Poszukując Jańci...

Historia zaczyna się w 1941r. w Wiśniczu. Przebywająca tam Anna Hendla Singer Mandelbaum zostawia w polskiej rodzinie swoją córkę Chanę. Dziewczynka miała tam zostać tylko kilka dni, aż sytuacja się uspokoi. Niestety, w umówionym terminie nikt się po nią nie zgłosił. Szczęśliwie trafiła ona do rodziny Nabielców w Chronowie.

Dziewczynkę nazywano Jańcią (ur. w 1937 r.). W rodzinie Nabielców było jeszcze pięcioro dzieci w różnym wieku, najmłodsza była moja teściowa Halina, rocznik 1938.

Dziewczynka przez cztery lata była ukrywana w tym domu. Niestety panowały tam bardzo ciężkie warunki, bieda i głód. Dodatkowo Jańcia nie mogła przez dzień wychodzić z domu. Jej ciemne włosy mogły zwrócić uwagę innych ludzi. Nikt na wsi nie wiedział o ukrywanej Żydówce. W razie niebezpieczeństwa dziewczynka była ukrywana w piwniczce w domu, chowana w stajni, lesie albo w polu. Jańcia była dzieckiem niesamowicie mądrym, grzecznym i pokornym. Całymi godzinami potrafiła w razie niebezpieczeństwa siedzieć w ukryciu.

Moja teściowa Halina wspomina dwa wyjątkowo niebezpieczne wydarzenia, jakie miały miejsce w czasie ukrywania dziewczynki. Dom Nabielców stał przy samej drodze, a do szkoły, w której stacjonowali żołnierze niemieccy było niedaleko. W domu była tylko jedna izba i kuchenka. Do domu weszli Niemcy i siedli przy stole. Jańcię udało się w porę położyć za pościelą, gdzie leżała nieruchomo. Niestety, naturalne potrzeby były silniejsze i powiększająca się kałuża pod łóżkiem zwróciła uwagę „gości”. Dzięki przytomności umysłu cioci Stasi cała sprawa została zwalona na kota.

Innym razem Jańcię ukryto w polu fasoli. Po przejściu niebezpieczeństwa ktoś poszedł przyprowadzić dziewczynkę do domu. Niestety w kryjówce nie było nikogo. Cała rodzina z przerażeniem szukała jej wszędzie. Wszyscy płakali, bo podejrzewali najgorsze. Na całe szczęście Jańcia się odnalazła.

Po wojnie matka mojej teściowej postanowiła dziewczynkę ochrzcić i zostawić w domu jak swoją przyszywaną córkę. Poszła z tą sprawą do tamtejszego proboszcza, księdza Boczka. Ten zgodził się na takie rozwiązanie, pod warunkiem, że nie odnajdzie się rodzina dziewczynki. Okazało się, że w Krakowie w Wojewódzkim Komitecie Żydowskim Jańcia jest na liście osób poszukiwanych. W takiej sytuacji zapadła decyzja o oddaniu Jańci do Komitetu. Była to bardzo trudna i bolesna dla wszystkich decyzja. Wielkim błędem było pozostawienie dziewczynki w Komitecie bez żadnego wytłumaczenia, bez pożegnania. Wielka też była rozpacz w domu po przyjeździe mamy bez dziecka. Najbardziej zrozpaczona była moja teściowa - jako dziecku było jej bardzo ciężko zrozumieć tę sytuację. Mama teściowej do końca życia nie mogła się pogodzić z tym, że oddała dziecko i nawet nie wie, co się z nim działo.

W 2005 roku zaczęłam poszukiwania Jańci. Zaczęłam je od ŻIH-u w Warszawie. Tam trafiłam do pani Anny Przybyszewskiej-Drozd. Uzyskała ona podstawowe wiadomości o Jańci - jej dokładne nazwisko, datę urodzenia, imiona rodziców. Okazało się, że jej ojciec Abraham przeżył wojnę. W dokumentacji Yad Vashem nie znalazłam żadnej wzmianki o matce i bracie Jańci. Niestety, nie obyło się też bez pomyłek. Okazało się, że wojnę przeżyło dwóch Abrahamów Seelenfreundów. Z początku poszliśmy tropem młodszego. Udało nam się ustalić adres jego córki w Izraelu. Nawiązaliśmy z nią kontakt, ale okazało się, że nasza radość była przedwczesna. Wszystko trzeba było zacząć od początku. Następny Abraham mieszkał po wojnie w Wałbrzychu, zmarł i został pochowany w Krakowie w1956r. Po kolejnych studiach dokumentacji Yad Vashem ustaliliśmy rodzinę drugiego Abrahama. Była to siostrzenica Abrahama, niestety, już nieżyjąca. W międzyczasie próbowałam w wielu miejscach uzyskać informacje, które mogły nam w poszukiwaniach pomóc. Problemem było też to, że nie wiadomo było właściwie, jak Jańcia się nazywała. W różnych dokumentach jej ojciec figurował pod dwoma nazwiskami - Mandelbaum i Seelenfreund.

Również polska ustawa o ochronie danych osobowych nie ułatwiała mi poszukiwań. Pomimo tego, dzięki życzliwości wielu ludzi, udało mi się dotrzeć do dokumentów z getta w Krakowie dotyczących matki Jańci oraz dokumentów Abrahama z czasów pracy w Wałbrzychu. Bardzo dużą pomoc uzyskaliśmy od Lei Balint z Jerozolimy. Pani ta zajmuje się zawodowo problemem Dzieci Holocaustu i poszukiwaniami ich tożsamości. To ona skojarzyła powojenny pobyt Jańci w sanatorium w Zakopanem, z akcją wywiezienia żydowskich dzieci z Polski do Izraela. Był to strzał w 10! W niedzielę otrzymałam wiadomość, że Jańcia żyje! Jaka zapanowała radość, nie muszę chyba tego opisywać.

Niestety, odnalezienie Jańci wiąże się z koniecznością powrotu do przykrych wspomnień, o których Jańcia na razie nie chce rozmawiać. Wiem już, że jej brat Zyga został  także w Wiśniczu oddany do polskiej rodziny. Niestety rodzina ta wydała go Niemcom i dziecko trafiło razem z matką do transportu odchodzącego z Wiśnicza. Podobno matka próbowała wypchnąć syna z auta, w którym byli wywożeni. Niemcy to jednak zauważyli i oboje, matka i syn, zostali na miejscu zastrzeleni. Również historia ojca Jańci była tragiczna i Jańcia nie chce jej wspominać.

Jest jeszcze mnóstwo spraw, które chciałabym wyjaśnić, poznać i wytłumaczyć. Jańcia jest już osobą nienajmłodszą, po niesamowitych przeżyciach, więc muszę to uszanować. Zrozumiem, jeżeli nie będzie chciała utrzymywać z nami kontaktu, zrozumiem jeżeli nie będzie chciała wracać do tych tragicznych czasów i spraw. Jednak jest to niesamowicie ciekawe i pouczające. Wiem, że jest jeszcze wiele osób, które szukają swoich bliskich lub chcieli by to zrobić, ale nie wiedzą jak się za to zabrać. Wcześniejsze próby odnalezienia nie udawały się, ponieważ dokumentacja często była porozrzucana po całym kraju lub nawet świecie. Dzięki Internetowi jest to teraz dużo szybsze i łatwiejsze.

No i trzeba mieć chociaż odrobinę szczęścia.

Serdeczne dziękuję wszystkim osobom (szczególnie podziękowania dla Jacka), które pomogły mi w poszukiwaniach, poznaniu i zrozumieniu wielu, czasami bardzo trudnych, spraw.