Poszukiwana pani M. z Grochowa

Umierając, moi rodzice, Bala i Dawid Lipstadt, pozostawili po sobie wiele tajemnic. Jedną z największych jest tożsamość kobiety, która przez półtora roku ukrywała ich w swojej willi na warszawskim Grochowie.

W imieniu mojej rodziny chcę podziękować tej kobiecie. Żeby pomóc moim rodzicom, ryzykowała swoim życiem i życiem swojej rodziny. Chcę odnaleźć ją i jej rodzinę i wyrazić naszą niewypowiedzianą, głęboką wdzięczność.

Życie moich rodziców w przedwojennej Polsce zawsze było okryte tajemnicą. Jak wielu innych ocalonych z Zagłady trzymali w sobie traumę i żałobę, rzadko kiedy wspominając swoje życie przed wojną. W 2011 roku wybrałam się do Warszawy z moim siostrzeńcem Isaakiem, żeby rozpocząć odkrywanie rodzinnych sekretów.

Najpierw wybrałam się  do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, gdzie odnalazłam karty rejestracyjne wypełnione przez moich rodziców po wojnie. Dokumenty zawierały informacje na temat adresów ich przedwojennych domów. W okienku dotyczącym miejsca ich schronienia moja matka wpisała tylko jedno słowo, Grochów.  To tam moi rodzice udali się po ucieczce z getta w 1943 r. i znaleźli schronienie u pewnej Polki, której nazwisko ze słyszenia zrozumiałam jako „pani Mokska”.

Zaczęłam więc wypytywać o nazwisko „Mokska” w Warszawie. Większość Polaków patrzyło na mnie ze zdziwieniem. „To nie brzmi poprawnie”, mówili.  Był to jednak mój jedyny punkt zaczepienia, więc nie poddawałam się, aż w końcu natrafiłam na inne warianty: Moskwa, Moskwiak. Te możliwości z jednej strony zwiększają szansę na odnalezienie pani Mokskiej, a z drugiej strony czynią poszukiwania trudniejszymi, mam jednak nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto ją rozpozna.

Oto kilka szczegółów, które pamiętam z opowieści moich rodziców o kobiecie, która dała im schronienie:

Pani Mokska miała córkę. 

Jej córka była bibliotekarką.

Pani Mokska była rozwódką. 

Pracowała jako dyrektor szkoły. 

Była inteligentną, wykształconą kobietą.

Była religijną, praktykującą katoliczką.

Przez półtora roku, aż do opanowania przez oddziały rosyjskie lewego brzegu Wisły, pani Mokska ukrywała moich rodziców w piwnicy swojej częściowo zniszczonej willi na Grochowie. Nie znam jej imienia ani imion jej córki czy męża. Nie jestem nawet pewna, czy naprawdę znam jej nazwisko.

Przed wojną mój ojciec, Dawid Lipstadt, mieszkał z rodzicami i dwoma siostrami na ul. Targowej na Pradze, warszawskiej dzielnicy graniczącej z Grochowem od północy. W momencie wybuchu wojny miał 19 lat, był przystojnym blondynem. W wieku 21 lat poznał moją matkę, Balę Parszeczewską, w warszawskim getcie. 

Bala miała 20 lat, kiedy razem z rodzicami, dwoma starszymi siostrami i starszym bratem uciekła z Kalisza. Gdy dotarli do Warszawy, zostali wysłani do getta. Ojciec Bali, Aron Ber, pracował w Kaliszu jako jubiler, a jej matka Ajdel zajmowała się domem.

Ojciec Dawida, Hersz, również był jubilerem. Posyłał czasem Dawida do Bali, żeby ten odebrał coś lub dostarczył. Znam tylko jeden szczegół dotyczący tych wymian. Dawid poznał Balę, uroczą dziewczynę o zielonych oczach. Wkrótce zakochali się w sobie. Ich ślub odbył się w getcie.

Starsza siostra Bali, Mala Parszeczewska Glicksman, była bohaterką historii ocalenia moich rodziców. To ona znalazła sposób na wydostanie członków naszej rodziny z getta i znalezienie im kryjówek po aryjskiej stronie miasta. Wydaje mi się, że to Mala skontaktowała się z panią Mokską i zabrała rodziców do jej grochowskiej willi, a także dostarczała Bali i Dawidowi jedzenie, kiedy ci pozostawali w ukryciu – pamiętam dość mglistą opowieść o Mali chowającej pod płaszczem czerwoną kapustę.

To wszystko, co jestem w stanie opowiedzieć. Mam głęboką nadzieję, że podzieliwszy się tą historią, odnajdę kogoś, kto pamięta panią Mokską i jej poświęcenie.

Oby te wspomnienia upamiętniły odwagę pani Mokskiej i odnowiły więź łączącą nasze rodziny.