Historia mojej babci - Jadwigi Wydrychowskiej
Miałam okazję poznać sie z nią osobiście tylko raz w moim życiu. Miałam chyba 8 lat. Kochałam ją bo była ciepła, mila, elegancka i śliczna. Przede wszystkim kochałam ją z wdzięczności, że uratowała ona moją mamę - Sabinę.
Opisała ona okoliczności tych wydarzeń w liście do mojej mamy:
„Najdroższa Sabuś!
Pytałaś mnie w jednym z listów o historię Twego i Twoich Braci przyjazdu do Warszawy.
Otóż jakaś handlarka przywiozła w 1943 roku do Warszawy troje dzieci, nie wiem czy z samego Mińska Mazowieckiego czy też z jego najbliższych okolic. Jako jedyny dowód tożsamości miały dzieci zbiorowe zaświadczenie proboszcza, nie pamiętam jakiej parafii, że ochrzcił troje dzieci:
Sabinę Kalbarczyk (chyba miałaś [wtedy] 6 lat)
Stanisława Kalbardzyk (chyba miał 5 lat)
[chłopca o nieznanym imieniu] (chyba miał 1 rok)
Zaświadczenie to oddałam siostrze zakonnej, gdy brała Ciebie. Ciebie umieszczono w Res Sakra Miser - dom dobroczynny, był to dom dla starców. Prezes tego towarzystwa prosił mnie, abym sie Tobą zaopiekowała. Siostra zakonna, szarytka przyprowadziła Cię do mnie, ot tak w jednej sukience. Powiedziała, że cała trójka dzieci była oddana do chłopa, pewno za dużą opłatą, ale chłop był złym człowiekiem i dzieci były gnębione przez wszy i szczury. Ta handlarka przez litość przywiozła Was do Warszawy. Według relacji siostry zakonnej starszy chłopiec dostał się do domu dziecka, najmłodszy do domu dziecka im. Księdza Boduena. Myślę, że te dane o dzieciach siostra otrzymała bezpośrednio od tej handlarki. Twoi Rodzice chcieli Was uratować i dlatego oddali pod opiekę chłopa, chyba sami zginęli w obozie, lub zostali rozstrzelani.
Pamiętasz, jeździłam z Tobą do tej handlarki, mieszkała na Starym Mieście przy ul. Piwnej, ale nigdy nie mogłam jej zastać. Pisałam do niej listy, żeby nie uciekała przede mną, gdyż nie chcę Ciebie oddać, tylko wiedzieć gdzie są chłopcy, bo chciałam Ci dać rodzinę. Powstanie Stare Miasto zamieniło w kupę gruzów i tak zginęła z mych oczu handlarka. Sabciuniu, cala ta sprawa była bardzo śmierdząca – to był okres okropnego terroru Gestapo i za wszystko płaciło się życiem.
Jadwiga Wedrychowska”
Ten list jest dla mnie bolesny i drogi. Jadwiga nie tylko pozostała opiekunką mojej mamy, ale była moją „babcią z Warszawy” na zawsze. Lata i obszar nas rozdzielił. Pisałyśmy do siebie aż do czasu jej śmierci. Nie mam po niej właściwie nic poza listami i paru zdjęciami. Nawet nie znam jej roku urodzenia ani innych osobistych danych. Wiem, że podczas wojny mieszkała gdzieś na Pradze. Była mężatką, ale się z mężem rozwiodła. Myślę, że Wedrychowska było jej nazwisko po mężu, ale nie jestem tego pewna w stu procentach. Nigdy się nie pytałam o te szczegóły. Naiwnie myślałam, że babcia będzie żyła zawsze…, a teraz żałuję, bo jest za późno.
Anna Zielińska - Mohit





