Jadwisia „łobuz”

Myślę, że od jakichś dwóch lat mówiła Pani z charakterystyczną dla siebie swadą, że zdrowie już nie te i w związku z tym zaprasza Pani na pogrzeb. Przyjmowałam te żarty na spokojnie, rozumiejąc, że poniekąd taki jest porządek rzeczy.

Od dawna wspominała Pani o osłabieniu. Ciało mówiło już coraz częściej „nie”. Wyjście na zakupy było wysiłkiem. Przejście z pokoju do kuchni również. Miała Pani chodzik w domu. Owo osłabienie zupełnie nie pasowało do Pani natury – w środku była Pani dalej wprawdzie dorosłą, ale ciągle tą 11-letnią dziewczynką z przedwojennej fotografii – z warkoczykami, uśmiechniętą, biegnącą zimą na ślizgawkę gdzieś przy Placu Wilsona. Wstążki do warkoczy z pewnością pochodziły z fabryki Pani dziadka Meira.

„Jadwisia łobuz!” – zawołałaby za Panią druga niesamowita dziewczynka, którą dzięki Pani poznałam – czyli Kubusia Blidsztejn (po wojnie pozostała przy swoiich „aryjskich” imieniu i nazwisku: Danuta Dąbrowska). 

Pamiętam, jak kręciłyśmy nasz film „Ocaleni”. Spotykacie się w nim obie Panie po przeszło 60-u latach. Owa bezceremonialność, na którą nigdy bym się nie zdobyła, ale i trafność tego przezwiska, pozostała mi w pamięci. Gdy więc dowiedziałam się, że Pani nie żyje, pomyślałam: „Jadwisia łobuz zmarła”. 

W ogóle uważam, że ta śmierć jest jakoś nie na miejscu. Brzmi surrealistyczne, choć powtórzę: akceptuję ją i wiem, że tak zdarzyć się musiało. 

Miałyśmy wybrać się do Pani z dziewczynami – Karoliną i Klarą – na wizytę. Odwiedzić, posłuchać anegdot rodzinnych, zjeść paszteciki i napić się barszczyku. Oczywiście nam coś przeszkodziło. Jedna się rozchorowała, drugiej coś wypadło. 

Żal wielki, że się nie udało. Żal.

Tym większy, bo mam poczucie, że coś straciłam.

Niezdrowe przyspieszenie mojego życia nastąpiło. Zabrakło mi czasu na to, co w gruncie rzeczy najważniejsze. W ostatnim roku kilka razy chciałam do Pani zadzwonić. Też mi się nie udało. Klara była łącznikiem – przekazywała pozdrowienia. Łatwiej czasami polecieć w delegację do Oslo, niż do Pani zadzwonić. Swoją drogą spodobałyby się Pani takie skandynawskie podróże. Lubiła Pani latać. 

Wielki to był przywilej Panią poznać. Nie było łatwo. Miała Pani wobec nas duże wymagania – co do redagowania Pani tekstów i co do montowania filmu o Pani. Trudno opisać, co dokładnie to znaczy obcować z kimś, kto miał taką historię jak Pani – kto urodził się przed II wojną światową, wojnę przeżył nadzwyczaj świadomie i powrócił do opowiadania o swoich doświadczeniach bardzo późno. 

Myślę, że z pewną lubością obejmowała Pani w dojrzałym wieku żydowskie dziedzictwo jednej z linii Pani rodziny. W tym zachowaniu czuć było głęboką afirmację i dumę ze swojego pochodzenia. Ale i krył się bunt wobec tego wszystkiego, co polskie, ale w złym wydaniu – bunt wobec: przejawów ksenofobii i antysemityzmu, chełpienia się bohaterami, zaprzeczaniu winom wobec innych, przede wszystkim Żydów.

Dobrze, że powstało nasze Muzeum. Że mogła Pani dla niego robić wywiady, pisać teksty o Sprawiedliwych wśród Narodów Świata i Ocalałych, że mogła Pani tu przyjść i do kina, i na debatę. Widzę w jego istnieniu głęboki sens i cieszę się, że Pani nas w nim zaszczyciła swoją obecnością. Dobrze, że ostatni świadkowie Zagłady mogli doczekać się jego otwarcia i realizować w nim swoje pasje. Że mogli opowiedzieć w nim swoje historie, a inni mogli tych historii wysłuchać. 

Moja izraelska przyszywana mama Yael twierdzi, że istnieje w kosmosie energia odnawialna, dzięki której sytuacje z życia (np. rozmowy między ludźmi) dzieją się cały czas i w związku z tym nic straconego. Bo ciągle jakoś jesteśmy. Jest więc w czasoprzestrzeni taki czas, w którym siedzimy razem przy stole i rozmawiamy o naszym filmie. I jest taki, w którym ciągle robię Pani zdjęcie przed gmachem Muzeum na tle dębu „Żegoty” (zasadzonego zresztą przez Władysława Bartoszewskiego). I taki, gdy filmujemy u Pani w ogrodzie, jest wiosna i rosną tulipany. I taki, w którym pracuje Pani przy komputerze, a na parapecie obok kwitną fiołki.

No i skoro są te dobre momenty, to są i te inne, niedobre, wojenne, które też dalej trwają – te z getta, z mroźnej zimy w Ostrówku, z okupowanej przez Niemców ulicy, którą przemykają Żydzi o zlęknionych oczach, z lasu przy Pani domu rodzinnym, w którym zabłąkali się wystraszeni uciekinierzy z transportów do Treblinki.

O wszystkich tych obrazach będę pamiętać –  aż do mojej własnej śmierci.

I postaram się, by inni o nich też wiedzieli i pamiętali.

Dziękuję Pani za wszystko.