Rodzina Gajdów

powiększ mapę

Gajdowie, Samarytanie z łąk między Krupą a Podborzem

Rodzina Stanisława i Feliksy Gajdów mieszkała na nadrzecznych łąkach między Krupą (Małą Kłodą) a Podborzem, niedaleko „białego mostku” na dawnych Krawcówkach; mawiano, że Gajdowie mieszkają „na torfach”. Siedemdziesiąt lat temu, w czasie okupacji hitlerowskiej uratowali oni żydowską dziewczynę Dinę Rycer z Kurowa, pomagali też innym Żydom, znanym z nazwiska i nieznanym. Ten przyczynek ma wydobyć postacie Gajdów z głuchej niepamięci i ocalić je od zapomnienia.

Źródła

Podstawowym źródłem dla tej historii są dwie osobiste relacje ocalałej z Zagłady Diny Rycer (Ricer). Pierwsza, zatytułowana How I survived (Jak przetrwałam) została napisana w języku jidisz do Yizkor, Księgi pamięci Żydów kurowskich (Tel-Aviv 1955). Pojawienie się angielskiego przekładu tej relacji sprawiło, że w 2013 roku zainteresowałem się tą sprawą. Drugą relacją jest udostępniony w 2014 roku wywiad, którego w 2011 roku w Paryżu ocalona udzieliła dokumentalistom z Ośrodka Brama Grodzka w Lublinie zbierającym wspomnienia rozsianych po świecie Żydów lubelskich; zapis dwóch rozmów dostępny jest w Ośrodku. Opowieść z 2011 roku, choć w wielu miejscach trudna do zrozumienia, umacnia w przekonaniu o wiarygodności relacji powojennej.

Bezcennym źródłem są relacje dwóch z żyjących córek Gajdów. Młodsza, urodzona już w czasie wojny opowiedziała mi w 2013 roku, na podstawie pamięci rodziny, historię o ukrywaniu Żydów w ich domu. Rozmówczyni pragnęła jednak, by jej imię i nazwisko nie zostało tu podane, a jej nagrane wypowiedzi nie były cytowane dosłownie, więc je zredagowała, przez co stały się nieco mniej naturalne niż wypowiedzi oryginalne. Starsza z córek Gajdów, Barbara Mróz (ur. 1936), obecnie zamieszkała w Jaśle, na moją prośbę napisała w 2015 roku krótką, potem uzupełnioną treściwą relację na ten sam temat; ona także opiera się na pamięci rodziny, ale i sama pamięta Dinę, miała siedem-osiem lat, gdy ta ukrywała się w ich domu. Narracje sióstr doskonale opisują klimat czasu i domu, zawierają też ciekawe informacje faktyczne. Narracje te w naturalny sposób są ze sobą zgodne, wzbogacają i uzupełniają relacje ocalałej, choć w szczegółach różnią się od niej. Dina Rycer jest pamiętana w rodzinie Gajdów jako Diana i Danusia, także z jej relacji wynika, że tego drugiego imienia faktycznie używała w kontaktach z ludźmi ze wsi.

Wykorzystuję też relację ocalałego Samuela Chanesmana z Kurowa, pisaną w 1948 roku w okupowanych Niemczech i wydrukowaną w Księdze pamięci.

Opieram się także na wiadomościach zebranych w ostatnich latach w terenie, w Kurowie i w okolicznych wsiach – najstarsi ludzie jeszcze pamiętają tam Gajdów. Dziękuję im za rozmowy; ich anonimowość została zachowana, także wtedy, kiedy jej sobie sami nie zastrzegali.

Ratujący i ocalali

Stanisław Gajda był gajowym w dworskim lesie między Barłogami a Podborzem i zajmował tam gajówkę, ale kilka lat przed wojną dwór zwolnił go z posady i  wyrzucił z gajówki, z rodziną i dobytkiem. Gajdowie zamieszkali u kogoś kątem, a potem sklecili sobie chatę na chłopskich łąkach nad pobliską rzeką Białką, miała tylko dużą izbę i sień; siedzieli tam przynajmniej od 1936 roku. Na tych podmokłych łąkach od lat kopano i suszono torf, na lichy ale tani opał i Gajda go pilnował; Dina nazywa go „strażnikiem łąk”. Gajda i jego żona Feliksa (ur. 1899) mieli siedmioro dzieci, co także wtedy było czymś rzadkim i do dziś czasem służy za charakterystykę rodziny („ci, co mieli siedmioro dzieci”). Mieli kawałek pola, krowę-żywicielką, ciągle dojoną i ryby w kanałach po torfie. Córki zapamiętały swą rodzinę jako pracowitą, zgodną i serdeczną, a ojca jako kogoś, kto choć sam biedny, innym ostatni bochenek chleba oddawał, także Żydom. Gajda pisał listy do marszałka Piłsudskiego i dostawał na nie odpowiedzi, pewnie z jego gabinetu; wielu w Polsce pisało wtedy w różnych sprawach do Piłsudskiego, którego uważano za kogoś w rodzaju sprawiedliwego „ojca narodu”.

Dina Rycer była córką  Moszka i Gitli. Rycerów w Kurowie było kilku i rodzina Diny była znana pod przydomkiem Krupnik; oprócz niej Krupnikowie mieli synów Symchę i Eliego oraz córkę  Chaję (Chanę?). Przed wojną mieli duży sklep „bławatny” i jeździli z materiałami po jarmarkach, jako klientów i furmanów znali sporo ludzi z Kurowa i okolicy. Po spaleniu Kurowa w 1939 roku przenieśli się na wsie, dłużej zatrzymali się na Kłodzie, ktoś stamtąd pamięta jeszcze, że była tam jakaś „Dyma”, a ktoś inny, mocno starszy wiekiem nawet rozpoznał ją na fotografii („takby trochę podobna do Krupnikowej córki”). Przez pewien czas mieszkali na Kłodzie wszyscy, a potem została tam tylko Rycerowa z Elim, zaś Moszek Rycer, Symcha i Dina opuścili wieś. Jesienią 1941 roku Niemcy nakazali stawić się mieszkającym na wsiach Żydom na punkt zborny w Kurowie, aby ich wywieźć do gett, ale Krupnikowie się ukryli. Wśród Żydów deportowanych w kwietniu 1942 roku, teraz już do obozu śmierci znalazła się więc tylko Chaja, zamężna i brzemienna, która wcześniej została w Kurowie. Moszek, Symcha (miał  papiery na nazwisko Tadeusz Kowalski) i Dina doczekali wyzwolenia, ale Gitla z Elim, matka z synem zostali zamordowani w 1943 roku przez miejscowych.

U Gajdów

Po deportacji Niemcy zostawili w Kurowie kilkudziesięciu Żydów – „u Ulryka” garbowali skóry i szyli odzież zimową dla wojska. Starszym grupy był Abraham („Abramcie”)  Goldberg, syn ostatniego rabina w Kurowie, dotychczasowy przewodniczący Judenratu, powołanej przez Niemców Rady Żydowskiej. Niektórzy z Żydów wymykali się nocą z miasteczka za żywnością lub uciekli z tego obozu pracy. Tę resztkę Żydów Niemcy wymordowali pod koniec 1942 roku. W tym miejscu we wspomnieniach ocalałych Żydów po raz pierwszy pojawia się nazwisko Gajda, z dodatkiem „chrześcijanin”. Słowo „chrześcijanin” (krist) w języku polskich Żydów nie tylko określało formalne wyznanie, ale i wyrażało szacunek, w odróżnieniu od neutralnego słowa „Polak” i co najmniej niemiłego słowa „goj”.

W domu Stanisława i Feliksy Gajdów znaleźli schronienie Abraham Goldberg i jego syn Jechiel, którym udało się uciec z egzekucji w listopadzie 1942 roku, obaj byli ranni. Pewien siedmioletni wtedy mieszkaniec Kurowa pamięta (z opowieści), jak brawurowo uciekł „syn Abramcie”: uznany za martwego, został wrzucony na wóz wiozący ciała zabitych na kierkut na Blichu, ale na moście zeskoczył do rzeki i zdołał uciec. Samuel Chanesman, który ostrzeżony o egzekucji przez gospodarza z Płonek, u którego zakwaterowało się na noc przybyłe komando oprawców, uciekł z Kurowa poprzedniego wieczora pisze: „Trzy dni później spotkałem Gajdę, chrześcijanina ze wsi Podbórz, u którego leżeli obaj ranni, Abrahamcie i Jechiel Goldbergowie”.

Z relacji Chanesmana można wyliczyć, że w domu Gajdów Goldbergowie mogli ukrywać się kilka tygodni, gdyż dopiero w połowie grudnia przenieśli się do schronu na podbornich niwach, który grupa miejscowych wykopała dla Żydów, z pieniędzmi. U Gajdów Goldbergowie musieli się dobrze wyleczyć, skoro w ziemiance zdołali przeżyć w skrajnych warunkach siedem tygodni, do lutego 1943 roku; ciekawe, że starsza córka Gajdów zapamiętała, zapewne ten sam „przypadek że ojciec zatrzymał dłużej dwóch chorych Żydów aż byli zdrowi”. Goldbergowie uciekli z ziemianki przed najściem Niemców, a później zginęli zamordowani przez miejscowych bandytów.

Ukrycie i zaopiekowanie się Goldbergami nie było jedynym ludzkim aktem rodziny Gajdów. Młodsza córka Gajdów pamięta, że przychodzili do nich Żydzi: „Było na siedmioro, z tatą i mamą dziewięć osób, to jest dużo. Żydzi przychodzili wieczorami, byli bardzo głodni. Mama często na kolację gotowała kaszę na mleku. Ojciec swoją porcję jedzenia oddawał im. Mówił do mamy: Nalej dzieciom, sobie, a moją porcję oddaj im. Bo ja dzisiaj jadłem. A oni? Wiadomo kiedy jedli? Zdarzało się, że Żydzi przychodzili bardzo późno, wtedy mama gotował drugi raz. – Tata ukrywał Żydów na strychu. Głównie przychodzili biedni Żydzi. Raz przyszła Żydówka bardzo zaniedbana. Tata bał się zarażenia dzieci wszawicą, ale nie odmówił pomocy. Nagrzał wody i kazał jej umyć sobie głowę w sieni. Była wtedy sroga zima. Gdy wylał wodę na śnieg, był przerażony ilością robactwa, które zobaczył” (wypowiedź ustna, zredagowana  potem przez rodzinę rozmówczyni). „Szczególnie pamiętam matki z małymi dziećmi – wspomina starsza córka. – zatrzymywali się u nas na krótki czas, parę dni lub po odpoczynku i zaopatrzeniu w żywność wędrowali dalej”.

Wśród kurowskich Żydów Stanisław Gajda musiał być znany z udzielania im pomocy, bowiem Dina Rycer wspomina, że „kiedy w Kurowie był obóz pracy ludzie mówili, że ten Polak daje miejsce do spania każdemu, kto chce zostać na noc” – mogło to dotyczyć Żydów, którzy uniknęli deportacji i nie mając stałej kryjówki, błąkali się po okolicy. Dlatego, za radą kuzyna sama poszła do Gajdów, znała ze szkoły przed wojną jedną z ich córek. W relacji młodszej córki Gajdów, to jej ojciec spotkał szukającą schronienia Dinę i zabrał ją do domu, ale te drobne rozbieżności są zrozumiałe.

Z relacji Diny: „Poszłam tam, gdzie mieszkał ten Polak. Powiedział mi «Możesz u zostać u nas, ale nie w domu. Mamy siedmioro dzieci i nas dwoje, to razem dziewięć dusz. Zrobimy kryjówkę w ziemi i będziesz tam przez cały dzień. W nocy, między pierwszą a drugą będziesz wychodzić na świeże powietrze». Spałam w zagrodach nie raz, ale nie mogłam się przyzwyczaić do ukrywania się w dziurze w ziemi. Tymczasem kryjówka nie była jeszcze wykopana, więc wróciłam do tego samego miejsca, w którym byłam do 31 grudnia 1942 roku”. Po jakimś czasie Dina wróciła do „biednego Polaka”, do Gajdów. Pisze: „Poszłam do tego, który zapewnił mnie, że gdy wykopie schron w ziemi, to mnie ukryje. Schron z pewnością nie był nawet na metr głęboki, może miał 60-70  centymetrów. Nie mógł być głębszy, bo gdy rżnęli torf, zaczynała do niego wsiąkać woda. Nie mogłam w nim siedzieć, mogłam tylko leżeć”.

Pani Mróz, starsza córka Gajdów tak wspomina ukrywanie Diny: „Pamiętam wiele codziennych sytuacji kiedy mama prosiła mnie abym jako drobna osóbka, zanosiła posiłki dla Diny do jej kryjówki, do której było bardzo wąskie, zamaskowane wejście. Kryjówka była ziemianką, w której przechowywano zakopcowane ziemniaki oraz wysuszony torf na opał. Rodzice dbali też, aby Dina mogła się uczyć korzystając z notatek mojej starszej siostry Zosi. Dina mogła wychodzić z kryjówki wieczorem i nocą, aby pooddychać normalnym powietrzem i pochodzić, ponieważ rodzice zawsze obawiali się o jej zdrowie”. Pamięta też „wyczuwalną atmosferę strachu i zakazów rodziców”, rodzice „zakazywali przekazywania jakikolwiek informacji o pomocy Żydom. Ja jako dziecko zastanawiałam się – pisze – dlaczego nie można opowiadać o dobrych uczynkach”.

A wszystko to działo się w atmosferze grozy. W jej pamięci został widok konwoju Żydów prowadzonych z Michowa (na stację kolejową, w kwietniu 1942 r.), przechodzili blisko ich domu. Głęboko wciąż tkwią w niej zdarzenia, zapewne z drugiej połowy 1942 roku, miała wtedy sześć lat: „Byliśmy w domu, nagle usłyszeliśmy strzały, wybiegliśmy na zewnątrz, zobaczyliśmy uciekających dwóch młodych Żydów i biegnących za nimi strzelających z karabinów Niemców. Byli oni w odległości około 200 m. Po chwili młodzi Żydzi zostali zabici. Po zabiciu Żydów Niemcy przyszli do naszego domu i kazali mojemu tacie pochować zamordowanych, po czym odeszli. Mój ojciec pochował ciała, blisko miejsca gdzie zginęli. Tego samego dnia wieczorem przyszedł ojciec zastrzelonych i prosił aby mu pokazać miejsce zakopania ciał. Po odkopaniu zabrał kurtki synów. Nie jestem pewna czy zabrał ciała”. To „polowanie na Żydów” (Judenjagd) miało miejsce przed pojawieniem się u Gajdów Diny, ale łatwo sobie wyobrazić, jaka trwogę u nich wzbudziło, skoro córka Gajdów wraca do niego po siedemdziesięciu paru latach. I jak odważnymi ludźmi byli Gajdowie, skoro nie odstraszyło ich od przyjęcia do siebie Żydówki. Łatwo mogliby przecież znaleźć powód do zamykania drzwi przed Żydami – mieli siedmioro dzieci, ale dla nich było to raczej powodem do otwierania drzwi przed Żydami.

W wywiadzie z 2001 roku Dina podaje też parę nowych szczegółów swego ukrywania się u Gajdów: że była bardzo zżyta z tą rodziną, że najmłodsze dzieci mówiły do niej „ciocia” (a najstarsze, które wiedziały, jaka to ciocia, pilnowały jej przed oczyma obcych), że spała w dołkach na kartofle, że ukrywała się też na strychu i w jakiejś budzie na torf.  Opowiada też, z humorem, że Gajdowie mówili ludziom zachodzącym do ich zagrody, że to ósme dziecko jest nieślubną córką Stanisława Gajdy, a ponieważ rodzona matka nie chciała jej dłużej wychowywać, to żona Gajdy, przyjęła ją do swojej rodziny, „jest siedem, będzie osiem”. Mało możliwe, by ktoś uwierzył w tę bajkę – mogłaby się ona wydać prawdą, gdyby dotyczyła dziecka małego, a nie piętnastoletniego, prawie-panny. Tym niemniej była to dobra „przykrywka”, bo ten kto nie chciał wiedzieć, kim naprawdę jest to ósme dziecko u Gajdów, znając dobre serce Gajdowej, mógł przyjąć jej odpowiedź za szczerą. Poza wszystkim Gajdowie traktowali „Danusię” jak własną córkę.

Dina pisze też, że u Gajdy Dina spotykała się z innymi Żydami ukrywającymi się w okolicy: „Widywałam tam często Żydów i mojego kuzyna Szmula Chanesmana z synem, syna Manesa Luzera i Chaima Pejsaka z żoną i dziećmi. Ten Polak był dla mnie bardzo dobry. U niego przeżyłam wojnę. Oni chcieli, bym żyła i przetrwała wojnę. Gdy jego żona przynosiła mi jedzenie do kryjówki, często mówiła do mnie: «Świat jest piękny, słońce świeci, ale dla ciebie jest ciemno»”. Skoro ci Żydzi zachodzili do Gajdów, to musieli u nich czuć się bezpieczni, albo przynajmniej bezpieczni bardziej niż w swoich kryjówkach.

W czasie pobytu u Gajdów Dina nocą odwiedziła na Kłodzie matkę i brata, ukrywanych tam przez gospodarza, ale gdy latem 1943 roku zostali oni zamordowani, to choć była wspierana psychicznie przez Gajdów, zabrała rzeczy po zabitych i opuściła zagrodę na łąkach w poszukiwaniu reszty rodziny. Gajda odprowadził ją na Płonki, gdzie ojciec i starszy brat Diny ukrywali się u trzech gospodarzy – Figla, Kowalika i Piecha. W grudniu 1943 roku Dina wróciła jednak do Gajdów i tu doczekała wyzwolenia latem 1944 roku. Pojawiło się ono w postaci patrolu żołnierzy radzieckich, pytali o jewrejów, „dużych, małych”, ale Dina, która jako jedyna w domu Gajdów wiedziała, co znaczy słowo to słowo, nie znając intencji żołnierzy, bała się przyznać, że jest ocalałą Żydówką.

Po wojnie

Wkrótce po wyzwoleniu Dina Rycer wraz z ocalałymi członkami rodziny wyjechała z Kurowa, najpierw do Lublina, a potem do Łodzi, tam w 1946 roku zarejestrowała się w Komitecie Żydowskim. W tymże roku zawarła małżeństwo religijne z Adamem Rotsztajnem, rodem z Markuszowa, w 1947 roku wyjechała z nim do Francji, w 1958 roku wzięli w Paryżu ślub w ratuszu, państwowy. Na starość Dina Rotsztajn zamieszkała tam w domu opieki, w 2011 roku, gdy rozmawiali z nią badacze z Lublina, była już poważnie chora.

Stanisław Gajda zginął zaraz po wojnie, w styczniu 1946 roku, w rodzinie nie zachowała się jego fotografia. Wkrótce chata Gajdów się spaliła i rodzina opuściła zagrodę na łąkach, gmina przydzieliła jej skromne pomieszczenie w Kurowie. Dzieci szybko się usamodzielniły, jedne zostały na miejscu, inne wyfrunęły w świat. Feliksa Gajda zmarła w 1974 roku, jest pochowana obok męża na cmentarzu w Kurowie.

Rodzina Gajdów i Dina Rycer-Rotsztajn szukali się po wojnie, ale odnaleźli się dopiero pod koniec lat 50. Feliksa Gajdowa, na prośbę Diny spisała wtedy historię jej ukrywania, poświadczyła w gminie swój podpis i wysłała to świadectwo ocalałej; nie wiem, gdzie ono teraz jest, w każdym razie nie ma go ani w Yad Vashem w Jerozolimie, ani w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Listy od Diny nie zachowały się, ale zachowały się dwie fotografie, zrobione w Paryżu. Na portrecie Diny z mężem, wystylizowanym w znanym atelier Davida na odwrocie jest dedykacja: Na wieczną pamiątkę Dla moich najdroszych O których nigdy nie zapomnę dla Kochanej famili Gajda – Dina Adaś. W Paryżu zachowały się też przysłane z Kurowa zdjęcia rodziny Gajdów. Na odwrocie fotografii, oderwanej z może fabrycznej legitymacji, Feliksa Gajdowa napisała niewprawną, lecz czułą reką: Przybranej córuni mamusia. Wkrótce jednak wymiana listów urwała się, nie wiem dlaczego. Rodzina Gajdów uznawała Dinę za zmarłą i dopiero w 2015 roku dowiedziała się (ode mnie), że przez ten cały czas żyła ona, a może i żyje dalej w Paryżu. Rodzina była zaskoczona tak samo jak dwa lata wcześniej, gdym odnalazł ją i powiedział, że ze wspomnień ocalonych wiem, iż Gajdowie z łąk w czasie wojny przechowywali Żydów i chciałbym o tym porozmawiać w celach naukowych.

W Polsce ukrywanie Żydów przez rodzinę Gajdów nigdzie dotychczas nie zostało odnotowane, w żadnym druku. W Kurowie jeśli nawet wyjątkowe poświęcenie Gajdów było po wojnie komuś znane, to wraz upływem czasu i zmianami w miejscowej populacji, zostało zapomniane. Nikt spośród pytanych o to dziś mieszkańców Kurowa i okolicy, nawet dawnych sąsiadów z łąk, którzy pamiętają Gajdów, o tym nie słyszał. Trzeba też powiedzieć, że w Kurowie i okolicy, „samarytańskie” ratowanie  Żydów nie było, niestety, przedmiotem publicznego szacunku i upamiętniania, więc ci, którzy to robili, otwarcie o tym nie mówili, a czasem niechętnie mówią o tym nadal. Nie pozostało też nawet miejsce po zagrodzie Gajdów na łąkach, od pół wieku nikt już tam nie kopie torfu, na Krawcówkach  nie ma „białego mostku”, a od paru lat biegnie tamtędy hucząca autostrada. Gdyby ktoś przyjezdny chciał dziś sam odszukać miejsce, gdzie Feliksa i Stanisław Gajdowie chowali Dinę, córkę Moszka Krupnika, to by nawet nie wiedział, gdzie go szukać – także nazwy „Krupa” (zmieniona na „Małą Kłodę”)  i „Podbórz” (ostatnie domy włączono do Szumowa), zniknęły juz z map  i drogowskazów.

 

Artykuł pochodzi z czasopisma „O nas. Kwartalnik Gminy Kurów”, nr 2/2015. 

Autor jest profesorem socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Osoby, które mogą uzupełnić artykuł, proszone są o kontakt: Instytut Socjologii UW, 00-927 Warszawa; suleka@is.uw.edu.pl; 22 (827 85 99).