Garczyńska Wanda

powiększ mapę

„Ujęła mocno moją rękę w swą dłoń i tak trwałyśmy”. Historia s. Wandy Garczyńskiej

Siedem dziewczynek w sukienkach komunijnych, pomiędzy nimi ksiądz. W tle altana. 3 czerwca 1943 r., dom Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia NMP przy ulicy Kazimierzowskiej 59 w Warszawie. Dzieci uśmiechają się, pięcioro z nich to Żydówki. Jeśli wiedzą o sobie nawzajem, o swoim pochodzeniu i o tym, że żyją w ukryciu, to tylko dzięki domysłom. Dwa tygodnie wcześniej, 16 maja,  Jurgen Stroop wysadził w powietrze Wielką Synagogę na Tłomackiem – ostatni akt likwidacji getta warszawskiego. W mieście pozostało w ukryciu 28 tys. Żydów [zob. G.S. Paulsson, Utajone miasto. Żydzi po aryjskiej stronie Warszawy (1940-1945), Wydawnictwo ZNAK, Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFIS PAN, Kraków 2007, s. 327], spośród których garstka ukrywała się w ruinach getta. Dziewczynki cieszą się z Komunii, z wiosennego dnia. Jedna z nich – Joasia Olczak – po wyjściu z kościoła staje ze szczęścia na rękach.

Zgromadzenie zakupiło działkę z domem przy ulicy Kazimierzowskiej na początku lat 30. XX wieku. We wrześniu 1933 r., po wykonaniu prac adaptacyjnych, zostały otwarte kaplica, przedszkole, szkoła podstawowa z internatem i bursa dla studentek. W 1936 r. przełożoną domu została siostra Wanda Garczyńska.

Wanda

Wanda Garczyńska urodziła się 19 sierpnia 1891 r. we Lwowie jako córka Franciszka, bankowca, i Heleny z domu Syroczyńskiej. Rodzice oddali ośmioletnią córkę do szkoły z internatem w Niżniowie k. Stanisławowa, prowadzonej przez Zgromadzenie Sióstr Niepokalanego Poczęcia NMP. Dziewczyna spędziła tam jedenaście lat – do matury. Podczas I wojny światowej pracowała jako pielęgniarka w szpitalu w Kijowie, po wojnie kształciła się na nauczycielkę. Nauczała w szkołach powszechnych we Lwowie. W roku 1926 wstąpiła do Niepokalanek. Pracowała w szkołach prywatnych Zgromadzenia w Jazłowcu, Jarosławiu, Warszawie.

Bo tu jest kaplica

Naprzeciwko domu Zgromadzenia, pod numerem 60, znajdował się gmach szkoły. W czasie okupacji stacjonował tam batalion SS. „Lornetki esesmanów wciąż skierowane na chodniczek w naszym ogrodzie. Wciąż patrzyli, wypatrywali, śledzili”, wspominały siostry. „Jednego razu zapytał wartownik: »Czemu tu tyle ludzi przychodzi?«. Otrzymał odpowiedź: »Bo tu jest kaplica«”.

Oficjalnie siostry prowadziły dozwoloną działalność. Siostra Wanda kierowała domem przy Kazimierzowskiej, w 1941 r. otworzyła internat przy ulicy Chocimskiej 6, w 1942 r. została  przełożoną domu we Wrzosowie, w 1943 r. wróciła do funkcji przełożonej w Warszawie, gdzie otworzyła kuchnię Rady Głównej Opiekuńczej (RGO). Rok później założyła filię warszawskiego domu w Skolimowie.

Nieoficjalnie Niepokalanki kontynuowały edukację młodzieży, zaangażowały się w działalność pomocową i konspiracyjną. Kazimierzowska stała się „ośrodkiem wszystkiego, co zakazane”. Siostra Wanda utrzymywała kontakty ze Związkiem Walki Zbrojnej, następnie Armią Krajową.  „Pewnego razu”, wspominała Wanda Fijałkowska związana wówczas ze Zgromadzeniem. „Poleciła mi, zalecając czujność i ostrożność, odniesienie paczki pod pewien adres, którego dziś nie pamiętam. Nie wiem również, co było w dość okazałej paczce; teraz sądzę, że pewnie prasa podziemna, tzw. bibuła”.

Siostra Wanda sama uczyła w tajnej filii szymanowskiego gimnazjum zlokalizowanego w Warszawie, organizowała pomoc dla więźniów, z czasem pomoc dla Żydów. Dr Zofia Rozenblum-Szymańska napisała po latach w książce Byłam tylko lekarzem: „Ten zakład wychowawczy, […] był ośrodkiem, w którym grono niestrudzonych ludzi obradowało, jak przyjść z pomocą ukrywającym się, będącym w niebezpieczeństwie, w nędzy. Wyszukiwano im kryjówki, zdobywano kenkarty. […] Wiele młodych kobiet i dziewcząt przemierzało wieczorem miasto jako łączniczki sióstr. Obowiązywała najściślejsza konspiracja. O tej działalności sióstr dowiedziałam się dopiero po wojnie”. 

Nie było to planowaną akcją

Siostra Wanda utrzymywała kontakty z rodzinami żydowskimi jeszcze przed wojną, w latach 1938-1939. „Dzieci żydowskie chodziły także do naszej szkoły, o czym mało kto wiedział. Na katechezę przychodziły także dorosłe Żydówki, m.in. Hania Scherman i Dolores, której nazwiska nie znam. Obydwie przyjęły chrzest. […] W czasie okupacji […] Siostra włączyła nasz dom w łańcuch ochrony i ratowania Żydów, zwłaszcza dzieci”, napisała s. Maria Ena w tomie wspomnień Gdzie miłość dojrzewała do bohaterstwa. 

Sama siostra Garczyńska tłumacząc po wojnie przełożonym swoje decyzje, sprawozdawała: „[…] począwszy od sierpnia 1942 roku Żydzi coraz częściej uciekali z ghetta, kryli się gdzie mogli, błagali o ratunek. […] Wahałam się, wymawiałam, ale uległam. […] Jeśli sprawę Żydóweczek pominęłam milczeniem, to dlatego, że: 1. nie było to planowaną akcją, ani nie było czasu na odnoszenie się do Szymanowa, bo niebezpieczeństwo było bezpośrednie, trzeba było natychmiast decydować. I nigdy mi przez myśl nie przeszło, że Matka inaczej by postąpiła […] 2. Bałam się powierzyć papierowi te sprawę, niejedno więc załatwiałam ustnie”.

Przychodziło ich coraz więcej

W 1943 r. siostry uruchomiły przy Kazimierzowskiej kuchnię RGO, jeden z tysięcy punktów tej charytatywnej organizacji. „[…] pod pokrywką kuchni RGO przez cały dzień przesuwały się dzieci do przedszkola »jawnego« i »jawnej«, a potem »tajnej« szkoły powszechnej, »tajnego« gimnazjum i liceum ogólnokształcącego, nawet »tajnych« wykładów uniwersyteckich, przez całą okupację”.

„Lekcje odbywały się w celach zakonnych i sypialniach. Schody pełne od strychu do suteren. Tylko dzwonków szkolnych nie ma”, opisywała warunki siostra Maria Ena. „A wśród tego mrowia są w internacie i Żydówki: rude – kędzierzawe – piegowate. Rasowe. Nikt się nie pomyli. […] Jest ich w tej chwili trzynaście, jutro może być więcej. Nie tylko jednak te mieszkające z nami pod jednym dachem były lub mogły być przyczyną uzasadnionego lęku, niepokoju, ile tamte, snujące się widma”.

Do klasztoru na Mokotowie przedostawały się dzieci  z getta i kryjówek poza murem. „[…]trudno określić wiek, bo to było takie wysuszone, zagłodzone, biedne, nieszczęśliwe, trudno wiedzieć, czy miało 4, czy 6 lat […]. Przypuszczałyśmy, że muszą wypełzać gdzieś z getta, czy jakich innych kryjówek, ale nikt nie dopytywał a dzieci milczały jak zaklęte. […] Kiedy próbowałyśmy do miseczki włożyć coś innego – wyrzucały. [...] Zjadały prędziutko te zupę z chlebem, nigdy żadnego słowa, stawiały miseczkę na ziemi i znikały”, wspominała siostra Aneilla.

„Przychodziło ich coraz więcej – jedne nieśmiałe, delikatne, inne natarczywie wciskały się w kolejkę po zupę. Narażały nie tylko siebie”.

Karmimy, ratujemy, ile możemy

Siostra Wanda wiedziała, że decydując się na pomoc Żydom, naraża całe Zgromadzenie i wszystkich z nim związanych. Dała możliwość decyzji i innym siostrom. Terror wzmagał się, musiały liczyć się z konsekwencjami. Któregoś dnia zwołała siostry, zapytała, czy chcą kontynuować pomoc.   
„[…] poszczególne siostry po kolei odpowiadały”, wspominała s. Aneilla. „Pamiętam jak dziś głos siostry Flawii, która w tych zakasanych rękawach mówi: »Ależ oczywiście, trzeba!« I obróciła się i już wychodziła, bo spieszyła się do roboty. I potem poszczególne siostry, każda, wszystkie co do jednej, ile nas było, dokładnie nie pamiętam, ale kilkanaście, odpowiedziały, że »naturalnie«, albo »oczywiście«, albo »tak«, albo: »a jakżeż można inaczej?« – i tak dalej, w każdym razie wyraziły absolutną zgodę. Widziałam na twarzy s. Wandy pewną radość, ale i obawę. I powiedziała: »No, to dobrze! To w takim razie decyzją wszystkich sióstr dalej robimy co robimy. Karmimy, ratujemy, ile możemy, oczywiście«”.

Trzeba milczeć

Częściowo siostry świadczyły pomoc nieświadomie. „O wielu dzieciach nie wiedziałyśmy do końca, że były Żydówkami, bo nie miały typu”, zapisała s. Wanda. „Ratowałam też, jak mogłam, dorosłych Żydów: przeważnie kobiety, ale też mężczyzn. Nie we wszystkich wypadkach mi się udało, ale w większości tak. Powtarzałam sobie tylko, że to chrześcijański obowiązek i liczyłam na Boga i nie mówiłam nic nikomu; instynktownie zdawałam sobie sprawę, że trzeba milczeć”, przyznawała po wojnie.

Ratowani również nie zdawali sobie często sprawy, ile spośród osób przebywających w domach zgromadzenia, ukrywa się. „Po wojnie, kiedyśmy z Hanną Mortkowicz-Olczakową oglądały fotografię Komunii Św. naszych dzieci, zwróciłam uwagę, że i inne dziewczynki nie są typami czysto słowiańskimi”, zapisała Zofia Rozenblum-Szymańska. „Moja rozmówczyni wybuchła śmiechem: »przecież siostry przechowywały wraz z Jasią kilkanaście Żydóweczek, tylko tamte miały trochę lepszy wygląd«”.

Dekadę później kwestia ratowania nadal nie należała do jawnych i oczywistych. „[…] to nie są rzeczy ani do opowiadania – ani do opisywania – piszę to poufnie. – Żydów rozmaitych uratowało się na pewno około 30 osób – ale nie pamiętam, ile!”, pisała s. Wanda 19 maja 1954 r. w liście do s. Krystyny Szembek.

Wśród dziewczynek przechowywanych w domach zgromadzenia kronika Niepokalanek z Wrzosowa wymienia: „Dzieci żydowskich było w internacie kilkoro: Hania Dymecka, Maryla Solecka, Józia i Tosia Jabłońskie, Oleńka Olejniczak, Maryla Gajewska, Teresa Kurek”.

Szymanów, Wrzosów

Kiedy sytuacja w Warszawie stawała się zbyt niebezpieczna, siostra Wanda wysyłała podopiecznych do domów zgromadzenia w Szymanowie i Wrzosowie.

Zofia Rozenblum-Szymańska zanotowała, że o pobycie żydowskich dziewczynek w Szymanowie wiedziały wszystkie siostry, świecka służba, wszyscy rodzice –  właściwie cała wieś. „Nikt z rodziców, mimo stale grożącego niebezpieczeństwa, jakie wisiało nad klasztorem, nie odebrał swego dziecka. Niektórzy wnosili opłaty za dwoje dzieci, aby pokryć koszty utrzymania przechowywanych”.

Od marca do czerwca 1943 r. we Wrzosowie ukrywali się jako służba Henryk Mioduszewski oraz inżynier Emil Kaliski – ten pod pseudonimem Józef Domagalski. Pan Kaliski ewakuował się razem z siostrami. Pozostała natomiast kobieta zwana Jasią. Trafiła tam z Kazimierzowskiej, gdzie latem 1944 r. pomagała w kuchni siostrze Flawii. Według ówczesnej przełożonej Wrzosowa, siostry Antoniny, była to Żydówka ukrywająca się pod przybranym nazwiskiem, o czym siostra początkowo nie wiedziała. „Nie była ochrzczona , ale przystępowała codziennie do komunii świętej, nie rozumiejąc niewłaściwości  swego postępowania. W czasie ewakuacji sióstr została we Wrzosowie i słuch o niej zaginął”, widnieje w kronice.

Żydowskie dziewczynki z fotografii także bywały w domach Zgromadzenia poza Warszawą. Spędzały tam wakacje i święta, wywożono je w razie niebezpieczeństwa.

Joasia Olczak

„[…] była nie do pojęcia wygimnastykowana”, wspominała po latach siostra Aneilla. „[…] okropnie lubiła i ślicznie to robiła, odbijając w miejscu nogami i stawać na rękach. […] ta jej pozycja była wyrazem ogromnej radości i szczęścia. […] i ona tak szła do Komunii Świętej. I jak wyszła z kaplicy, bez słowa, pierwsza rzecz co zrobiła, podskoczyła, stanęła na rękach, nóżki do góry”.

„Joasia była żywa jak iskra, inteligentna i utalentowana. Miała 10 lat, lecz jej rozwój umysłowy przekraczał znacznie jej wiek. Była córka znanej pisarki, która się ukrywała”, wspominała Zofia Orłowska-Rostworowska, jedna z łączniczek.

„Matka przysyłała od czasu do czasu po nią kogoś zaufanego. One mieszkały gdzieś poza Warszawą. Zdaje się gdzieś w Pruszkowie. Brali ją i jechali odwiedzić tę mamę”, zapamiętała s. Aneilla. „Dziewczynka, roztropna, pamiętała, jak to się jedzie i czym. Wypatrzył to jednak jakiś policjant.  I kiedy były w ogrodzie, złapał to dziecko, wziął na ręce. Ale w ogrodzie, nie przyszedł do domu. Wziął na ręce i powiedział – teraz pojedziemy do mamusi. I dziecko pojechało. Powiedziało mu, jak i czym się jedzie i zawiózł ją do mamusi. Ale one się jakoś wykupiły. Pewnie kosztowało je to solidna sumę, ale już nie wpadły. Dalej już nie wydał”.

W klasztorze pojawiło się trzech Volksdeutchów, którzy mieli wskazówki dotyczące dziewczynki. Siostry zamknęły Żydówki w klauzurze, pozostałe dziewczynki musiały pokazać się mężczyznom, którzy szczęśliwie nie domagali się wpuszczenia do przestrzeni przeznaczonych wyłącznie dla sióstr. Po tym wydarzeniu siostry wywiozły Joasię do Szymanowa, gdzie pozostała do końca wojny.

Siostry Jabłońskie

Przyjęcie sióstr Jabłońskich na Kazimierzowską wyprosiła s. Irenea, mistrzyni małego internatu. W Zgromadzeniu ukrywało się wówczas sporo Żydów. Siostra Irenea zapewniała s. Wandę – która obawiała się, że ukrywanie kolejnych osób stwarza zbyt duże ryzyko dla pozostałych – że dziewczynki nie są Żydówkami. „Przyszedł pan, bardzo sympatyczny, absolutnie nie Żyd […]. Już ja mam doświadczenie, i prosi o przyjęcie dwóch córeczek. […] Młodsza nie była jeszcze u Komunii świętej”, przekonywała. Po jakimś czasie: „S. Irenea wpada jak bomba do S. Wandy. Mówi: »Siostro, Jabłońskim odrastają włosy innego koloru«”. Kiedy ukrywający się ojciec dziewczynek wpadł i znaleziono przy nim adres Zgromadzenia, siostra Wanda kilka dni z rzędu wzywana była na przesłuchania. „Wracała spokojna. Po kilku dniach dali jej spokój”.

Jasia Kaniewska, Janina Atkins z domu Kon

„Jestem Jasia, nie mam nikogo, czy siostry by mnie nie wzięły do siebie”, powiedziała dziewczynka do s. Wandy stojąc na progu domu Zgromadzenia. Jasia Kaniewska wyszła z getta z ciotką dr Zofią Rozenblum-Szymańską 19 sierpnia 1942 roku. Miała 9 lat. Po miesiącu u przyjaciół rodziców, jej gospodarz zawiózł Jasię na Kazimierzowską i zostawił pod klasztorną furtą. „Siostra Wanda od razu mnie przytuliła i powiedziała: »Nie jesteś sama, zostaniesz z nami i będziesz pod naszą opieką«”. Dziewczynka nie wiedziała wówczas, że to co się dzieje, przebiega zgodnie z planem, który ułożyły razem jej ciotka z s. Wandą. Ukrywała się w zakonie dwa i pół roku. Przebywała we wszystkich domach zgromadzenia – we Wrzosowie, Szymanowie, Żbikowie, gdzie spędzała po kilka miesięcy.

Jasia miała tzw. zły wygląd. Okresami mieszkała za klauzurą. „[…] uczyłam ją osobno, przerabiając z nią materiał czwartej klasy” wspominała Zofia Orłowska. „Jasia niewiele widziała ze świata. Krowy, sarny, konie i słonie z książki przyrodniczej mieszały jej się w nieznany, groźny świat, który z trudem uczyła się rozpoznawać na obrazkach. Nie mogła się bawić z dziećmi i cierpiała. Siostra Irenea postanowiła coś temu zaradzić. Zakupiła farby i postanowiła ufarbować „marchewkową” czuprynkę Jasi. Niestety rezultat był taki jak u Ani z Zielonego wzgórza – włosy wyszły na zielono. […] Trzeba było obciąć”.

W razie niebezpieczeństwa siostry ukrywały Jasię i Joasię Olczak pod ołtarzem w kaplicy. „Podobno raz obie dziewczynki przesiedziały tak pod ołtarzem, mokre ze strachu, blisko godzinę”, zanotowała Zofia Orłowska-Rostworowska. Na prośbę sióstr przystała uznać Jasię za nieślubne dziecko. „Potrzebny był jakiś dokument, a była pod ręką akurat moja metryka”.

Dorosła Jasia – Janina Atkins złożyła relację z ukrywania się. „[…] podczas Bożego Narodzenia […] ogromnie chciałam brać udział w przedstawieniu Jasełkowym”, wspominała jedno z trudniejszych doświadczeń. „Siostra Wanda nie chciała mi odmówić tego dziecięcego życzenia, pomimo ryzyka wystawienia mnie na widok publiczny. Grałam więc króla arabskiego i byłam wniebowzięta ze szczęścia. W pewnym momencie rozległ się głos z widowni: »Coś tu widzę same żydowskie króle«”. Rzeczywiście, w role dwóch pozostałych królów wcieliły się żydowskie dziewczynki. „Gdy jakaś oburzona pani podniosła się do wyjścia, siostry natychmiast wycofały ze sceny przerażonych królów i schowały nas do szafy za klauzurą – […] gdzie osobom świeckim nie wolno było wchodzić”. Do klasztoru wtargnęli Niemcy zawiadomieni przez kobietę, która wyszła. „Szukali nas wszędzie, włącznie z szafą, gdzie stałyśmy odziane w długie habity, które spokojnie wisiały na wieszakach. Niemcy chcieli się przekonać, czy wśród habitów nikogo nie ma i dźgali je bagnetami. Cudem nas nie dotknęli”.

Po tym wydarzeniu s. Wanda umieściła Jasię w kryjówce na mieście. Gospodyni dostawała pieniądze na utrzymanie dziewczynki, sama nielegalnie handlowała papierosami. Któregoś dnia pojawił się w jej domu gestapowiec. Rozpoznał w Jasi Żydówkę i wychodząc zapowiedział, że w ciągu godziny zjawi się po nią żandarmeria. Dziewczynka wysłała gospodynię, żeby używając umówionego hasła wezwała pomoc. „[…] po odebraniu telefonu od opiekunki Jasi siostra Wanda poleciła młodej harcerce odebrać dziecko, a sama poszła do kaplicy i leżała krzyżem aż do ich powrotu. […] „Bóg mnie natchnął wówczas wiarą, że wszystkie powierzone mi dzieci uratuję. Przestałam się bać”. W liście przekazanym ukrywającej się ciotce Jasi, Zofii Szymańskiej, s. Wanda napisała, że postanowiła do końca wojny trzymać dziewczynkę przy sobie: „Niemcy odbiorą Jasię po moim trupie”.

Dziewczynka a razem z nią siostry, wielokrotnie przeżyła chwile grozy. „Dwóch Niemców weszło do domu, kazali się prowadzić na górę. Przechodząc koło kaplicy, S. Wanda otworzyła drzwi, bo wszystkie kazali przed sobą otwierać; uklękła a ręce jej drżały. Starszy rangą Niemiec stanął, […]zwrócił uwagę na piękne irysy zdobiące ołtarz. […] Wszedł na balkon jadalni dziecinnej tuż obok parlatorium, przyglądał się pięknym rabatom… czy nie widział niczego więcej? Siostra Wanda posłała s. Szymonę do ogrodu. Ta po krótkim czasie wróciła z naręczem pięknych irysów, które otrzymał oficer. Podziękował, zszedł na dół i już nie wrócił. Siostra drętwiała w momencie, gdy z balkonu patrzył na ogród, bo tam za krzakiem porzeczek siedziała skulona Jasia, zwana przez nas Rudzielcem. Ruda, piegowata – bez wątpienia dziecko żydowskie”. 

Zofia Orłowska-Rostworowska wspominała transport Jasi do Wrzosowa, w którym brała udział. „Siostra Irena radziła zrobić to rikszą, stosując Jasi opatrunek »okulistyczny«, tj. bandażując jej oko i głowę. Ja jednak nie chciałam tego i zdecydowałam się Jasię wieźć normalnie, w bereciku i bez żadnych opatrunków. Sprowadziłam rikszę i przejechałam nią przez całą Warszawę aż do dworca kolejki elektrycznej, gdzie oczekiwał na dziecko następny «konwój»”.

Teresa Kurek, Rochelle Dreeben, Rachela Szyfka

„Powiedziano mi, że nigdy nie wolno mi komukolwiek mówić, że jestem Żydówką”, wspominała w relacji o ukrywaniu w domu zgromadzenia Rochelle Dreeben, w czasie okupacji Teresa Kurek. Wyszła z getta z matką w kwietniu 1943 roku. Dwa dni po przeskoczeniu muru spędziły w kamienicy niedaleko Ogrodu Saskiego. Stamtąd odebrała je siostra Bernarda. „Nie miałam pojęcia, że większość dzieci w klasztorze również były Żydówkami. Wydawało się, że żadna z sióstr też tego nie wiedziała”.

Lili Lampert

„Wykształcenie podstawowe otrzymałam na Kazimierzowskiej, prowadząc względnie normalne życie w tych skrajnie nienormalnych czasach”, świadczyła Lili Lampert w powojennej relacji. Do domu zgromadzenia trafiła z matką. „Byłam traktowana dokładnie tak samo jak każde inne dziecko w szkole, co było bardzo ważne dla mojego rozwoju jako człowieka. Kontynuowałam nawet naukę gry na fortepianie. Jedynie moje wyjście poza teren szkoły były ograniczane ze względu na moje bezpieczeństwo […]”.

Zamieszkały z matką w jednej z klas. „Pewnego dnia mama zniknęła, a Lili obandażowaną pod pozorem świnki siostra Imelda – Roma Abczyńska, także ruda i bardzo piegowata, odwiozła do Szymanowa. Niemcy bardzo się bali kontaktu z osobami  chorymi na świnkę”. Matka Lili pozostawała w kontakcie z siostrami. Niektóre z kolejnych kryjówek znajdowała dzięki nim. Przez pewien czas występowała w roli guwernantki uczennicy przyklasztornej szkoły.

Dorośli

Po opuszczeniu getta w Piotrkowie Trybunalskim państwo Józef i Róża Pytowscy znaleźli się bez dachu nad głową. Maria Trzcińska w powojennej relacji zapisała, że po pomoc dla nich do klasztoru Niepokalanek udała się jej siostra Anna Kaliska. „Przeorysza, S. Wanda, znalazła dla rodziców mieszkanie u dwóch starych kobiet, które były w kontakcie z klasztorem. Kobiety te, zwłaszcza na początku, obawiały się, czy rodzice nie są przypadkiem Żydami. Siostra Wanda robiła wszystko, by te obawy rozwiać. Opiekowała się moją matką, jak swoją własną, uczyła ją, jak się ma zachowywać w czasie nabożeństwa w kaplicy klasztornej, a także na podwórzu, gdzie co dzień odbywały się wieczorne modlitwy. Nie miała wyrzutów sumienia, że przygarnęła Żydówkę i pozwala jej brać udział w nabożeństwach. Miała podobno powiedzieć, że bierze to wszystko na swoje sumienie i że do kościoła może przychodzić modlić się każdy, po swojemu, do swojego Boga”.

Anna Kaliska z mężem również znaleźli schronienie dzięki s. Wandzie: „W atmosferze pogody, spokoju i serdeczności, zaczęłam znów czuć się człowiekiem. Szyłam kaftaniki i pieluszki, pomagałam Siostrze Róży szyć fartuszki dla dzieci czekałam z niecierpliwością nabożeństwa w kaplicy”. Jej mąż pojechał do Wrzosowa.

Pożar

Przez pierwsze tygodnie powstania warszawskiego przy Kazimierzowskiej działał niewielki szpital polowy. Pomocy szukali u sióstr powstańcy i ludność cywilna. 23 sierpnia Niemcy podpalili klasztor i szkołę. Budynki spłonęły.

Po wojnie s. Wanda pracowała jako katechetka. W 1947 roku została wybrana na radną generalną Zgromadzenia. Zmarła 21 września 1954 roku.

7 marca 1983 r. otrzymała pośmiertnie tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata.

Pełne emocji świadectwo wystawiła s. Wandzie ciotka Jasi Kaniewskiej, Zofia Rozenblum-Szymańska: „Z odległości lat zdaję sobie sprawę, że nie przeżyłabym tych dni (miałam przy sobie truciznę), gdyby nie siostra Wanda. Nie umiałabym określić, co ją odróżniało od innych sióstr, ale postać jej od pierwszej chwili wydawała mi się uduchowiona. Płynął od niej niewysłowiony spokój. Jej łagodne, przenikliwe oczy zaglądały w głąb duszy. […] nie pytała o nic, nie próbowała pocieszać, nie usiłowała słowami dodać mi otuchy, wiedziała, że w tym stanie, w jakim byłam, słowa przestały docierać. Ujęła mocno moją rękę w swą dłoń i tak trwałyśmy”.

Historie pomocy w okolicy

Bibliografia

  • Ena Maria, Gdzie miłość dojrzewała do bohaterstwa. Wspomnienia o Siostrze Wandzie Garczyńskiej, niepokalance, 1999