Dwie przyjaciółki. Sima i Pola

Sima Gleichgevicht-Wasser i Apolonia Gorzkowska-Nikodemska znały się jeszcze przed wojną. Sima mieszkała w Henrykowie, Pola w sąsiedniej Dąbrówce. Wujek Simy, Simcha Inwentarz, właściciel sklepu żelaznego, był przyjacielem wujka Poli. Sima wychowała się w tradycyjnej żydowskiej rodzinie. Jej ojciec – Joshua  Gleichgevicht – był kierownikiem w fabryce izolacji. Rodzina miała też magiel elektryczny. Nie byli ludźmi bogatymi, ale dobrze im się powodziło.

Po utworzeniu getta w Legionowie 15 listopada 1940 roku, Sima i jej rodzina została tam przesiedlona. Nim opuścili swój dom, zostali zmuszeni do oddania wszystkich kosztowności, które Niemcy gromadzili w lokalnej synagodze. Pozwolono im zabrać ze sobą tylko to, co mogli udźwignąć.

Mieszkańcy getta musieli pracować przymusowo. Wśród robotników był ojciec Simy. Wkrótce zachorował i został przeniesiony do innego getta. Rodzina już nigdy go nie zobaczyła.

Choć teren getta nie był ogrodzony, opuszczanie go było zabronione pod karą śmierci. Sima wykradała się jednak, by szmuglować jedzenie do getta warszawskiego, gdzie przebywali jej dziadkowie, wujkowie i ciotki. Żyli w zatłoczonym mieszkaniu i głodowali. Sima wymykała się z getta, w Warszawie wskakiwała w biegu do tramwaju, który przejeżdżał przez getto, a w drodze powrotnej wyskakiwała po „aryjskiej stronie” na Placu Krasińskich. Miała na sobie specjalną kamizelkę z dużymi kieszeniami, którą uszyła jej matka.

Kupowała mięso, mąkę i ziemniaki, wszystko co tylko mogła unieść. Była chudą nastolatką, ale na plecach dźwigała ciężkie worki pełne żywności. Niemcy wiele razy łapali ją i konfiskowali jedzenie. Pewnego razu żandarm zatrzymał ją i kazał przyznać się, że jest Żydówką. Zaczął ją bić, zdarł z niej ubranie i poszczuł psem, który powyrywał jej kawałki ciała. Sima się broniła: „Zabij mnie, ale nie jestem Żydówką!”. Drugi Niemiec zlitował się nad nią i puścił wolno.

Likwidacja getta w Legionowie rozpoczęła się wczesnym rankiem 4 października 1942 roku, w dniu święta Simchat Tora. Sima była w tym czasie zajęta szmuglem. Gdy dowiedziała się co się dzieje, zrozumiała, że już nigdy nie zobaczy swoich bliskich. Nie było jednak czasu na łzy, całą energię trzeba było skupić na tym, by przetrwać poza gettem.

Sima była głodna, chorowała na świerzb. Najpierw schronienie znalazła u kilku – obcych i znajomych – rodzin. Sypiała też w stogach siana. Czasami chodziła do rodziców Poli – Stanisława i Marii Gorzkowskich w Dąbrówce. Było to w miarę bezpieczne schronienie, gdyż dom osłonięty był sadem. Po latach mówiła: „Takich ludzi, jak rodzina Poli, było bardzo mało. To byli zacni ludzie. Oni ryzykowali swoje życie i narażali swoją rodzinę. Mieli przecież dzieci”.

Sima miała tzw. dobry wygląd i mogła uchodzić za Polkę. Była blondynką o jasnej cerze. W zdobyciu metryki pomogła jej Pola. Była zaangażowana w konspirację i zajmowała się dostarczaniem Żydom katolickich świadectw urodzenia. Sima dostała metrykę na nazwisko Krystyna Budna. W załatwieniu jej kenkarty pomógł znajomy Poli, Michał Stonkiewicz.

Pola tak opisywała swą konspiracyjną działalność: „Ja te paczki dostarczałam, ale nie wiedziałam, co w nich jest. Dostawałam paczkę, szybko wsiadałam do tramwaju, a motorniczy, także umówiony, w pewnym momencie znacząco zwalniał. Ja wiedziałam, że tu właśnie mam wyskoczyć. Wtedy ktoś szybko brał ode mnie paczkę i za chwilę nie było po nim śladu. Nawet bita nie mogłabym określić twarzy tego człowieka, bo to wszystko trwało tylko chwilę”. O swoich motywacjach zaś wspominała: „W każdym narodzie są różni ludzie, więc jedni są zbrodniarzami, a drudzy są bardzo dobrzy. W naturze mojej i mojej rodziny nie było nienawiści rasowej, czy w ogóle do drugiego człowieka. Najnormalniejszą rzeczą  było dawanie pomocy każdemu,  kto tej pomocy potrzebuje. Nasza religia nakazuje: Kochaj bliźniego, jak siebie samego”. 

Z nowymi papierami Sima przeprowadziła się do wujka i ciotki Poli – Jana i Franciszki Wójcickich – którzy również mieszkali w Dąbrówce. Jan był bogatym gospodarzem, posiadał dużo ziemi, zatrudniał pracowników. Sima pracowała tam jako pomoc domowa – gotowała, sprzątała i doiła krowy. Pamięta ciepłą i przyjazną atmosferę domu.

Pola mieszkała w pobliżu i bardzo często odwiedzała wujostwo. W czasie okupacji między dziewczętami zrodziła się serdeczna przyjaźń. Nie miały przed sobą żadnych tajemnic. Rozmawiały otwarcie i szczerze o swoim życiu, marzeniach i planach.

Po pewnym czasie ktoś doniósł Niemcom, że u Wójcickich pracuje Żydówka. Pola wspomina: „Wujek zobaczył przez okno, że idą Niemcy. Krzyknął: »Kryśka, uciekaj!«. Ale było za późno. Sima złapała gracę lub motykę do kopania, schyliła się udając, że idzie na pole kopać kartofle. Była wyjątkowo opanowana. Gdyby nie ten refleks, gdyby się zaczerwieniła, oczy zrobiła… ”. Sima  zaś relacjonuje: „Nie rozpoznali mnie. Zapytali, czy wiem coś o Żydówce, która się tu ukrywa. Zapytali też, jak się nazywam. Odpowiedziałam, że Krystyna Budna. Zapytali, czy to jest moje prawdziwe nazwisko. Odpowiedziałam: »dlaczego miałoby być nieprawdziwe?«. Wójcicki zaprosił Niemców i granatową policję do pokoju stołowego. Mówił, że jest zamożnym człowiekiem, że wie, co znaczy trzymać Żydówkę i nie zamierza ryzykować życia”.

Gdy Niemcy odjechali, Sima wybuchła – zaczęła trząść się jak w febrze. Nie mogła opanować nerwów, choć przed Niemcami zachowała zimną krew. Wszyscy zrozumieli, że Sima musi opuścić gospodarstwo Wójcickich.  

Pola pomogła Simie znaleźć pracę u swojej koleżanki ze szkoły, Jadzi Rogozińskiej. Przedstawiła ją jako swoją daleką krewną. Jadzia mieszkała z mężem, ich małym synem, siostrą i bratem blisko Placu Szembeka, gdzie prowadziła sklep. Sima pracowała u nich jako pomoc domowa. Gotowała, sprzątała, prała i zajmowała się małym chłopcem. Kiedy Sima miała wolne, Pola i jej przyszły mąż Paweł, często ją odwiedzali i razem spędzali czas. Zastępowali jej najbliższą rodzinę.

W kwietniu 1944 roku Pola wyszła za mąż za Pawła. „Ślub brałam w Warszawie, w katedrze na Starym Mieście. I jaką niespodziankę Sima mi zrobiła! Patrzę, wśród gości składających mi życzenia, ona – w kapeluszu, zakryta woalką. Przecież się narażała, bo wśród gości, którzy składali życzenia, niektórzy ją znali. To była wielka radość, ale i lęk, by szczęśliwie wróciła, żeby jej się nic nie stało”, wspomina Pola.

Życie po „aryjskiej” stronie było dla Simy niezwykle ciężkie: „To było wyzwanie, aby przeżyć każdy dzień. Jak szłam ulicą i ktoś się na mnie spojrzał, to serce skakało mi do gardła. Gdy Niemiec na mnie spojrzał, to myślałam od razu, że on wie, że jestem Żydówką. Bardzo ciężko wytłumaczyć, jakie to było trudne. To było okropne. Nie znałam nikogo, kto żył poza gettem”.

Gdy Rogodzińscy na jakiś czas wyjechali z Warszawy, Sima zamieszkała u państwa Godlewskich. Zajmowała się domem. Godlewscy nie wiedzieli jednak, że dziewczyna jest Żydówką. Pewnego razu, gdy przygotowywała kluski na przyjęcie weselne i robiła to według przepisu swojej mamy, ktoś zwrócił uwagę: „Tak Żydzi kroją kluski”. Sima, znów zachowując zimną krew, odpowiedziała: „Ja całe życie służyłam u Żydów”.

Sima mieszkała i pracowała u Godlewskich do wybuchu powstania warszawskiego. Przetrwała je i wraz z resztą ludności Warszawy trafiła do obozu przejściowego w Pruszkowie. Chorowała na dezynterię, więc nie wysłano jej na roboty przymusowe do Niemiec. W Grudzkowoli odnalazła rodziców pana Godlewskiego, którzy przyjęli ją bardzo serdecznie.

Tuż przed Bożym Narodzeniem 1944 roku Sima przypadkiem nadepnęła na gwóźdź i dostała zakażenia krwi. Odwieziono ją do szpitala w Grójcu, była w bardzo ciężkim stanie. „Tam były zakonnice, które zawołały księdza, by dał sakrament namaszczenia chorych i przyjął spowiedź. Nie wiem jak się spowiadałam, bo miałam straszną gorączkę. Przez noc kryzys przeszedł. Zrobiło mi się lepiej. Następnego dnia przyjęłam komunię. Czułam wyrzuty sumienia, że nie przyznałam się księdzu, że jestem Żydówką.  Nie miałam jednak do nikogo zaufania. Prosiłam tylko Boga, żeby mi wybaczył”.  Sima pozostała w szpitalu w Grójcu do wkroczenia wojsk radzieckich 15 stycznia 1945 roku.

Sima znalazła Polę dwa lata po wojnie. Szukała jej specjalnie po to, by podziękować za pomoc i się odwdzięczyć. Wkrótce wyjechała z Polski do Izraela, później do USA. W latach 50. Pola dostawała od niej pomarańcze – wówczas w Polsce rarytas. W 1987 roku Sima zaprosiła Polę do swojej rodziny w Queens w Nowym Jorku. Chciała, aby jej dzieci i wnuki poznały kobietę, która uratowała jej życie. W 1988 roku Apolonia Gorzkowska-Nikodemska na wniosek Simy została uhonorowana tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata.