Rodzina Dudziak

powiększ mapę
Zdjęć : 1

Relacja Wandy Michalewskiej

Podczas II wojny światowej matka, Teresa Dudziak, wraz z czterema córkami: Wandą, Janiną, Marią i Władysławą udzieliły schronienia żydowskiej dziewczynce pozostawionej przez nieznaną kobietę. Ojciec zmarł młodo, w początkach 1927 r. Podczas wojny został zabity także brat Sprawiedliwych, dlatego ich sytuacja materialna była ciężka.

(Opowiada Pani Wanda Michalewska z d. Dudziak):

Urodziłam się w 1920 roku. Moje pierwsze wspomnienie wojenne to ucieczka z Lublina na wieś. Mnie zabrała ciocia na wychowanie. Mieszkałam u cioci na Kunickiego.

W Polsce przed wojną, z tego co ja zapamiętałam, wszyscy żyli wspólnie i zgodnie. My dzieci razem się bawiłyśmy, nie było żadnego wytykania, że ten czy tamten to Żyd. Nie było żadnych różnic. W Lublinie mieszkało dużo Żydów, ale na mieście, a ja na obrzeżach się wychowywałam na Kunickiego i tak często w tamtej części się ich nie widywało.

Pewnego dnia przyszła do naszych sąsiadów jakaś kobieta z dzieckiem. Nie wiem, ile ona tam u nich przebywała. Pewnego dnia poprosiła mnie, żebym z nią poszła na Majdanek. Ona [miała] tam jakieś interesy do załatwienia, ja w tym czasie przypilnuje jej córeczki, [a] ona mi za to da na cukierki. Wzięła dziecko i mnie ze sobą. Bardzo się ucieszyłam, skoro dostanę na cukierki, to idę, czemu nie. W ogóle nie zdawałam sobie sprawy, nie wnikałam, czy to są Żydzi czy nie, nie wiedziałam. Poszłam z nią. Ona mi opowiedziała po drodze, że jechała z mężem z Zamościa do Lublina i tu chcieli gdzieś zamieszkać, ale złapali jej męża i on jest teraz na Majdanku. Ale ma kogoś znajomego, więc go uratuje.

Weszła za bramę obozu i więcej już nie wróciła. Do wieczora przestałam z tym dzieckiem pod bramą. Przepłakałam parę godzin. Nie wiedziałam, co mam robić. Ona nie wróciła i już więcej jej nie zobaczyłam. A dziecko zostało.

Wieczór się zrobił, bałam się. Poszłam do cioci. A ciocia na mnie z krzykiem: „Ty wiesz, coś zrobiła? Odprowadź ją, gdzie chcesz!” Ciotka zgodziła się nas przenocować, ale rano musiałyśmy wracać do mamy. Ciotka dała nam parę groszy na bułkę i poszłyśmy 30 kilometrów na piechotę do domu.

Od mamy też dostałam, bo nas było kilkoro dzieci bez środków do życia. [Mama] powtórzyła to samo pytanie: „Ty wiesz, coś ty narobiła?” Ja sobie z niczego sprawy nie zdawałam. Dzisiaj to więcej ta świadomość istnieje, są radia, telewizory, prasa, a wtedy, jak ktoś nie miał gdzieś ukrytego radia, to nie wiedział nic.
Dziecko u nas zostało.

Miała bardzo żydowski wygląd, jeszcze jak była mała, to mniej to było widać, ale z czasem coraz bardziej można było poznać w niej typową Żydówkę. Niestety nie było możliwości jej gdzie ukryć i to dziecko tak rosło z nami. Chodziła nawet do szkoły. Nie [była] ukrywana ani jednego dnia. Ludzie owszem gadali, ale żeby mama nie cieszyła się dobrą opinią u wszystkich, to by to dziecko sprzątnęli nawet Polacy. Zrobiliby [to] za kilka groszy. Ale jakoś się udało.

Pamiętam, jak mieliśmy czasem odrobinę mleka, a to nie zdarzało się często, to jej jako malutkiej zawsze dawało się najpierw. Czasem my starsze musiałyśmy obejść się smakiem. Mama nam tłumaczyła, że ona przecież najmłodsza. Na początku w ogóle nie umiała jeść chleba, karmiona była butelką dotychczas i jak pierwszy raz jadła z nami, to strasznie pokaleczyła sobie język. Musieliśmy karmić ja kaszką lub grysikiem, tylko skąd to wziąć? Potem już się nauczyła [i] wyglądała jak pulpecik.

Ona u nas pojawiła się zaraz na początku 1940 roku i była u nas przez całą wojnę i kilka lat potem, bo zdała już do czwartej klasy. Chodziła do szkoły, w ogóle się nie ukrywała, a miała do szkoły przeszło 3 kilometry, przez pola trzeba było chodzić. Bliżej nigdzie nie było szkoły z pierwszymi klasami. W czasie wojny była malutka, miała jakieś 3 i pół roczku. Myśmy, ja i moje rodzeństwo, mieli nakazane mówić, że to jest nasza siostra cioteczna po siostrze mojej matki, która była zza Buga. Ja wystarałam się dla niej o metryczkę, bo byłam bardzo sprytna, pod tym nazwiskiem była zameldowana i chodziła normalnie do szkoły.

I tak z nami biedowała całą wojnę. Bo myśmy biedowali okropnie. Nie było z czego żyć. Póki brat żył, to trochę pracował i mama też trochę dorabiała to tu to tam, po gospodarstwach. Ale bieda była straszna.

Sytuacje zagrożenia

Początkowo w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że grozi mi śmierć za zatrzymanie tej dziewczynki. Dopiero później z czasem, coraz bardziej to sobie uświadamiałam, gdy z każdym stukaniem do drzwi czuliśmy wszyscy wielki strach. Długi czas kompletnie nikt nic nie wiedział. Mama była czarnowłosa, ona też, więc jakieś podobieństwo istniało.

Ona zawszechodziła z nami na majówki pod figurkę Matki Boskiej, jak to na wsi, pięknie śpiewała, modliła się, więc nikt niczego nie podejrzewał. To była bardzo mądra i piękna dziewczynka. Sama doskonale wiedziała, że musi być ostrożna.

Raz przyszli do nas Niemcy. Brat za nią zginął, bo jacyś głupi ludzie donieśli. Szukali u nas Żyda i brata zabrali. A ona się razem z nami bawiła i w ogóle nie zwrócili na nią uwagi. To dziwne, ale ona przez cały ten czas, kiedy była u nas, nie zapytała ani razu o swoich rodziców. Była na tyle mądra, że o nic nie pytała i nigdy się nie przyznawała, że jest Żydówką.

Działałam w ruchu oporu. Ale oni też nic nie wiedzieli, że u nas się chowa dziecko żydowskie. Później zaczęto mówić, że ukrywamy Żydówkę, ale wszyscy sprawdzali nasze malutkie mieszkanko i nikomu nie przyszło do głowy, że ona się nie ukrywa. Nikt nie myślał, że możemy być tak zuchwali i trzymać ją „na widoku”. A myśmy po prostu nie mieli jej gdzie ukryć, więc musiała mieszkać z nami. To jeszcze było dobre, że jej nikt po kryjomu nie odwiedzał, nie utrzymywał z nią kontaktu, nie sprawdzał nocami, co u niej się dzieje.

W 1949 albo 1950 roku, jak był zbiór wszystkich dzieci, przyjechali po nią. Mama nie chciała jej oddać, a i ona nie chciała za nic w świecie od nas wyjeżdżać. Chciała się utopić, próbowała wskoczyć do studni, żeby jej nie zabierano, więc odjechali bez niej.

Po jakimś czasie, może po trzech miesiącach, może trochę krócej przyjechała pani przebrana, że to jest jej ciocia z Izraela, nazwisko miała takie samo. Dotąd walczyli, aż otrzymali pozwolenie i ją zabrali. Ona napisała do nas wkrótce list, że ten stryjek ją zabrał. Była u niego tylko jeden miesiąc, bo mieli czterech albo trzech synów [i] ona tam u nich bardzo źle się czuła, i uciekła. Zabrano ją do kibucu do ochronki.

W 1950 roku, kiedy zbierali wszystkie sieroty żydowskie, trochę nas oszukali, ją oszukali i nas oszukali, bo my byśmy nigdy jej nie oddali. Ale oni mówili, że jej tam będzie dobrze, że będzie u swego stryja, będzie chodzić do szkoły. Potem się okazało, że to był zaledwie kuzyn daleki jej ojca. I ona do nas napisała list, że musi uciekać od stryjenki, bo okropnie jej niedobrze u tych stryjów. Po dwóch pierwszych listach zupełnie przestała się odzywać, przestała używać polskiego i go po prostu zapomniała. Już jak tam u niej byłam [po 20 latach], to znała tylko parę słów.

Pracowałam w sklepie, w spółdzielni inwalidów. Tutaj u nas pracowali jeszcze Żydzi, którzy jeździli do Izraela. Kto jechał, zawsze dawałam adres z jej listów i prosiłam, żeby za wszelką cenę [dowiedział się], czy ona tam mieszka. Nie chcieliśmy od niej nic, tylko chcieliśmy wiedzieć, czy ona żyje i czy jej w życiu dobrze się powiodło. Obiecałam matce, jak umierała, że przekonam się, czy jej dobrze w życiu. Szukałam jej przez 20 lat.

Pewnego razu wyjeżdżała tu od nas wycieczka, a wśród nich mój znajomy Kuperman, [jechał] do Izraela na stałe. Dałam mu adres. Odnalazł najpierw jej ciotkę, a później dostał adres do niej. I ja zaczęłam się starać, żeby mi przysłano zaproszenie do nich. Ale to załatwiła mi znajoma, której cioteczna siostra przechowywała całą wojnę u siebie Żyda, potem wyszła za niego za mąż i z nim wyjechała do Izraela. To ona mi przysłała zaproszenie. Poleciałam przez Rumunię. Na swój koszt.

Medal

Medal otrzymałam bardzo szybko. Myśmy się nie starali w ogóle o niego. Dostaliśmy po prostu zawiadomienie, że mamy przyjechać do Warszawy na wręczenie odznaczenia. Byłam w Izraelu, sadziłam osobiście drzewko.

Teraz już się prawie nie kontaktujemy [z nią]. Jej nie ma kto pisać po polsku. Do tej pory był tam pan, co jej tłumaczył moje listy, ale teraz już nie ma kto pisać i tłumaczyć.

Przykro mi czasem, że ona chyba nie ma do tej sprawy takiego stosunku jak my. Jak byłam u niej w Izraelu, to jej przyjaciele mieli mi za złe ten przyjazd. Pytali się, po co ja właściwie przyjechałam, chyba tylko, żeby rozkrwawić jej stare rany. I to było bardzo przykre. Ale i tak mam satysfakcję, że ludzkie życie zostało uratowane. Nie zmarnowało się.

Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata"

Bibliografia

  • Dąbrowska Anna red., Światła w ciemności. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Relacje, Lublin / Wydawnictwo Ośrodek Brama Grodzka / 2008
  • Baum Marzena, Wywiad z Wandą Michalewską, Lublin 1.01.2003