Lusia Pinczuk (Lusia Schimmel) - Ocalona. Teraz ty będziesz święta

„Jestem żydowską dziewczyną, która przeżyła obozy zagłady. Tu mnie uratowano!” – krzyczała z radością Lusia Schimmel po wyzwoleniu Pomieczyna, w którym udzieliła jej schronienia Monika Szwertfeger. Z marszu śmierci uratował ją mieszkający w okolicy mężczyzna. „Co spowodowało, że właśnie mnie wyciągnął z szeregu?” – zadaje sobie pytanie Lusia Schimmel, rozpoczynając swoją historię ratowania.

Przed wojną

Lusia Schimmel (Szymel) z domu Pinczuk urodziła się 12 lutego 1921 roku w Mińsku (wtedy w granicach Białoruskiej SRR). Jej matka Chaja z domu Buchbinder pochodziła z Białegostoku, a ojciec Awram z Dubiecka koło Krakowa; był kupcem. W 1921 roku rodzice Lusi uciekli z Mińska do Wilna i tam Awram otworzył dużą hurtownię galanteryjną. Rodzina była zamożna. Lusia i jej dwaj młodsi bracia - Beniamin i Jehuda - żyli w bardzo dobrych warunkach. W domu mówiło się w jidysz. Rodzina kultywowała tradycję żydowską.

Lusia uczyła się w państwowym gimnazjum z językiem jidysz, a następnie w gimnazjum "Oświata", które ukończyła w roku 1937. W 1938 rozpoczęła studia na wydziale farmacji Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie. Spośród pięciuset studentów była jedną z pięciu osób pochodzenia żydowskiego.

Pomimo nasilających sie nastrojów antysemickich, Lusia kontynuowała studia w pierwszych latach wojny. Do Wilna przybywali Żydzi, którzy uciekli z terenów Polski zajętej przez Niemców. Miedzy innymi przybyła grupa młodzieży z organizacji "Akiba", licząca około dziewięćdziesięciu osób. Siedem osób z tej grupy zamieszkało w mieszkaniu Pinczuków. Tak zawiązały sie kontakty i przyjaźnie, które wpłynęły na dalsze losy Lusi.

Getto i przesiedlenia

Niemcy zajęli Wilno 22 czerwca 1941 roku i utworzyli tam getto 4 lipca tego samego roku. Pinczukowie mieszkali przy ulicy Chopina (pod numerem trzecim), która nie znalazła się na jego terenie. Rodzina została przesiedlona do getta 6 września 1941 r. Po pewnym czasie przewieziono Lusię wraz z grupą około czterystu osób do obozu pracy w wiosce Biała Waka odległej od Wilna o około czternaście kilometrów. Wydobywano tam torf. Po jakimś czasie udało jej się sprowadzić tam resztę rodziny.

Lusia zachorowała i musiała przejść operację. Podczas pobytu w szpitalu w getcie całą rodzinę wywieziono do Ponar, gdzie wszyscy zginęli. Lusia jako jedyna ocalała. Gdy została sama, wspierały ją przyjaciółki z grupy „Akiba”. Przetrwały razem głód i powtarzające się akcje likwidacyjne.

23 czerwca 1943 r. rozpoczęła się likwidacja getta wileńskiego. Pozostałych przy życiu mieszkańców zamkniętej dzielnicy żydowskiej skierowano na cmentarz katolicki (Rossa). Tam komendant getta, Keitel kierował selekcją: dzieci i starsze kobiety na lewo, a młode - na prawo. Lusia i przyjaciółki znalazły się po prawej stronie. Całą jej grupę zapędzono do wagonów. Koszmarna podróż trwała przez cztery doby. Na wpół żywe dotarły do obozu  koncentracyjnego Kaiserwald w okolicach Rygi.

Grupa dziewcząt trzymała się wciąż razem. Po około dwóch tygodniach pobytu w Kaiserwald skierowano je do obozu pracy dla kobiet przy zakładach Dinawerke, gdzie spędziły około dziewięciu miesięcy.

Kiedy w lecie 1944 roku zbliżał się front, Niemcy przystąpili do likwidacji obozu. Lusia wraz z przyjaciółkami i grupą innych więźniów została przetransportowana do miejsca na terenie Litwy, gdzie budowano lotnisko.

Po miesiącu przewieziono je transportem kolejowym do getta w Szawlach, które właśnie likwidowano (przyp. red. getto w Szawlach zlikwidowano w lipcu 1943 r.). Dziesięć dziewcząt, które trzymały się razem od czasów wileńskich przewieziono wraz z pozostałymi przy życiu mieszkańcami getta w Szawlach promem do KL Stutthof. Było to 14 lipca 1944 roku. Lusia dostała tam  numer, który z czasem znikł. Polski lekarz w obozie opowiadał o zamachu na Hitlera, pocieszał Lusię i jej znajome, że wojna się kończy. Trzy spośród zaprzyjaźnionych dziewcząt nie przeżyły selekcji.

Po trzech tygodniach przewieziono je do Krzemieniowa (Krzemieńca, Krumau) w okolicy Grudziądza. Miały tam kopać rowy przeciwczołgowe. Spały pod namiotami i dostawały bardzo małe racje żywnościowe. Strażnikami byli oficerowie SS. Znalazły się tu wśród setek byłych mieszkańców obozów i gett, wygłodzonych i ledwo żywych. W tych strasznych warunkach grupa siedmiu dziewcząt wspierała się wzajemnie.

Marsz śmierci

Od 18 stycznia do marca 1945 pod strażą esesmanów przeszły pieszo około czterystu kilometrów. Był to marsz śmierci. Do docelowego miejsca – Lauenburg - dotarło zaledwie sto osób. Z grupy przyjaciółek pozostało przy życiu już tylko sześć.

Lusia opowiadała, że mogła iść, bo miała jeszcze buty. Wprawdzie drut, którym przytrzymywała rozpadające się buty poranił jej nogę, która krwawiła przy każdym kroku, ale dzięki tym butom przeżyła marsz. Chroniła ją przyjaciółka Stefi, która też była u kresu sił. Wiele razy Lusia podkreślała, że uniknęła śmierci nie tylko dzięki przypadkowi, a także dzięki pomocy wspierających się wzajemnie przyjaciółek.

Historia ocalenia

W czasie postoju we wsi położonej niedaleko Gdańska do konwoju podszedł mężczyzna i na oczach wszystkich wyciągnął Lusię za ręce z szeregu. Doprowadził ją do chaty i położył na strychu. Słyszała krzyki strażników, którzy szukali brakujących dziewcząt. Słyszała, że znaleźli w pobliskiej stodole cztery dziewczyny i zastrzelili je. Chciała zejść, żeby nie narażać gospodarza, ale nie miała na nic siły. Tymczasem grupa odeszła, krzyki ucichły, a gospodarz napoił ją i zniósł na dół do chaty. Zasnęła, a gdy obudziła się, gospodarz powiedział jej, że nie może u niego zostać, bo to zbyt niebezpieczne. Pokazał jej kierunek, w jakim powinna była iść, dając jej na drogę chleb i błogosławieństwo. Co spowodowało, że właśnie ją wyciągnął z szeregu- nie wiadomo. Nigdy też nie udało jej się odnaleźć tego człowieka.

Gdy Lusia stanęła w drzwiach jakiejś chaty, jej wygląd wzbudził przerażenie znajdującej się tam matki z dziećmi, ale kobieta wskazała jej dom swojej krewnej, która bez słowa zaprosiła ją do środka. Lusia pamięta, że usiadła wtedy na ławce, nad którą wisiały obrazy świętych. Była to wieś Pomieczyno koło Kartuz. Osoba, która ją przyjęła, poiła ogrzanym mlekiem i otoczyła opieką nazywała się Monika Szwertfeger. Lusia wiedziała, że Polacy też żyli w ustawicznym strachu przed Niemcami, od których zaznali wielu cierpień, więc zachowanie Moniki ją zaskoczyło. Mimo sprzeciwu męża Leona, Monika opiekowała się Lusią przez kolejne dni z matczyna serdecznością. „Już pierwszego dnia nie pozwoliła mi wyjść za potrzebą, ale przyniosła mi kubeł” - opowiada Lusia. „Kiedy powiedziałam, że nie mogę użyć kubła pod świętymi obrazami, Monika odpowiedziała: "Teraz ty będziesz święta. „W niedzielę zaproponowała, żebym poszła z nią i jej mężem do kościoła. Wtedy powiedziałam, że jestem Żydówką”. Monika odpowiedziała: „Nie pytałam cię, z jakiego brzucha wyszłaś”. Przez kolejne tygodnie opiekowała się Lusią i leczyła jej rany. Z braku leków, wysysała ustami ropę z czyraków pokrywających jej ciało. Kiedy we wsi grasowali Ukraińcy poszukujący uciekinierów, Lusia obawiała się, że naraża gospodarzy i chciała wyjść, ale Monika zatrzymała ją i wciąż gorąco się modliła. Jakimś cudem Ukraińcy ominęli ich dom.

Była wiosna, słychać było wybuchy i widać było łuny pożarów nad Gdańskiem. To Rosjanie bombardowali miasto. Nazajutrz zobaczyła sowieckie czołgi, które wyzwoliły ten teren. Mimo że była jeszcze bardzo słaba, wybiegła im naprzeciw wołając: „Jestem żydowską dziewczyną, która przeżyła obozy zagłady. Tu mnie uratowano!”. Rosyjska żołnierka, która jechała na czołgu zeskoczyła z niego, wzięła Lusię w ramiona i biegła z nią wołając z radością, że znalazła żywą żydowską dziewczynę. „Były to chwile wzruszenia i radości, które trudno opisać" – opowiada ocalona.

Lusia pozostała u Moniki Szwertfeger do końca sierpnia 1945 roku. Zawdzięcza jej ocalenie i powrót do zdrowia.

Pożegnała ją, udając się do centralnej Polski w poszukiwaniu przyjaciół. Odnalazła grupę młodzieży przygotowującą się do wyjazdu do Palestyny, do której dotarła 18 stycznia 1946 roku - w rocznicę rozpoczęcia marszu śmierci. Organizatorem grupy wyjeżdżającej do Palestyny był jeden z członków organizacji „Akiba”, który mieszkał na początku wojny u Pinczuków w Wilnie.

Lusi nie udało się nawiązać kontaktu z Moniką Szwertfeger ani przed wyjazdem do Palestyny, ani po przybyciu na miejsce.

W 1991 roku otrzymała wiadomość, że Monika zmarła w 1985 roku.

Opracowała Janina Goldhar na podstawie wywiadu przeprowadzonego z Lusią Schimmel w Izraelu w marcu 2011 roku.