Gonitwa za życiem - Ocalony Ben Zion Sela (Solarz)

Ben Zion Sela opowiada historię rodziny na podstawie wspomnień swojej matki Miriam Solarz (Miedziński). Poniższy tekst jest skrótem publikacji Seli z 2013 r. uwzgledniającym przede wszystkim losy rodziny w okresie wojny, opracowanym przez Janinę Goldhar.

 

Rodzina

Pochodzę z żydowskiej rodziny. Mój dziadek (ojciec matki) Mosze Miedziński urodził się w 1871 r. we wsi Miedzna na Mazowszu. W 1899 r. poślubił Dobę Sorokowską, urodzoną w 1881 r. w sąsiedniej wsi. Jedna z trzech sióstr dziadka, Haja Fejga (z męża Solarz) była matką mego ojca – moi rodzice byli kuzynami.

Dziadkowie osiedlili się we wsi Czekanów k. Sokołowa Podlaskiego i otworzyli tam sklep spożywczy. Po paru latach przenieśli się do sąsiedniej wsi Łuzki. Tam również prowadzili sklep. Byli jedyną rodziną żydowską w okolicy, przy tym bardzo religijną. Mimo zdarzających się antysemickich ekscesów (w tym nawet groźby podpalenia lokalu sklepowego), sklep dobrze prosperował, a dziadek zyskał sympatię sąsiadów, co miało duże znaczenie później, w okresie II wojny światowej. W  latach 30. dziadek kupił dom w Sokołowie Podlaskim, a niedługo przed wybuchem wojny wynajął w Warszawie lokal, w którym otworzył magiel parowy.

Moja mama, Miriam (Matla) Miedzińska urodziła się w 1918 r. Miała dwóch starszych braci, Szmuela (Szmilke) i Herszla, dwóch młodszych i siostrę Rywkę (ur. w 1927 r.). Z inicjatywy babci Doby mama ukończyła polską szkołę powszechną w Czekanowie, nauczyła się pisania i czytania po żydowsku oraz krawiectwa. Wyszła za mąż za Mosze Solarza (urodzonego we wsi Mokobody w 1910 r.), który również był krawcem. Małżeństwo zamieszkało w Warszawie i zajęło się obsługą magla kupionego przez dziadka. Żyli także z krawiectwa. Ja urodziłem się w lipcu 1939 r.

Wojna

W dwa tygodnie po moim urodzeniu mama uznała, że na wsi będzie nam lepiej i zabrała mnie do rodziny w Łuzkach. Gdy po kilku tygodniach postanowiła wrócić do Warszawy, dowiedziała się, że wybuchła wojna. Zostaliśmy na wsi. Niebawem dołączył do nas ojciec.

Przez pierwsze dwa lata wojny mieszkaliśmy w Łuzkach. Życie toczyło się dość spokojnie. Rodzinny sklep został zamknięty, utrzymywaliśmy się z krawiectwa. Mieliśmy krowę i niewielkie gospodarstwo.

Co jakiś czas docierały do nas wiadomości o sytuacji w większych miejscowościach – wiedzieliśmy, że Żydzi zaczynają być wysiedlani do gett, że jedno powstało w pobliskim Sokołowie. Przewidując nasz los, rodzina zaczęła przygotowania do wysiedlenia. Część dobytku umieściliśmy u sąsiadów – jedną z dwóch maszyn do szycia wziął na przechowanie sąsiad Staszek Zawadzki.

W dniu wysiedlenia (było to wiosną 1942 r.) przed naszym domem zatrzymały się dwa niemieckie furmanki. Żołnierz rozkazał, byśmy w ciągu 15 minut opuścili dom. Zabrano nam krowę.

Wujkowie załadowywali na wozy worki z jedzeniem. Mama zdołała zebrać jeszcze trochę dobytku – pościel, naczynia, ubrania i wielki garnek ugotowanej kaszy. Sąsiedzi zgromadzeni wokół naszego domu obserwowali tę sytuację. Według mamy, niektórzy patrzyli na nas ze współczuciem, inni z zadowoleniem. Nikt jednak nie zbliżał się zanadto, gdyż na naszym domu wisiało ostrzeżenie „Tyfus!”. (Szmilke przebywał akurat w szpitalu w Zambrowie chory na tyfus. Niebawem dołączył do nas).

Dojechaliśmy do getta w Sterdyni, ok. 20 km od Łuzek (ok. 30 km od Treblinki). Było to getto otwarte. Zarządzał nim prezes Judenratu, miał do dyspozycji dziesięciu żydowskich policjantów. Przybywających Żydów gromadzono w synagodze.

Dzięki zaradności rodziny, jakoś udało się nam urządzić w getcie. Przez pół roku mieliśmy dach nad głową. Zdołaliśmy zabrać z domu maszynę do szycia, więc ojciec i Herszel mogli nieco zarobić. Wujowie co jakiś czas przedzierali się do naszej wsi i przynosili nieco żywności (mąkę, kartofle) – czerpali z zapasów domowych lub tych pozostawionych u sąsiadów. Mama z Rywką i najmłodszym bratem przekradali się do okolicznego lasu i zbierali chrust na opal. Zdarzało się, że wiejskie dzieci rzucały w nich kamieniami. Podczas jednej z takich wypraw brat został ranny.

Niebawem trzech braci mamy zostało wysłanych do obozu pracy w Lanka, Szmilke jako pierwszy. Pracował przy budowie obozu w Treblince. Po miesiącu wrócił jako „cień człowieka”. Dawida i Herszla także tam skierowano, ale Herszlowi udało się zbiec. Dotarł do naszego dawnego domu i ukrył się na strychu. Policja żydowska wszczęła poszukiwania. Nasz dziadek został zaaresztowany jako zakładnik i także skierowany do obozu w Lanka.

W okresie przedświątecznym (Nowy Rok i Jom Kipur) doszła nas wiadomość o likwidacji getta w Siedlcach i wywózkach Żydów do obozów zagłady (wiadomo, że było to 22 sierpnia 1942 r. – przyp. tłum.). Rodzina postanowiła szukać schronienia.

Mama wynajęła wóz, wzięła mnie i razem pojechaliśmy do Łuzek. Poprosiliśmy o pomoc znajomą. Ta jednak, w strachu o własne życie, odmówiła. Wróciliśmy więc do getta, do reszty rodziny.

W obawie przed akcją likwidacyjną, ukryliśmy się w polu kartofli. Po ośmiu dniach wróciliśmy do mieszkania w getcie i tam zbudowaliśmy kryjówkę. W święto Jom Kipur Niemcy otoczyli getta w Węgrowie i Sokołowie Podlaskim. Było oczywiste, że teraz przyjdzie kolej na Sterdyń.

Udało nam się zdobyć dwa zaświadczenia o zatrudnieniu w pobliskim gospodarstwie – pewna znajoma ojca odstąpiła je za opłatą. Ja, mama, Cyrla i Rywka wyruszyliśmy na wieś. Mama nie miała sił ciągle mnie nieść, więc poprosiła o podwiezienie spotkanego furmana. Ten powiedział jej: „Po co ci kobieto ta mordęga, przecież i tak niedługo Niemcy zabiją dziecko i Ciebie, wracaj do getta”. Ja i mama zawróciliśmy, Rywka i Cyrla poszły dalej.

Wtedy Herszel, który od czasu ucieczki ukrywał się na strychu, wrócił i przejął inicjatywę. We trójkę rowerem dojechaliśmy do Jabłonnej. Herszel poszedł szukać schronienia, a my ukryliśmy się w krzakach. Na szczęście spotkaliśmy znajomą z Łuzek,  która przyniosła nam trochę jedzenia. Dołączyły do nas Rywka i Cyrla.

Dzięki pomocy napotkanego chłopa dotarliśmy do gospodarstwa, w którym grupa ludzi pracowała przy młockarni. Mama przystąpiła do pracy, mnie posadziła na stercie słomy. Tego dnia doszły nas wieści o likwidacji getta w Sterdyni.

Nazajutrz Herszel zabrał nas do w majątku znajomego rodziny Adama Tyborowskiego w Łuzkach, gdzie udało mu się załatwić nam pracę. Majątkiem zarządzał folksdojcz, ale gospodyni przekonała go, że potrzebują dodatkowych ludzi. Umieszczono nas w domku służby. Następnego dnia dołączyli do nas ojciec i Szmilke, którzy uciekli ze Sterdyni. Oni także podjęli pracę.

W majątku były jeszcze inne żydowskie rodziny – łącznie zatrudniono około dwudziestu osób.  Wszyscy żyliśmy w bardzo ciężkich warunkach.

Pewnego dnia pracowniczka kuchni powiedziała mamie, że Alfreda Pietraszkowa, dziedziczka z Czekanowa, dopytywała ją w kościele o los naszej rodziny. Na wieść o tym mama w przebraniu chłopki poszła do Pietraszkowej. Liczyła na jej wsparcie, gdyż przed wojną nasze rodziny dobrze się znały. Widząc mamę, Pietraszkowa sama zaproponowała, że ukryje nas u siebie. Przenieśliśmy się do niej po ok. siedmiu tygodniach, gdy tylko usłyszeliśmy o planowanym przesiedleniu Żydów zatrudnionych w Łuzkach do getta w Sokołowie Podlaskim.

Nocą przenieśliśmy do majątku zapasy żywności. Mama, Rywka i ja zostaliśmy ulokowani w jednym pokoju, a ojciec, Szmilke, Herszel i najmłodszy brat ukryli się na strychu obory w zaaranżowanej kryjówce. Niebawem dołączyli do nas dziadek i Dawid, którym udało się zbiec z obozu w Lanka. Nie wiadomo jak dotarła do nich wiadomość, że ukrywamy się u Pietraszków. Wszyscy razem ukryli się na strychu. Żeby nie zdradzić naszej obecności, sama Pietraszkowa przychodziła do kryjówki wynosić kubeł z nieczystościami.

U Pietraszków ukrywali się też inni Żydzi. W majątku mieszkała rodzina Kopyto z Sokołowa Podlaskiego: Perla i Josef z 3-letnim synem Szaulem oraz niemowlęciem. Parę dni po naszym przybyciu Pietraszkowa przyprowadziła jeszcze dwie dziewczynki i przekazała je pod opiekę mojej mamy. Matka dziewczynek Chawa Lander i jej siostra Gienia Przepiórkowa ukryły się u dziedziczki z Łuzek, lecz ta nie zgodziła się na obecność dzieci. Po pewnym czasie Pietraszkowa przyjęła do siebie także obie kobiety.

Pewnego dnia, po około trzech tygodniach, nadjechał patrol – Niemcy i granatowi policjanci. Jeden z policjantów znalazł mnie, mamę i rodzinę Kopyto. Przekupiliśmy go, więc nie doniósł na nas Niemcom. Mama przypuszczała, że nie chciał narażać Pietraszków. 

Było jasne, że po tym incydencie ja i mama musimy opuścić majątek. Pani Pietraszkowa zapewniła nas jednak, że za jakiś czas możemy do niej wrócić. Nocą udaliśmy się do domu znajomej w Czekanowie, która wcześniej proponowała pomoc. Kiedy nas jednak zobaczyła, zgodziła się ukryć nas tylko na jedną noc. Bardzo się bała. Nie mieliśmy innego wyjścia, trzeba było wrócić do Pietraszków. Dołączyliśmy do reszty, do kryjówki.

O naszej obecności w majątku wiedziała tylko dziedziczka i kilku pracowników gospodarstwa, m.in. ukrywający się zbiegły żołnierz rosyjski i służąca Olesia, która bardzo nam pomagała. Pomocy udzielali nam też zaprzyjaźnieni sąsiedzi, Boleslaw, Janek i Milcia Miszczurkowie, u których przed wysiedleniem zostawiliśmy zapasy. Kilkakrotnie przynosili nam worki z chlebem. Nocami wujowie i ojciec wykradali się, by zdobyć więcej jedzenia.

Stale trzeba było zachowywać wyjątkową ostrożność. Powtarzały się rewizje, i niemieckie, i polskie. W czasie jednej z takich kontroli, gdy wszyscy w ciszy siedzieliśmy na strychu w oborze, niemowlę Kopytów zapłakało. Matka musiała je uciszyć. Zakryła dziecku usta poduszką. Niestety na tyle mocno, że dziecko udusiło się.

Niebezpieczne były też oddziały partyzanckie, które działały w okolicy. Słyszeliśmy, że niektórzy partyzanci mordują napotkanych Żydów.

Ukrywaliśmy się w ten sposób przez prawie dwa lata – na strychu obory wysokiej na 8 metrów lub na strychu w chlewie. 

U bohaterskiej rodziny Pietraszków uratowało się w sumie 17 osób: Landrowa i jej siostra Przepiórkowa z dziewczynkami, małżeństwo Kopyto z synkiem, nasza rodzina Miedzińskich: dziadek Mosze i jego pięcioro dzieci (Herszel, Szmilke, Dawid, najmłodszy brat i Rywka) oraz nas troje – moi rodzice, Mosze i Miriam Solarz, i ja.

Po wojnie okazało się, że w Czekanowie uratowało się jeszcze sześć osób – małżeństwo Rafałowiczów i czteroosobowa rodzina Grynbergów. Przechował ich kierownik szkoły, Józef Fink i jego żona Lucyna (odznaczeni medalem Yad Vashem na podstawie zeznań Sary Gliksman (Grynberg) – przyp. tłum.):

Po wojnie mama dowiedziała się, że Pietraszkowie byli członkami AK. Gdy wojna skończyła się, a my opuściliśmy kryjówkę, ktoś wrzucił do domu Pietraszków granat. Możliwe, że była to kara za przechowywanie Żydów. Pietraszek został ranny, na szczęście niezbyt ciężko.

Losy powojenne

Front wschodni przeszedł w końcu lipca 1944 roku. Mogliśmy opuścić kryjówkę. Na prośbę Pietraszków wujowie zostali w majątku do pomocy w pracach w polu, rodzice i ja wróciliśmy do Łuzek. Nie mogliśmy jednak zająć naszego domu. Przyjął nas sąsiad, Janek Zawadzki. Następnie znaleźliśmy pomieszczenie na osiedlu „Kolonia” w Łuzkach. Na szczęście ojciec bez problemu odzyskał swoją maszynę do szycia, którą zostawił u sąsiada przed wysiedleniem, i mógł pracować.

Mieszkaliśmy w Łuzkach przez pół roku. Pewnego dnia grupa partyzantów otoczyła nasz dom. Groziło nam śmiertelne niebezpieczeństwo. Uratowała nas Milcia Miszczurek, która wybłagała bandytów, żeby zostawili nas w spokoju.

Przenieśliśmy się do Sokołowa Podlaskiego. Członkowie rodziny próbowali różnych źródeł utrzymania, ale było ciężko, a przy tym niebezpiecznie. Przenieśliśmy się z rodzicami do Węgrowa, ale  tu także groziło nam niebezpieczeństwo – cudem uszliśmy cało ze zbrojnego napadu skierowanego na dom, w którym mieszkało 11 Żydów. Tymczasem w Mokobodach, rodzinnej wsi ojca, także miały miejsce tragiczne wydarzenia. Banda zamordowała wszystkich ośmiu Żydów, którzy przeżyli wojnę, miedzy innymi kuzynkę ojca. Przenieśliśmy się do Łodzi, gdzie gromadziło się wielu ocalonych Żydów. Dołączyli do nas wujowie i dziadek.

Rywka wyszła za maż, Herszel ożenił się, ja zacząłem chodzić do przedszkola z językiem hebrajskim.

Pod koniec 1945 r. przedstawiciele Jointu zaczęli organizować nielegalną emigrację do Palestyny. Rodzice postanowili wyjechać. Pojechał z nami Herszel i jego żona, Rywka z mężem oraz najmłodszy brat. Byliśmy częścią dużej grupy. Przez Szczecin dotarliśmy do Berlina Wschodniego, gdzie Rosjanie zatrzymali nas na miesiąc. Później na 3 lata trafiliśmy do obozu dla żydowskich uchodźców ze wschodniej Europy w Bamberg. Tam w 1946 r. urodziła się moja siostra, tam chodziłem do hebrajskiej szkoły. Czekaliśmy na możliwość przejazdu do Palestyny. Marzenie spełniło się w 1949 r. – przez Marsylię przybyliśmy do Izraela. Wszyscy członkowie naszej rodziny uratowani przez Pietraszków dotarli do Izraela, założyli rodziny i doczekali się wnuków.

Podczas służby wojskowej zmieniłem nazwisko Solarz na Sela. Skończyłem studia orientalistyki na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Przez 42 lata nauczałem języka arabskiego w szkole średniej w Kiriat Ata. W 1997 r. przeszedłem na emeryturę. Mieszkam z żoną Miriam w Naharyi. Mamy dwoje dzieci i czworo wnuków.

                                                       ***

Historia mojej rodziny świadczy, że spotkało nas wielkie szczęście, a także o niezwykłej zaradności i przedsiębiorczości wszystkich członków rodziny. Pragnę podkreślić istotną rolę mojej matki, która zmarła w październiku 2013 r., mając 94 lata. Wszystkich dziewięciu uratowanych dało początek klanu, który dziś liczy 150 osób.

Państwo Alfreda i Boleslaw Pietraszkowie, którzy przez ponad półtora roku przechowywali nas w swoim majątku zasługują na najwyższe uznanie. Udało im się ocalić 17 osób. Nieznane są mi losy wszystkich uratowanych. Wiem, że Szaul Kopyto jest profesorem i mieszka w USA.

Moja rodzina nie występowała o odznaczenie Pietraszków tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, ponieważ Pietraszkowie nie życzyli sobie tego. Najprawdopodobniej ze strachu przed reakcją sąsiadów. Obawa ta była w mojej ocenie uzasadniona: w ciągu powojennych lat 26 razy próbowano włamać się do ich domu. Z relacji Pietraszków wynika, że złodzieje byli pewni, że małżeństwo „siedzi na złocie” zarobionym na Żydach. Pietraszkowie zmarli bezdzietnie w 1965 r.

W latach 90. podjąłem starania o uhonorowanie Pietraszków tytułem Sprawiedliwych. Do odznaczenia doszło w 2007 r. Medale i dyplomy odebrały ich siostrzenice – Jolanta Okolusz-Kozaryn i Zofia Panfil. W 2008 r. z inicjatywy księdza Henryka Strączka, który zajmuje się historią Czekanowa, we wsi postawiono pomnik pamięci Alfredy i Bolesława Pietraszków.

 

Na pomniku widnieje napis:

cytat Chaima Chefera:

„Czy ja bym na ich miejscu tak uczynić mogli?”

Alfreda i Boleslaw Pietraszkowie

Odznaczeni medalem

Sprawiedliwy wśród Narodów Świata

Dnia 27 września 2007 roku

za uratowanie 17 Żydów w latach

Okupacji Hitlerowskiej

W hołdzie

Mieszkańcy Czekanowa