Pamiętnik Alfreda Osmyckiego
„W kwietniu 1943 roku, tuż przed wybuchem powstania w getcie warszawskim, spotkałem przypadkowo na mieście inżyniera Michała Merlińskiego, mojego kolegę z Warszawskiej Dyrekcji Poczt i Telegrafów. Przez kilka lat pracował ze mną w Oddziale Budowy, w referacie telefonicznych sieci miejscowych, którym kierowałem do 1938 roku […]. Inżynier Merliński, absolwent Politechniki Warszawskiej, Polak pochodzenia żydowskiego był doskonałym kolegą. Wybitnie inteligentny, zdolny, władający wieloma językami, był bardzo wartościowym człowiekiem.
Przed wybuchem powstania, na rozkaz Żydowskiej Organizacji Bojowej, inżynier Merliński przeskoczył mur getta. Ukrywał się w Warszawie, w skandalicznie ciężkich warunkach. Nocował w komórce z węglem, gdzieś na podwórzu. Odmroził ręce i nogi, wyglądał okropnie zabiedzony. Był bez pieniędzy. Liczył na dłużników z ul. Kruczej, ale nie mógł się z nimi skontaktować. […] Jego żona została w getcie warszawskim.
Byłem tak wstrząśnięty wyglądem i opowiadaniem Michała, że zdecydowałem się ukryć go w naszym mieszkaniu. […] Tak więc […] od ok. 15 kwietnia 1943 roku stałem się współuczestnikiem działalności konspiracyjnej Ruchu Oporu w Polsce i tak tę sprawę przedstawiłem żonie. […] wysłałem ją wraz z trojgiem dzieci do teściowej na wieś Zielonkę, sam zaś pozostałem z Michałem w mieszkaniu, dojeżdżając do żony na soboty i niedziele […].
19 kwietnia wybuchło powstanie w getcie warszawskim […] Mieszkanie nasze mieściło się przy ul. Franciszkańskiej 6, która wychodziła prosto na mur getta. Z naszego balkonu na trzecim piętrze widać było fragmenty walk powstańczych, a potem okropności, jakich dopuszczały się oddziały niemieckie i pomocnicze, a więc walki, palenie i burzenie getta, ciągłe bombardowanie z samolotów i ostrzeliwanie z dział, wysadzanie domów […]. Wreszcie wszystkie ulice getta zostały objęte morzem płomieni. Z balkonu naszego mieszkania widzieliśmy trupy leżące na ulicach i wiszące na balkonach. […]
Zwróciłem się do mojego brata ciotecznego Roberta Wodzyńskiego, członka organizacji podziemnej o wyrobienie «lewych» dokumentów dla Michała na nazwisko Maliński. […] Po kilku dniach otrzymał kennkartę, ausweis oraz świadectwo chrztu z parafii wileńskiej. Załatwiliśmy mu także zameldowanie w naszym mieszkaniu numer 7.
Merliński mieszkał u nas około 6 miesięcy, w tym czasie prawie nie wychodził, czasem tylko do znajomych na ul. Kruczą. W czasie jednego z takich wyjść Merliński został rozpoznany na ulicy przez, jak się wyraził, «chuliganówze sportu», znanych z dawnych lat. Zażądali od niego okupu w gotówce i zagrozili, że wydadzą go policji […]. Oddał im zegarek i marynarkę. Wrócił do domu w samej koszuli. […]
Po pół roku ukrywania zaczęliśmy obawiać się dekonspiracji Michała. Poza tym moja żona i dzieci miały niedługo wrócić ze wsi. Październikowy incydent jednoznacznie wpłynął na decyzję Michała o zmianie miejsca ukrywania. Mianowicie, pewnego dnia zaczepiła mnie w bramie dozorczyni domu i powiedziała: «Panie Osmycki kogo pan u siebie trzyma w mieszkaniu, czy pan nie przechowuje Żyda? Bo widzi pan, ten przodownik policji co to mieszka naprzeciwko pana od podwórza, to powiedział mnie, żebym się pana spytała kto to jest». Odpowiedziałem spokojnie «Pani Stasiakowa, niech pani będzie spokojna, to jest brat mojej żony, który przyjechał do nas ze wsi, bo był chory, ale dzisiaj wyjeżdża, proszę uspokoić pana przodownika». […] Powtórzyłem rozmowę Michałowi. Ten niezwłocznie spakował manatki i pożegnał się ze mną. Ze łzami w oczach podziękował za wszystko, co dla niego zrobiłem. Powiedział, żebym się o niego nie martwił, bo na pewno koledzy mu pomogą.
W kilka dni potem wymeldowałem Michała z ul. Franciszkańskiej 6. Miałem wtedy dobrego stracha czy mnie nie zahaczą o dokumenty Michała lub czy przodownik mój sąsiad z vis a vis nie zadziałał. […]
Po wojnie dowiedziałem się, że Michał ukrywał się później u inżyniera Szparkowskiego, Stefana Kłosińskiego i innych kolegów z pracy lub Politechniki.
Od października 1943 roku nie miałem wieści o Michale. Dopiero w czerwcu lub lipcu 1944 roku skontaktował się ze mną wspólny kolega Stefan Kłosiński, który poinformował mnie, że Michał jest zatrzymany (nie wiedział w jakich okolicznościach) i znajduje się na komisariacie policji granatowej na Mokotowie. Koledzy chcą wykupić go z rąk policji […]. Stefek powiedział, że natychmiast zadziała, żeby Michał został zwolniony. Niestety następnego dnia powiedział mi, że na policji otrzymał wiadomość, że Malińskiego przejęła policja niemiecka i ślad po nim zginął”.
Alfred Osmycki wspierał także kilkunastu żydowskich robotników, jak pisze w swym pamiętniku:
„W roku 1940 […] pracowałem na poczcie w Łowiczu jako robotnik […] pod nadzorem Niemca […] Wernera, kierownika oddziału odbudowującego instalacje teletechniczne […]. Pewnego dnia przyszedł do mnie młody Żyd i powołując się na wspólnego znajomego Żyda o nazwisku Igła, który miał sklep z odzieżą w Łowiczu przy ul. Zduńskiej, prosił żeby pomóc w zatrudnieniu przy budowie i naprawach linii teletechnicznych grupy Żydów z [łowickiego] getta, którzy wychodząc na zewnątrz będą mogli, korzystając z różnych kontaktów, zaopatrywać getto w żywność. […] Zwróciłem się do kierownika Wernera z taką propozycją: «ażeby przyspieszyć zdejmowanie porwanych w strzępy przewodów teletechnicznych na różnych liniach, proponuję zatrudnić grupę około 20 Żydów z łowickiego getta, gdyż nasza ekipa jest mała, a ma różne zadania […]»
Po kilku dniach przyszła z getta grupa 10 robotników, którą potem zwiększono do 20 osób. Do tej grupy zostałem przydzielony razem z technikiem Gładzikowskim i monterem Błaszczykiem, żeby jakoś organizować robotę. Do nadzorowania nas Niemcy wyznaczyli młodego podoficera Wehrmachtu. Po jakimś czasie nasza grupa pozostała bez niemieckiego opiekuna, a wówczas praca wyglądała tak, że przeważnie odpoczywaliśmy w rowie przydrożnym i mieliśmy dużo czasu na rozmowy. […] Chłopcy z getta wracali po robocie zawsze z chlebem, kartoflami, a czasem i z czymś lepszym do jedzenia. Często też wnosili do getta drewno na opał. […] Cała 20-osobowa grupa Żydów pracowała z nami […] przez kilka miesięcy. Pod koniec roku Niemcy nie wypuszczali z getta na roboty już nikogo. Po pewnym czasie getto zostało zlikwidowane, Żydzi zostali wywiezieni – nie wiemy dokąd”.
Fragmenty pamiętnika Alfreda Osmyckiego przekazał syn autora, Jerzy Osmycki.





