W czasie wojny Leonarda wraz z mężem Czesławem mieszkali w Kockiej Kolonii. Wiosną 1943 r. do ich domu przyszli trzej żydowscy uciekinierzy z getta w Łukowie – Jan Grzebień z dwoma kolegami.
Wspomina Leonarda Kazanecka:
„Wszedł jeden, nic nie mówił, ale drzwi nie zamknął. Potem drugi i trzeci. Ani słowa nie powiedzieli. Mąż się położył na łóżku, słyszał ich i się nie odezwał. A oni uczesani, ubrani w garnitury, jak dzieci do kościoła. Więc mówię: »Oj, żydowskie chłopaki do nas przyszły«”
Kazaneccy dali im jeść i postanowili pomóc w ukrywaniu się. Dzięki dostarczonym przez nich materiałom i narzędziom trzech Żydów zbudowało sobie schron niecały kilometr od domu. Kilka razy w tygodniu przychodzili po gotowane jedzenie.
„Gotowałam ziemniaki, brałam mleko i zanosiłam im za stodołę. Przychodzili przez rok i kilka miesięcy. Mieszkaliśmy przy szosie, to się nikt nie dziwił, że do nas różni zachodzą. Nieraz obcy zachodzili i pytali o mleko.
Raz przyszedł Janek i pyta: »Jak wasza wiara wskazuje? Bo widziałem matkę we śnie, pogłaskała mnie po głowie i powiedziała, że wojnę przeżyję.« Odrzekłam, że przeżyje, bo umarli wiedzą. Był zadowolony.
A czy my się baliśmy? Trzeba było mieć rozsądek. A mną Pan Bóg zawsze kierował”
Wszyscy doczekali końca wojny. Jan Grzebień przez krótki czas mieszkał w Polsce, po czym wyjechał do Palestyny. Utrzymywał kontakt z Leonardą Kazanecką.





