ojca. On nie chciał tu być. Oni wszystkie stąd wyjechali. [...] On jeszcze był, że się tak wszystko uspokoiło, że tak do normy wszystko, że już można było wyjechać. To on w ten czas pożegnał się. Gdzie on tam jechał, to my już w ten czas nie wiedzieli. Ale mówi, że on tylko do Izraela jedzie. [...] On dobry był, ja nie powiem, on zawsze pisał. [...] Oni wszystkie stąd wyjechali. Są w Nowym Jorku, są w Chicago...

Więcej

Bibliografia

  • Anna Czyżewska, Wywiad z Marią Kotwicą, Nowogrodziec 27.11.2010