Moi rodzice spełnili swoją niezwykłą misję - wspomnienia Józefa Trziszki
Ja wraz z nieżyjącymi dziś rodzicami i siostrą Krystyną zamieszkiwaliśmy wówczas w Krechowicach (w pow.dolińskim k. Kałusza, woj. stanisławowskie) na użyczonej nam części posesji zacnego i uczciwego, dobrego i szlachetnego ŻydaEnisa Bucio, który był właścicielem dużego gospodarstwa i sklepu kolonialnego. Służył nam wraz z chorowitą żoną i starymi rodzicami. Miał córkę Irenę, moją rówieśnicę (ur. w 1935 r.).
Naprzeciw, za wiejską drogą, mieszkali nasi sąsiedzi Ukraińcy, z którymi, jak z Żydami, żyliśmy w należytej zgodzie.
Ja i siostra bawiliśmy się razem z dziećmi sąsiadów, władając dość dobrze językiem ukraińskim, nieco słabiej żydowskim czy węgierskim. To był kształt lat dziecinnych, jaki pozostał mi w pamięci.
Wielki dramat i pogorszenie stosunków międzyludzkich zaczął się w chwili przybycia „czerwonych ciemiężców ze wschodu”. Już w lutym 1940 r. w zimowy czas nastąpiła wielka, straszna, niewyobrażalna deportacja Polaków na „nieludzką ziemię”, jak się dziś określa deportację do Tundr i Tajg Syberyjskich, aż po Kamczatkę.
Dzięki łasce opatrzności i pomocy pana Enisa, który najpewniej uprosił ówczesne władze z NKWD o chwilowe opóźnienie deportacji, zostaliśmy w domu. Jakże nasi rodzice byli mu wdzięczni. Kiedy piszę te słowa chylę czoła temu niezwykłemu Żydowi.
Dziś wiadomo, że w głąb państwa sowieckiego deportowano wtedy około 3 miliony Polaków, a także Litwinów, Łotyszy i Estończyków. Bardzo dużo ludzi, w tym dzieci, zmarło w czasie transportu, inni w miejscach syberyjskiej katorgi z głodu, zimna i ciężkiej pracy. Świat wiedzieć nie chciał, nie mógł, czy niedowierzał temu, co Polakom i innym narodom zgotował okrutny system stalinowski.
Kiedy wydawało się, że nie ominie nas i pozostawionej garstki Polaków dramatyczna deportacja na „nieludzką ziemię” w 1941 r., jak grom z jasnego nieba, nastąpił atak faszystowskich Niemiec na Związek Sowiecki. To nas na jakiś czas uratowało, ale zaczął się równocześnie dramat mieszkających tu Żydów. Nasz zacny żydowski przyjaciel znalazł się w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ jego córka Irena, która przebywała u ciotki Adeli w Śniatyniu, znalazła się wraz z nią w tamtejszym getcie.
To był wyrok śmierci, gdyż niebawem getto miało ulec likwidacji. Nasz przyjaciel Bucio dochodził do utraty zmysłów. Wówczas nasz ojciec Władysław po naradzie z nim i z naszą mamą Marią podjął ryzykowną decyzję, by pojechać rowerem do Śniatynia, dostać się do zamkniętego getta i dowiedzieć się czegoś o losie Ireny. Było to latem 1941roku.
Wyruszył wcześnie rano, wrócił następnego dnia okropnie zmęczony. Mama mówiła, że był „czarny jak ziemia”. Opowiadał, jak po niezwykłych trudach dostał się do Śniatynia i wszedł do getta. Spotkał tam Irenę i ciotkę Adelę. Naprędce ustalili, że Irena zostanie zabrana z getta, przyjedzie po nią nasza mama. Wracając do domu, pod miasteczkiem Otynia, ojciec został zatrzymany przez ukraińskiego wartownika. Cudem uniknął śmierci.
Po kilku dniach wieczorem nasza mama wybrała się w bardzo niebezpieczną podróż pociągiem, w celu wypełnienia misternej misji przewiezienia dziecka z getta w Śniatyniu do nas. Misja wydawała się wręcz niemożliwa do realizacji. Matka była jednak osobą głębokiej wiary, wierzyła w rolę opatrzności. Czynem swym pragnęła wyrazić wdzięczność Enisowi Buciowi za jego dobroczynność wobec naszej rodziny.
Spod Kałuskiej stacyjki Hołyń, matka udała się do Stanisławowa, stamtąd do Kołomyi i dalej do Śniatynia. Na węzłowych stacjach roiło się od służb wartowniczych (Ost Bahn) i gestapo. Podróż do Śniatynia, choć trudna i stresująca, stanowiła jednak tylko preludium do tego, co miało matkę spotkać w getcie. Na miejscu, po serdecznym powitaniu matki z panią Adelą i małą Ireną, okazało się, że trwa apel interwencyjny. Niemcy chcieli wymierzyć karę za ucieczkę kilku Żydów z getta.
Ustawiono wszystkich mieszkańców getta w szeregu, nastąpiło dziesiątkowanie. Nasza matka była ósma, przeżyła. Wykorzystała nieuwagę służb obozowych, wymknęła się z tłumu i zabrawszy dziecko za rękę, opuściła getto. Udała się na stację, aby jak najszybciej wsiąść do pociągu.
Mała Irena miała rysy żydowskie, więc na podróż trzeba je było zamaskować. Matka opatuliła twarz dziecka chustą pod pretekstem bólu zęba. W pociągu ze Stanisławowa do Stryja ukraińska konduktorka zainteresowała się naszą mamą i małą Ireną, ale pewność siebie matki i jej świetna znajomość języka ukraińskiego pomogły im „wywinąć się” konduktorce i spokojnie dotrzeć do stacyjki Hołyń. Wysiadły tam, przed docelową stacją w Krechowicach, by zmylić ewentualnych ciekawskich.
Na stacji czekał na naszą mamę ojciec. Spokojnie dotarli do domu. Jakże szczęśliwy był Enis Bucio widząc swoją córkę. Irena rzuciła mu się w ramiona. Ja i moja siostra Krystyna byliśmy świadkami tej pięknej sceny pełnej radości, euforii i łez.
Nie wiemy jak dalej potoczyły się losy tego wspaniałego i życzliwego człowieka. Najpewniej został zabrany do getta w Dolinie lub w Kałuszu.
Nasza rodzina przeprowadziła się do sąsiedniego Broszniowa, miejscowości, w której mogłem uczęszczać do szkoły. Niebawem nadszedł kolejny czas tragedii kresowian od Wołynia po Podole, trwał w latach 1943-1945. Łuny pożarów znamionowały okrutny terror ukraińskich band z pod znaku OUN–UPA na zamieszkałych tam jeszcze Polakach i wspierającej ich ludności ukraińskiej. Na przełomie maja i czerwca 1944 r. wyjechaliśmy z garstką Polaków do powiatu dębickiego do nieznanych serdecznych Polaków, którzy nas przyjęli, jako wysiedlonych.
Dziś po 71 latach od tamtych tragicznych czasów składam hołd ofiarom okrutnej wojny, tym którzy zginęli i tym jeszcze żyjącym. Składam hołd Enisowi Bucio i jego rodzinie, a także moim nieżyjącym bohaterskim rodzicom, którzy w myśl późniejszego przesłania Yad Vashem „kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”, spełnili swą niezwykłą misję.





