Historia rodziny Pieniaków

Publikujemy opowieść przesłaną do Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN przez Edwarda Pieniaka na temat pomocy udzielonej przez jego rodzinę Esterze Borensztejn w Sobolewie (woj. mazowieckie). Wspomnienia zostały uzupełnione o fragmenty relacji, złożonej przez ocalałą z Zagłady w 1947 r. w Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej. Estera Borensztejn została odnaleziona przez Edwarda Pieniaka w 2015 r., po ponad 40 latach poszukiwań.

Podczas II wojny światowej moi rodzice Bolesław i Genowefa mieszkali w Sobolewie (woj. mazowieckie). W 1940 r. przyszedł na świat ich pierwszy syn Zygmunt, a rok później urodziłem się ja, Edward. Zgodnie z testamentem dziadka Stanisława, zmarłego w 1940 r., gospodarstwo zostało podzielone pomiędzy jego dwóch synów – mojego ojca Bolesława i stryja Jana, który w 1944 r. założył własną rodzinę. Mieszkaliśmy razem pod jednym dachem – budynki były wspólne, a pola podzielone.

W 1943 r. moi rodzice, babcia i stryjostwo zaopiekowali się Esterą Borensztejn (ur. 15 grudnia 1932 r. w Sobolewie), córką Eli i Toby z Brawermanów. Rok wcześniej Estera razem z matką i dwoma braćmi (jej ojciec już nie żył) trafiła do miejscowego getta w Sobolewie. Jesienią Niemcy rozpoczęli jego likwidację, a Żydów skierowali do ośrodka zagłady w Treblince. Borensztejnowie znaleźli się w jednym z transportów.

Ucieczka Borensztejnów z transportu śmierci do Treblinki

Jak wspominała Estera w 1947 r.:

Nas też wepchnęli do wagonów. Było tam ciasno. Ciemno. Ani stać, ani siedzieć. Braciszek dusił się, aż się zadusił. Ja też myślałam, że nie będę mogła żyć, tak było duszno. Gdy pociąg ruszył, wszyscy się przewrócili, i ci co byli przy drzwiach, upadli na tych, co stali z tyłu. Mnie się wtedy robiło lżej, bo byłam na wierzchu. Coraz więcej trupów było w wagonie i zrobiło się trochę luźniej. Poprosiłam mamusię, żebyśmy wyskoczyły [z pociągu], bo lepiej się zabić, niż dłużej się męczyć. Tak to ani śmierć, ani życie. Mamusia powiedziała, żebym sama wyskoczyła, ale nie chciałam i bardzo prosiłam, żeby ona pierwsza to zrobiła. Wyskoczyła i widziałam przez okienko, że się podniosła i uciekła. Mnie ludzie wysadzili przez okienko, trzymałam się już tylko za haki. Bałam się skoczyć, to oderwali mi ręce i spadłam w śnieg. Strzelali za mną [Niemcy], ale nic mi się nie stało. Nie mogłam jednak znaleźć mamusi i nie widziałam, w którą stronę pójść1

Estera i Toba uciekły w okolicach Sokołowa Podlaskiego. Rozdzieliły się i już nigdy więcej się nie spotkały. Estera przemieszczała się od wsi do wsi, prosząc o pomoc – wodę, pożywienie i schronienie. Jak pisała: „Byłam tak spragniona, że jadłam śnieg”.

W lasach i stodołach spotykała wielu Żydów, ukrywających się przed niemieckimi obławami, którzy łączyli się w grupy. Pod namową jednego z polskich gospodarzy, u którego znalazła na krótki czas schronienie, postanowiła samotnie szukać pomocy:

Nikt nie chciał mnie wpuścić na noc […] Po nocleg trzeba było zawsze iść do sołtysa, który dawał kartkę do jednego z gospodarzy. […] Jeden gospodarz tak długo pytał, aż poznał, że jestem Żydówką i poszedł z pretensją do sołtysa, kogo mu posłał na noc. Sołtys powiedział, żeby mnie odwiózł na posterunek. Była noc, mróz, zawierucha. Chłop zaprzągł konia, posadził mnie przed sobą, żebym mu nie uciekła i zawiózł na posterunek. Prosiłam, płakałam, wiedziałam dobrze, że jadę na śmierć. W końcu dał się uprosić, żeby nie powiedział, kim ja jestem. Posterunek był już zamknięty, więc mnie zawiózł do policjanta do domu. Tam mnie badali, ale się nie przyznawałam. Kazali mi mówić pacierz, a ja nie umiałam. Powiedziałam, że sieroty nikt pacierza nie nauczył. […] Nazajutrz było na posterunku wielu Żydów, których złapali […] Potem mnie badali i w końcu poznali, że jestem Żydówką. Puścili mnie jednak i jeszcze nauczyli, jak mam się żegnać, że jak wejdę do czyjejś chaty, to żebym nie powiedziała „dzień dobry”, tylko „Pochwalony Jezus Chrystus”. Odeszłam i czułam się jak nowonarodzona.

Estera, zgodnie z dawnym zaleceniem matki, udała się do wsi Osiny (pow. łukowski), odległej od miejsca ucieczki o około 40 km. Tam przed wojną mieszkali jej dziadkowie, Brawermanowie. Mieszkańcy wsi udzielili jej pomocy: „Umówili się, że każdy będzie mnie trochę trzymał u siebie, że wszyscy będą winni i jeden drugiego nie wyda. Zrobili taką jedność”. Dziewczyna przebywała u nich do wiosny. 

Następnie udała się do innej miejscowości, gdzie przyjął ją Józef Goławski. Ze względu na groźby sąsiada, przesiedlonego z województwa poznańskiego, Estera zamieszkała u córki Goławskiego. Tam także „sekret rozszedł się po wsi”, a za namową księdza z miejscowej parafii, gospodarze kazali Esterze odejść.

Wówczas dziewczyna postanowiła wrócić do odległego o 50 km Sobolewa, swojej rodzinnej miejscowości. Nie wiedziała, że Niemcy ostatecznie zlikwidowali getto 10 stycznia 1943 roku. Po drodze wstąpiła do znajomych we wsi Kurzelaty: „Chcieli mi pomóc, ale się bali swego zięcia, bo ten zabił już kilku Żydów”.

Znalazła schronienie w gospodarstwie bezdzietnego Wawrzyńca Majka we wsi Zadybie Stare, które odległe było od naszego domu o 500 metrów. Wiedząc, że w rodzinie Pieniaków są dzieci, Majek zaproponował mojej mamie, aby przyjęła Esterę. Uważał, że tak łatwiej będzie ją ocalić. Rodzina zgodziła się.

Pomoc udzielona Esterze Borensztejn (Teresie Wiśniewskiej)

Rodzice traktowali Esterę, znaną nam jako Teresę Wiśniewską, jak własną córkę. Od początku wiedzieli, że jest Żydówką zagrożoną śmiercią, a jej polskie imię i nazwisko to tylko kamuflaż [w relacji z 1947 r. Estera Borensztejn pisała, że Genowefa Pieniak: „nie wiedziała, że jestem Żydówką” – red.].

Pomagała nam w różnych pracach gospodarczych w ogrodzie, na polu, zbierała w lesie grzyby i jagody, opiekowała się mną i bratem – uważaliśmy ją za naszą siostrę. Brała udział także w żniwach, wykopkach kartofli i pasaniu krów. Robiła to, co mogła i to, co wykonywały inne wiejskie dzieci. 

Zaprzyjaźniła się z sąsiadami z rodziny Pyrów, Wojtasiów, Wojdów, Głodków i innych. Została nauczona na pamięć chrześcijańskich modlitw, pieśni kościelnych i świeckich. Chodziła z nami do kościoła. Wielokrotnie uciekaliśmy razem z Teresą do lasu przed Niemcami. W tym czasie schronienia udzielał jej także ks. Kosmolski [prawdopodobnie ks. Stefan Kosmulski z Kłoczewa – red.].

Gdy w 1944 r. do wsi wkroczyła Armia Czerwona, jeden z oddziałów zakwaterował się w naszym gospodarstwie. Estera obierała żołnierzom kartofle. Wkrótce opuściła dom:

Po oswobodzeniu nie chciałam wrócić do Żydów, już naprawdę myślałam, że jestem Polką, tak się przyzwyczaiłam do udawania. […] Na posiedzeniu gminy w Kłoczewie, wójt powiedział, że jest we wsi sierota, którą należałoby się zająć. Jeden bezdzietny profesor chciał mnie wziąć na swoją córkę, ale zabrał mnie ksiądz i byłam u niego dwa tygodnie. Pewnego razu byłam w kościele i jeden pan zaczął ze mną rozmawiać. Powiedział mi, że w Rykach jest jedna kobieta restauratorka, która chciałaby wziąć dziecko za swoje. Tak długo mnie namawiał, aż poszłam do niej nawet bez wiedzy księdza. Krótko u niej byłam, a już zaczęła mnie traktować jak służącą.

W 1946 r. Teresa opuściła Sobolew z człowiekiem podającym się za jej wuja. Rok później  przekazał on dziewczynę do sierocińca w Bytomiu, gdzie znajdowały się inne żydowskie dzieci ocalałe z Zagłady. Wkrótce stamtąd uciekła – przez Słowację i Włochy przedostała się do Izraela, gdzie osiadła na stałe.

Poszukiwania ocalałej z Zagłady

Wieści o losach Teresy straciliśmy w 1946 roku. Przez wiele lat moja mama powtarzała: „Może Tereska nie chce wracać do wspomnień z czasów wojny?”. Próbowałem ją odnaleźć. Nawiązałem kontakt z wieloma osobami i instytucjami na całym świecie, które próbowały mi pomóc, korespondencja trwała wiele lat. Czasopisma w Polsce, Izraelu i Stanach Zjednoczonych publikowały artykuły na temat naszej wspólnej historii. Powoli odchodzili świadkowie tych wydarzeń. Nasza dawna sąsiadka, Józefa Żmuda z domu Pyra (zmarła w 2017 r. w wieku 96 lat), często pytała mnie: „gdzie i jak żyje ta wasza Tereska?”.

Przełom nastąpił 15 kwietnia 2015 r., gdy otrzymałem do wglądu kopię protokołu zeznań Teresy z 1947 roku. Wkrótce za pośrednictwem dziennikarzy udało nam się skontaktować. Rozpoznała siebie na zdjęciu ślubnym mojego stryja z 11 lipca 1944 r., które przez ponad 40 lat towarzyszyło mi w poszukiwaniach. Następnie przyjęła propozycję spotkania, które odbyło się 21 października 2016 r. na górze Karmel w Hajfie w Izraelu. Płakaliśmy ze szczęścia, że mogliśmy porozmawiać po tak wielu latach. Była przez nas kochana, była naszą „Tereską”.

Postscriptum

21 marca 2017 r. na wniosek Estery Mitrani z d. Borensztajn Józef i Marcjanna Goławscy zostali uhonorowani przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.


1Cytaty: Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, Zbiór relacji Żydów Ocalałych z Zagłady, sygn. 301/2989. Ortografię i interpunkcję uwspółcześniono, nawiasem kwadratowym oznaczono opuszczenia i uzupełnienia w tekście źródłowym.