Tuwia Lewiński - Ocalony. Dwie dusze

Tuwia Lewiński przywykł do milczenia na temat swojego dzieciństwa, które przypadło na okres II wojny światowej. Spotkanie po latach z Bronkiem Saganem, który w czasie wojny ocalił mu życie, skłoniło Tuwia do opowiedzenia swej historii.

Urodziłem sie w 1932 r. w Radzyminie. Mój ojciec był rzeźnikiem, miał dwa sklepy. Pochodził z rabinackiej rodziny Lewinskich, matka z Platkowskich. Miałem brata Levi Izhaka i trzy siostry. Moja rodzina była religijna, obchodziliśmy wszystkie święta. W domu mówiło się w jidysz.

Uczyłem się w chederze. Wojna wybuchła nim zdążyłem zacząć II klasę. Ojciec został zmobilizowany do polskiego wojska, a my, dzieci, zostaliśmy z mamą w domu. Gdy Polska skapitulowała, ojcu udało się do nas wrócić.

W 1940 r. Niemcy zorganizowali w Radzyminie getto. Musieliśmy się tam przenieść. Panował w nim tłok, brakowało jedzenia. Ojciec, by uchronić rodzinę przed głodem, zabił dwie krowy i ukrył mięso. Niestety, jego znajomy, policjant w getcie, doniósł na nas. Mięso skonfiskowano, a ojciec trafił na Pawiak do Warszawy. Zwolniono go po 9 miesiącach. Po powrocie, przewidując najgorsze, nakazał nam – mi, bratu i siostrze Rajzie – uciekać z getta. Rodzice zostali z najmłodszymi siostrami – Rachelą i Riwką.

Uciekliśmy zimą 1941 r. Po dwóch  tygodniach wędrówki siostra nie wytrzymała z tęsknoty za rodzicami i postanowiła do nich wrócić. Nie wiemy, co sie z nią stało. Ja i brat dotarliśmy do wsi Karnebek. Levi Izhak pracował jako parobek, ja jako pastuch. Jesienią 1942 r. ktoś doniósł do gospodarzy brata, przyszli żandarmi i zabili go. Zacząłem samotne, tułacze życie. Chodziłem po wsiach prosząc o pracę i kawałek chleba. Sypiałem w oborach, w chlewach, bez jedzenia, bez możliwości umycia się.

Zachorowałem na żółtaczkę. Leżałem z gorączką w przypadkowej oborze, gdy nagle przyszedł chłop i zawołał: „Żydzie, uciekaj!”. Mimo mrozu i choroby zerwałem się i pobiegłem do lasu. Słyszałem strzały, byłem przerażony. Wdrapałem się na drzewo i ukryłem między gałęziami. Okazało się, że w lesie są  partyzanci. Udzielili mi pomocy, przy nich wyzdrowiałem. Dziś zadaję sobie pytanie, gdzie znalazłem siły na ucieczkę z obory? Po latach wytłumaczyłem to sobie istnieniem „drugiej duszy”. To teoria, którą poznałem w izraelskim wojsku. Mój dowódca twierdził, że człowiek ma dwie dusze, a ta druga uruchamia siły do przetrwania, gdy człowiek jest w ciężkiej sytuacji i nie może liczyć na niczyją pomoc.

Wędrując dalej, dotarłem do dużego gospodarstwa we wsi Kowalewice k. Płońska. Właścicielem gospodarstwa był „szlachcic”. Zatrudnił mnie jako parobka – orałem, młóciłem, pracowałem w oborze. Miałem co jeść i gdzie spać, ale „szlachcic” źle mnie traktował. Któregoś razu pobił mnie do nieprzytomności.

Nieopodal mieszkał chłopiec w moim wieku, Mietek Gerwatowski. Byliśmy kolegami. W listopadzie 1942 r. zaproponował, żebym przeniósł się do jego domu. Po jakimś czasie musiałem jednak odejść od Gierwatowskich, ponieważ zawiadomiono sołtysa, że we wsi ukrywa się żydowski chłopiec. Mama Mietka, Kasia, schowała mnie w wozie, przykryła słomą i zawiozła do sąsiedniej, rodzinnej wsi, Wólki Szczawińskiej. Mieszkał tam młody wieśniak – Bronek Sagan z bratem Stefanem.

Zamieszkałem u nich zimą 1943 r. Bronek zaopiekował się mną. Nazajutrz po moim przybyciu powiedział: „jesteś moim synem”. Rzeczywiście był dla mnie jak ojciec, ale i przyjaciel. Miał silny wpływ na mój charakter i światopogląd. Zawdzięczam mu życie. Bronek wołał na mnie „Tomek”.

Zyskałem dom, do którego zawsze mogłem wrócić. Kilkakrotnie musiałem uciekać do lasu z powodu donosów, ale zawsze przyjmowano mnie z powrotem. Pewnego razu, gdy na skutek donosu żandarmi przyszli szukać żydowskiego chłopca, Bronek ukrył mnie w stodole i przykrył słomą. Rewidujący żołnierz kilkakrotnie wbił w nią bagnet. Zranił mnie, ale nie pisnąłem.

Kilkakrotnie musiałem uciekać do lasu. W czasie jednej z ucieczek wydarzyła się tragedia. Kiedy Stefan zobaczył dwóch żołnierzy na koniach wjeżdżających na podwórko, natychmiast zawołał: „Tomek uciekaj!”. W tej samej chwili Niemiec strzelił i zabił Stefana na miejscu. Uciekłem, ale wieczorem wróciłem i zastałem rodzinę przygotowującą sie do pogrzebu. Wszyscy w dalszym ciągu odnosili się do mnie z miłością. Dziś, gdy o tym myślę, uświadamiam sobie, jak silni i wspaniali byli to ludzie.

Zostałem u Bronka, ale sytuacja nadal była niebezpieczna. W 1944 r., idąc za radą mego opiekuna, opuściłem dom i poszedłem do partyzantów. Okazało się, że dołączyli do nich żołnierze rosyjscy. W za dużym płaszczu i czapce wojskowej wsiadłem do rosyjskiego czołgu. Wkrótce dotarliśmy do Berlina. Nie chciałem tam jednak zostawać, lecz wrócić do Bronka. Dojechawszy do Nowego Miasta k. Płońska zostałem złapany jako dezerter i odesłany pod eskortą do Berlina. Oskarżono mnie o szpiegostwo i od razu skazano. Gdy siedziałem w areszcie zdarzył się cud. Ktoś wsunął mi cywilne ubranie, dokument z moim nazwiskiem i zawołał w jidysz: „Tuwia, uciekaj!”. Nie wiem kim był mój wybawca.

Uciekłem na stację kolejową, wskoczyłem do pociągu i schowałem się w wielkim dzwonie pochodzącym ze zdewastowanego przez Rosjan kościoła. W ukryciu dotarłem do Nowego Miasta, stamtąd do domu Bronka. Gdy się spotkaliśmy powiedział: „Niemcy cię nie zabili, ale tutaj zabiją cię Rosjanie, musisz wrócić do swoich”.

Słowa Bronka wzbudziły we mnie rozterkę. Z jednej strony miałem tu ciepły dom, z drugiej tęskniłem za żydostwem, za tym, co pamiętałem z rodzinnego miasteczka. W 1947 r. zjawił się u Bronka Żyd, który chciał zabrać mnie do sierocińca dla ocalałych dzieci. Początkowo odmówiłem wyjazdu, ale po trzech miesiącach zdecydowałem się. Cała rodzina żegnała mnie ze wzruszeniem.

Pojechałem do Warszawy, następnie do Łodzi. Tam przyłączyłem sie do grupy „koordynacja”, organizacji dla uratowanych dzieci. Działał w niej oficer Mosze Jaruhamzon-Jankowski. Czas tam spędzony był dla mnie trudny. Niełatwo było wrócić do żydostwa, szczególnie, że nie było ono takie, jakie pamiętałem z dzieciństwa. Ale czułem, że znów jestem Żydem.

Po kilku miesiącach pobytu w Łodzi wyruszyliśmy do Palestyny. Po kolejnych kilku miesiącach pobytu we Francji w Marsylii wsiedliśmy na statek „Kadima”. Po przybyciu na miejsce zostałem wysłany do kibucu „Ramat Dawid”. Trudno mi było przyzwyczaić się do tamtejszej mentalności i sposobu życia. Brak mi było ciepła i serdeczności ze strony opiekunów. Uczyłem się tam i pracowałem.

W kibucu odnalazł mnie Mosze Jaruhamson-Jankowski i w 1949 r. zabrał do siebie do Holonu. Mosze i jego żona stali sie moimi przybranymi rodzicami. Po kilku miesiącach zostałem powołany do wojska. Podczas służby poznałem Ziporę, moją przyszłą żonę.

Do 1956 r. utrzymywałem kontakt listowny z Bronkiem i z Mietkiem. W 1988 r., gdy tylko kontakty polsko-izraelskie zostały wznowione, razem z żoną pojechaliśmy do Polski by odwiedzić Bronka i zobaczyć nasze rodzinne strony.

Wizyta w Radzyminie była trudna. Z mojej rodziny liczącej ok. 350 osób, poza mną, nie ocalał nikt. Odwiedziliśmy Bronka i Mietka, było to bardzo wzruszające spotkanie. W czasie mojej wizyty Bronek wskazał na las rosnący nieopodal jego domu i powiedział: „to jest twój las, las Tomka”. Podczas ukrywania zasadziłem w tym miejscu kilkanaście drzew.

Bronek przyjął nasze zaproszenie do Izraela i przyjechał do nas z córką w 1989 r. W czasie 2-miesięcznego pobytu został odznaczony medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Mietek także mnie odwiedził.

Ku mojej radości moi synowie utrzymują stały kontakt z rodziną Bronka [który zmarł kilka lat temu]. Ja i członkowie mojej rodziny odwiedzamy ich, a oni nas.

 

Powyższy tekst to przetłumaczony i opracowany przez Janinę Goldhar skrót wspomnień Tuwia Lewińskiego wydanych w latach 90. w języku hebrajskim nakładem autora i przekazanych Instytutowi Yad Vaszem.