Rodzina Tazbirów

powiększ mapę

Galeria

Zdjęć: 4

„Personel internatu nie składał się ani ze świętych, ani z bohaterów wyłącznie, ale z zupełnie zwykłych ludzi”. Historia rodziny Tazbirów

„Rodzina nasza miała bardzo dużo żydowskich przyjaciół i nigdy nie przyszło by nam na myśl robić jakiekolwiek różnice między Polakami i Żydami”, zapisała po latach w relacji dla Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie Wanda Tazbir. „Żydom udzielało się takiej samej pomocy, jakiej w razie potrzeby udzielilibyśmy Polakowi” – wspominała.

Stanisław i Ludwika Tazbirowie mieszkali z córką Wandą w Warszawie przy ulicy Hożej 74 m. 5. Wanda, od 1931 r. harcerka szczepu „Tęcza” przy Instytucie i Szkole Głuchoniemych w Warszawie, po wybuchu wojny przystąpiła do konspiracji (pseud. „Dobrochna”, „Suliborska”, „Dopływ”). Należała do Pogotowia Harcerek, a w latach 1942–1944 była instruktorką sanitarną Armii Krajowej. Studiowała polonistykę na tajnym Uniwersytecie Warszawskim, sama nauczała historii i języka polskiego na tajnych kompletach, jednocześnie pracowała w szkole jako sekretarka.

Stanisław, prawnik, działacz społeczny i oświatowy, od początku okupacji pełnił funkcję kierownika Sekcji Opieki nad Dziećmi i Młodzieżą Rady Głównej Opiekuńczej (RGO). Założył kilka placówek, pod opieką których znalazły się również sieroty żydowskie. Internaty mieściły się przy ulicy Sienkiewicza w Śródmieściu, Dobrogniewa na Woli oraz Zajączka na Żoliborzu. W roku 1941 sekcja RGO kierowana przez Tazbira przejęła od PCK sierociniec przy ulicy Morszyńskiej na Sadybie.

Wielu znajomych Tazbirów znalazło się w getcie warszawskim. Wśród nich Salomea Bergstein (Szlifersztein), przedwojenna nauczycielka Wandy. Po uciecze na tzw. aryjską stronę, skontaktowała się z byłą uczennicą prosząc o pomoc w znalezieniu bezpiecznej kryjówki. Ta załatwiła jej u zaprzyjaźnionego księdza Mariana Pirożyńskiego z klasztoru OO. Redemptorystów przy ulicy Karolkowej metrykę Marty Janiszewskiej z Miechowa i ulokowała ją u pani Emilii Sołtykowej przy ulicy Mokotowskiej, gdzie ukrywało się od 20 do 30 zbiegów z getta. 

Wanda dostarczała Salomei obiady przyrządzane przez swoją matkę – Ludwikę, przekazywała również dotacje z „Jointu” – zapomogi dla ukrywających się Żydów świadczone przez amerykańską organizację żydowską. Odwiedzając panią Bergstein poznała m.in. Helenę Rosenberg i jej córeczkę Tusię, panią Gurfinkiel z córeczką Guttą oraz Annę Cegielską (wówczas noszącą inne imię). Wiosną 1942 r. gospodyni z dnia na dzień wymówiła ukrywającym się mieszkanie z obawy przed niemieckimi żołnierzami, którzy nachodzili ją, żądali pieniędzy i biżuterii. 

Wanda ulokowała panią Bergstein u znajomego – pana Różalskiego, a po jakimś czasie przeprowadziła tam również męża nauczycielki. Panie Rosenberg i Cegielską skontaktowała z koleżanką – panią Kossobudzką. Dwuletnią Tusię Rosenberg zabrała ze sobą do mieszkania rodziców na Hożej.

„Był to dom szczególnie niebezpieczny, ponieważ jego 5-piętrowa oficyna była cała zajęta przez żołnierzy niemieckich”, zapisała Wanda w powojennej relacji. „Ks. Marian Pirożyński wydał Tusi (bezpłatnie) metrykę. Oczywiście trzymaliśmy dziecko (wyglądające b. na Żydówkę) daleko od okien, ale widocznie skorzystała z chwili naszej nieuwagi, ponieważ jesienią 1942 przyszedł do nas jakiś przypadkowy przechodzień mówiąc, że widział u nas w oknie żydowskie dziecko i że trzeba je lepiej ukryć”. 

Ksiądz Pirożyński polecił Tazbirom siostry Wochelskie ze Skierniewic. „Niestety Tusia, wieziona tramwajem na dworzec przeze mnie i p. Wochelską robiła tak straszne awantury, że nie chce z nią jechać, że choć ludzie starali się nas zakryć przed Niemcami, ze względów bezpieczeństwa musiałam z nią zawrócić do domu”. Do Skierniewic pojechała Gutta Gurfinkiel, a Tusia została umieszczona przez Stanisława Tazbira w internacie przy ulicy Morszyńskiej 25 na Sadybie. 

„W chwili przejmowania internatu przez Sekcję, mieścił się on w odosobnionej, jednopiętrowej kamieniczce, położonej na wprost portu Czerniakowskiego, w małej odległości. Między północną stroną ulicy a fortem była wąska fosa, której woda miała ujście ku wschodowi pod drewnianym mostkiem przecinającym ulicę Powsińską. Internat mógł swobodnie zmieścić około sześćdziesięciorga dzieci a miał ich chyba z pięćdziesięcioro”, wspominała Zofia Mierzwińska-Szybka, jedna z kierowniczek w RGO. „W każdym z internatów przechowywały się grupki dzieci żydowskich. Szczególnie dużo takich dzieci było skupionych przy ulicy Moszyńskiej 45, którym kierowała dzielna i odważna Jadwiga Strzałecka”.

Współpracowała ona z Radą Pomocy Żydom „Żegota”, tak jak jej mąż Janusz Strzełecki, artysta malarz, który od połowy 1943 r. należał do kierownictwa krakowskiego oddziału Rady. Ich córeczka Elżbieta, rocznik 1938, wychowywała się z dziećmi z internatu. „Z Elżbietką nic złego nie może się przytrafić”, mawiała Strzałecka, nazywając dziewczynkę maskotką internatu. Prócz żydowskich dzieci przebywały w nim zatrudnione na fałszywych papierach żydowskie pracownice. 

 „[…] ani dzieci, ani pracowniczki nie żyły w ukryciu”, relacjonowała w Ten jest z ojczyzny mojej… Wanda Waliszewska, współpracownica kierowniczki internatu. „Niektóre o bardzo nawet semickim wyglądzie, zarówno dziewczynki, jak i chłopcy. [...] W internacie pracowali ludzie stale tam mieszkający, ale wiele też przychodziło z zewnątrz, jak np. hydraulik, elektryk, palacz i różni inni. O tym, że w internacie były dzieci i pracownice żydowskie, wiedziały na pewno oprócz kierowniczki tylko dwie osoby, z którymi była zaprzyjaźniona, i tylko z nimi dwiema na ten temat rozmawiała. Jedną z nich byłam ja, drugą pielęgniarka. Wykluczone jednak, żeby reszta personelu nie domyśliła się tego, jednak nikt nigdy niczego nie zdradził”.

Na Sadybie ukrywali się, poza Żydami, inni ludzie w niebezpieczeństwie. „W małomiasteczkowym prawie otoczeniu […], gdzie wszyscy się znali, trudno było nieraz ukryć, że w internacie oprócz dzieci i personelu jest jeszcze ktoś inny. Personel i otoczenie internatu nie składało się ani ze świętych, ani z bohaterów wyłącznie, ale z zupełnie zwykłych ludzi […]”. 

W okresie likwidacji getta wzrosła liczba dzieci żydowskich w internacie. Któregoś dnia Strzałecka przeprowadzała na Sadybę chłopca, którego ktoś powierzył jej opiece. „Dziecko o niezwykle semickim wyglądzie, które przeszło już przez różne ręce, było okropnie brudne i miało wprost kołtun na głowie. Kierowniczka, nie chcąc go przyprowadzić do internatu w tak strasznym stanie, wstąpiła z nim do fryzjera, żeby go chociaż ostrzyc. U fryzjera było pełno. Ludzie z przerażeniem patrzyli na dziecko i zaczęli szeptać miedzy sobą, a fryzjer podszedł do kierowniczki i tylko dobitnie powiedział: »Niech pani natychmiast wyjdzie z tym dzieckiem«. Wyszła więc, ale musiała wsiąść z nim do tramwaju, żeby się dostać do domu”.

Zimą 1944 roku – prawdopodobnie 5 lutego – gestapo urządziło na Sadybie blokadę. Strzałecka wracała do zdrowia po ciężkiej grypie. W porze śniadania do domu weszli Niemcy. Wanda Waliszewska z drugą najbliższą współpracowniczką pani Jadwigi znajdowały się wówczas w jej pokoju: „[…] myślałyśmy to samo: w domu są żydowskie dzieci i pracownice, w szufladzie biurka kierowniczki leży rewolwer, który przyniósł na przechowanie pewien chłopiec należący do organizacji podziemnej, a jedna z wychowawczyń, też należąca do organizacji, przyniosła właśnie wczoraj szereg pism i instrukcji, i wiele innych jeszcze »grzechów«”. Dowódca akcji przeglądał dokumenty, kenkarty, wyrzucał rzeczy z szaf, przepytywał Strzałecką, w końcu zażądał pokazania dzieci. Blokada trwała do zmierzchu. Stanisław Tazbir wspominał Jadwigę Strzałecką: „Przetrwała spokojnie z internatem całą okupację. Po Powstaniu i wysiedleniu przez Niemców (2 września) internatu oraz całej ludności Sadyby dotarła z dziećmi i z całym personelem (po blisko trzytygodniowych perypetiach) do Krakowa, a stamtąd przy pomocy RGO – do Poronina na pewno pozostali tam do końca marca 1945”. 

Wanda Tazbir brała udział w powstaniu warszawskim, a po jego upadku przebywała kolejno w obozach jenieckich Lamsdorf i Oberlangen. Po wyzwoleniu dwa lata spędziła w Anglii. Po powrocie do Polski w 1947 r. skończyła studia polonistyczne. Pracowała w redakcji PWN i kontynuowała działalność harcerską. Działała w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Izraelskiej. Stanisław pracował jako wydawca, związany był z Biblioteką Publiczną m.st. Warszawy, gdzie pełnił funkcję wicedyrektora. 

„Wszystkie osoby, którym udzielałam pomocy przeżyły wojnę, z wyjątkiem p. Bergsteina, którego zabili Niemcy w czasie Powstania Warszawskiego. P. Rosenberg po wojnie wyszła powtórnie za mąż za p. Lewkowicza i jej córka Tusia zaprosiły mnie 3-krotnie na długie pobyty u siebie w USA. Jestem z Tusią w stałej korespondencji […]. P. Bergsteinowa (obecnie Szliferszteinowa) przebywa teraz na stałe w Szwecji razem z mężem. Jestem z nią w kontakcie”, zapisała Wanda w latach 90. XX wieku.

26 stycznia 1994 r., decyzją Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie, Stanisław Tazbir i jego córka Wanda zostali uhonorowani tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Historie pomocy w okolicy