Urodziłam się 20 marca 1947 roku, nazywam się Jadwiga Zawiślak, z domu Zając. Rodzice to Józef i Bronisława Zając, mieszkali w Witoldowie, poczta Wojsławice, powiat Chełm. W 1995 roku przenieśli się do Chełma.
Tato był z 1909 roku, mama z 1919. Byli przyrodnim, dalekim rodzeństwem. Mama Zając, tato Zając. Tato wcześnie został sierotą. Jego rodzice i siostry umarli na cholerę. Sam został. Mamy dziadek się nim zaopiekował. Później urodziła się mama. Kiedy dorosła, ojciec chciał się odwdzięczyć - kazał dziadkowi mamę do szkoły wysłać. Ślub wzięli kościelny.
Pprzed wojną
Przed wojną mama zajmowała się gospodarstwem, tata był przedwojennym wojskowym. W okresie okupacji, jak wrócił z niewoli, zajął się partyzantką. Tutaj była Armia Krajowa, a na terenie Wojsławic działały Bataliony Chłopskie.
W wiosce, w której mieszkali rodzice, Żydzi przed wojną nie mieszkali. W Wojsławicach było całe skupisko Żydów.
Żydówka
Luba pochodziła z Wojsławic. Ale moi rodzice nie znali tych Żydów. Nikogo. Jej ojciec miał sklep żelazny. Ale mój tato go nie znał.
Luba miała 13 lat. Przyszła w 1942 roku. Została do 1944.
Luba opowiadała, że jak wojna wybuchła, zrobiło się ciaśniej dla nich, to jej rodzina, dwóch braci jeszcze miała, u jednego gospodarza w wąwozach się zabezpieczyła. Później, jak się zrobiło coraz bardziej ciasno, podobno ten facet ich wydał. Poginęli.
Opowiadała, jak się ostatnio ze swoim ojcem widziała. 42 lata miał, jeszcze był młody. Jak się z nią żegnał i kazał do wąwozu iść. Dziewczynka może łatwiej się ukryć. Mówił jej, żeby szła. Już wtedy dwóch synów i żona nie żyli. Mówił: „Ty idź, dasz sobie radę, a ja to już wiadomo, że na śmierć.” Tam co raz jakaś obława była.
Pałętała po wsiach, po lasach. Różnie było. W końcu trafiła do takiego jednego na sąsiedniej wiosce. Akurat tato szedł w pole, bo tam mieliśmy 3 parę nocy. Ale on boi się ją dalej trzymać, a nie wie, co z nią robić.
Tato mówi: „To przyślij ją do mnie.” Przyszedł i powiedział mamie, że tam taka dziewczynka jest, 13 lat. „Przyjdzie do nas.” Mama mówi: „To niech przyjdzie, będzie krowy paść. Będzie pomagać.” Jak to na wsi. Było dwuletnie dziecko, przyda się ktoś taki. Ojciec na drugi dzień wyszedł w pole i ta dziewczynka wyszła. Rozmawiali. Ojciec pokazał, gdzie mieszkamy. „Jak chcesz, to przyjdź.” I ona zaraz przyszła. I była.
Mama prowadziła gospodarstwo, a Luba pomagała, siostrę pilnowała, drzewo przynosiła, krowy pasła.
Nigdzie jej nie ukrywali. Na początku mówili, że to dziecko z wysiedlonej Zamojszczyzny. Ale później się kapowali, że to Żydówka, bo niektórzy z nią do szkoły chodzili. Ale nikt nie wydał. To było w Kolonii Witoldów - porozrzucane domy. W innym domu żydowskie małżeństwo przetrzymywali.
Były najazdy, różne donosy, kontrole. To było bardzo karalne. Ale jak było wiadomo, że będzie jakaś kontrola, małżeństwo kilka razy w lesie nocowało, do nas przychodzili. Bał się gospodarz trzymać, swoje dzieci miał. Kiedyś były takie lochy na ziemniaki, to tam nocowali. Cieplej niż na dworze. Takie czasy były. Później ten gospodarz był wdzięczny, że tato widział, wiedział, ale nic nie mówił. Tato był taki - jakby miał przyskarżyć, to sam by nie wziął do siebie.
Luba była u rodziców do 1944. Wtedy już się odwilż zrobiła, Żydzi mogli wychodzić, kto tam się uchował z kryjówek. Potem zabierali już. U sąsiadów małżeństwo się uchowało. Nie mieli dzieci. Wyjechali do Stanów Zjednoczonych.
Ten facet, który ich przechowywał a potem wydał, wiedział, co Żydom grozi. Byli u niego, zapłacili im kasę, czyli to było w 1942 roku, a w 1944 gdzieś tak po lipcu, już PKWN był.
Froim, co się przechował, mówił: „Musimy stąd wyjechać. Musimy mieć swoje państwo, bo jak nie ma się swojego państwa, to człowiek jest u kogoś nikim. Nie mamy tu co zostawać.” Ona nie chciała jechać. Zżyła się przez dwa lata. Nie chciała. Ale rodzice mówili: „Nic nie mamy. Co ty byś tu zdobyła? Tam masz wszystko.” Wtedy to było młode małżeństwo. Mieli swoje dziecko. Ona potem mówiła, że w sumie nie żałuje, bo jej się świetnie żyje.
Jeszcze jak była w Chełmie, bo tam zbierano uratowane dzieci, tato szedł ulicą Lubelską. I ona go poznała. Gdzieś wodę niosła. Zaczęła płakać, że ona chce tu zostać. Że ją zabierają do Izraela. „Ja tam nikogo nie znam. Ja stamtąd nie pochodzę, to inny kraj.” A tato mówi: „Tam ci będzie najlepiej, bo u nas to jeszcze różne czasy mogą być w stosunku do was. Lepiej pojedź tam.” Pisała na początku. Przestała jak stosunki z Izraelem zostały zerwane. Później znów zaczęła.
Wyjechała pod koniec 1944. Opowiadała, że dwa lata byli na Cyprze. I to same dzieci, sieroty. Kto tam się uchował. I Żydzi z Litwy. Nie mogli dojechać do Izraela, bo to nie był jeszcze kraj dla nich otworem stojący. Wiadomo, że ich tam nie chcieli. Potem cały świat zadecydował i to państwo powstało.
Kontakty
Przez wiele lat rodzice nam o niej nie mówili. Tylko wspominali Luba, Luba. Lubka była, ale jak, co, skąd? Nigdy nas nie wtajemniczali. Dopiero jak napisała list, wszystko odżyło. Wtedy wszystko szczegółowo nam opowiedzieli.
Luba nazywała się Borst Chawiwa. Tu ją Luba tak po naszemu nazywali, a tak to Chajka. Jak przyjechali do nas jakieś 10 lat temu, jeździliśmy do Wojsławic. Chciała koniecznie metrykę urodzenia dostać. Pojechaliśmy do urzędu stanu cywilnego. Ona z domu była Hohlera.
Luba przed wojną chodziła w Wojsławicach do normalnej szkoły, miała koleżanki ze wsi. Znała je. Ale jak przyjechała po latach, nie chciała z nikim z dawnych znajomych widzieć.
Jak przyjechała po czterdziestu pięciu latach, wspominała, że chciała coś stąd mieć. Tato dał jej książeczkę strzelecką. Po czterdziestu pięciu latach przywiozła ją z powrotem. Tato był zdziwiony, że tyle lat trzymała. A dla niej to było coś stąd. Tęsknota.
Medal
To Luba wystąpiła z wnioskiem o przyznanie medalu. Kiedy w 1998 roku przyjechała do Chełma, mówiła, że złożyła wniosek. Musiała udokumentować cały swój życiorys.
Medal odebrał tata w 1998 roku. Mama już nie żyła. Sama wdzięczność. To się liczy. Mówią, że kto Żydów przetrzymywał, to się wzbogacił. Co taka dziewczynka mogła mieć? Ona sama z duszą uciekła.
Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata".





