Pępiak Julia

powiększ mapę

Galeria

Zdjęć: 2

„Zapomniałam o terrorze, lęku, konsekwencjach”. Historia Julii Pępiak

„Usłyszałam harmider i ujadanie psa. Nawet nie wiedziałam kiedy, tak szybko zagrodziłam sobą Rudolfowi drogę do stodoły, była tam przecież ukryta Salomea Helman z Bronią – w razie wzniecenia ognia, spłonęłyby żywcem. Wtedy Rudolf przestrzelił mi stopę”. Julia Pępiak, gospodyni z Bełżca, ukrywała znajomą Żydówkę z córką. Działała w tajemnicy przed własną rodziną, w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodka zagłady, pod okiem Niemców, którzy zajęli połowę jej domu.

Rudolf, Niemiec, ścigał Mietka, krewnego Julii, który skrył się w jej obejściu. „Na mój krzyk i odgłos strzałów wyskoczył z domu [oficer niemiecki – red.] i rozkazał zostawić mnie w spokoju, »gdyż ja jestem porządnym człowiekiem, a nie żadnym bandytą«. Rudolf zasalutował i odjechał, a mnie została wciąż odnawiająca się rana i kalectwo”, opowiadała dziennikarzowi Antoniemu Madejskiemu, który na łamach prasy katolickiej kilkakrotnie opisywał jej historię. W latach 90. zaangażował się na rzecz przyznania kobiecie tytułu Sprawiedliwej wśród Narodów Świata.

Mieszkańcy miasteczka znali Julię jako dobrego człowieka. Od młodości chorowała na zapalenie szpiku kostnego, choroba zdeformowała jej ciało. Wspominano, że cierpienie znosiła bez narzekania, była łagodna i dobra a jednocześnie silna i stanowcza. Kiedy po kapitulacji Polski we wrześniu 1939 r. Niemcy prowadzili przez Bełżec jeńców, Julia Pępiak podawała im jedzenie i picie. „Czyniła to odważnie. Niemcy ją uszanowali”, relacjonowała jej koleżanka, Maria Wołoszyn. „Kochała dzieci i wszystkich ludzi – to też miała ich koło siebie […]”, wspominała Bronisława Cichońska, jej opiekunka na starość.

Pan Pępiak pracował na kolei. Małżeństwo miało troje dzieci – dwóch synów i córkę. Jeden z synów, partyzant, zginął niedługo przed pojawieniem się w gospodarstwie Salomei z córeczką. Pochodziła ona z biednej rodziny z Bełżca. Miała czworo rodzeństwa – dwie siostry Rudkę i Małkę, oraz dwóch braci. Po ślubie przeprowadziła się do Lwowa. W 1938 r. urodziła córkę Bronisławę. Gdy latem 1941 r. Lwów zajęli Niemcy, mąż Salomei zginął, a jej i córce udało się wydostać z miasta kanałami. W sierpniu do Bełżca przewiózł je znajomy gospodarz i zostawił pod domem Pępiaków. „Julia jest dobra, może ona cię przechowa. Ja nie mogę. Wszyscy cię znają. Całą rodzinę by mi wytracili” – powiedział.

Salomea zapukała w okno. „Nigdy nie przypuszczałam, że wzrokiem można tak zniewalająco prosić”, opowiadała Julia dziennikarzowi. „Tak chyba wyglądała Matka Boża uciekająca przed Herodem z małym Jezusem. Zapomniałam o terrorze, o lęku, o konsekwencjach. […] ukryłam je w stodole”.

Dół pod słomą wygrzebywały kilka tygodni. „Świeża ziemia stanowiła ślad. Wynosiłam ją w kieszeniach i rozrzucałam w zbożu”. Budę dla psa przeniosła pod stodołę, obok trzymała świnie. Pod pozorem karmienia zwierząt, nosiła jedzenie podopiecznym. 

„Mąż Julii nie wiedział, że jego żona przechowuje Salcię z dzieckiem. Nie wytrzymałby nerwowo”, relacjonowała pani Wołoszyn. Rodzeństwo Salomei przebywało u rodziny Borkiewiczów. „U mojego ojca, Michała Borkiewicza, w starym, opuszczonym domu mieszkał w czasie wojny Moszek Helman i jego siostra Małka Helman. Nazywaliśmy ją Mańka”, relacjonował Eustachy Borkiewicz. „Moszek Helman ukrywał swoją siostrę Salomeę u Julii Pępiak. Wprawdzie nie zwierzał mi się z tego, ale on wiedział, że ja wiem o tym. Salomea musiała się ukrywać, gdyż miała zewnętrzny wygląd typowo żydowski. Mańka była ładną dziewczyną, niepodobną do Żydówek. Dlatego nie musiała się ukrywać. Moszek pracował w piekarni, za chleb. Wytworzyła się między nami życzliwa atmosfera. Moszek był lubiany. Zabrali ich prawie przy końcu wojny granatowi policjanci. Moszek, kiedy go wieźli do obozu, wyrzucił swoje fotografie. Po tym poznaliśmy, że został stracony w obozie”. 

Kiedy Bronia, córka Salomei, znalazła się w gospodarstwie Pępiaków, miała około dwa i pół roku. „Pokochałam ją jak własne dziecko, Niemcy zastrzelili mi syna, w jego miejsce Bóg dał mi Bronię”, opowiadała Julia.

Decyzja o budowie ośrodka zagłady w Bełżcu zapadła 13 października 1941 roku. Pierwsze prace ruszyły pod koniec miesiąca. „Nieustannie drżałam z niepokoju na myśl, że Bronię hitlerowcy mogą zagazować lub może nawet żywcem wrzucić do ognia, bo i takie bestialstwa zdarzały się w obozie”, opowiadała gospodyni. „Im bardziej kochałam, tym więcej lękałam się: gdy słyszałam w nocy obce kroki, wstrzymywałam oddech. Zmieniałam się w słuch. Wciąż ogarniał mnie strach, że mogą je wykryć i spalić w obozie zagłady, skąd wiatr przynosił mdły, słodkawy zapach spalanych ciał”.

Bronia, dojrzała nad wiek, rozumiała sytuację. Wiedziała, że nie wolno jej kasłać, hałasować, płakać, chodziła jak kot. „Bronia przytulona do ściany stodoły godzinami wpatrywała się przez szparę w świat. potem opowiadała mamie o pracy w polu, o krowach, owcach i dzieciach. Najwięcej interesowały ją dzieci. Zadawała nieraz matce pytanie: dlaczego tamte dzieci mogą biegać za owieczkami, bawić się, a ja nie? Ja też jestem dzieckiem”.

W Bełżcu domyślano się, że Pępiakowa kogoś ukrywa – prawdopodobnie wygadał się człowiek, który przywiózł Helmanowe ze Lwowa. „Cała moja rodzina wiedziała o ukrywaniu się Salomei z dzieckiem u Pępiaków”, opowiadała jej kuzynka. „Nawet mieliśmy trochę żalu za to, że nam Jula nic nie powiedziała o tym”.

Zachować tajemnicę było trudno. „W moim rodzinnym domu często mówiło się, a raczej dziwiono: co ta Julia Pępiakowa tak często pierze bieliznę, także dziecięcą. Jula prała bieliznę na tzw. sztabice, czyli parowozowni, gdzie była ciepła woda”, opowiadała Antonina Kulesza. „Rodzice opowiadali, że ciocia przechowuje Żydówki. Wujek Mietek czyli Dymitr często przestrzegał ciocię: Jula, ty na nas wszystkich ściągniesz nieszczęście”.

„[…] Julia Pępiakowa prosiła często Krystynę Natynową: Krysiu, daj mi lepszej zupy. Potem ucieszona niosła tą zupę do domu. Domyślaliśmy się, że widocznie ukrywa jakichś Żydów, bo dawniej nigdy nie przychodziła z podobną prośbą”, relacjonowała Rozalia Kwas, inna mieszkanka Bełżca. „O przechowywaniu Żydówek przez Julię niby nie wiedziałam. Pomagałam jej: dawałam jej chleb, mleko, ser”, opowiadała Maria Wołoszyn.

Kiedy jeden z mieszkających w domu Pępiaków Niemców wspomniał, że zbliża się rewizja, bo ktoś uciekł z obozu, Julia wyprowadziła Salomeę z córką w zboże. Wkrótce w gospodarstwie pojawił się Edward Ferenc, folksdojcz. „Jula powiedziała wtedy głośno: Panie Ferenc, Salcia nie szpilka, szukać a nie posądzać! Odszedł, nie szukał”, relacjonowała jedna z gospodyń. „Po wyzwoleniu, Ferenc prosił Julę, by zaświadczyła na jego korzyść, że on wiedział o przechowywaniu przez Julę Żydówek, ale nie zdradził. Julia Pępiakowa spełniła jego życzenie”. 

Ukrywające się nadal chowały się poza stodołą, w zbożu. Kiedy ratująca zachorowała, przestała przynosić im jedzenie. Salomea chcąc sprawdzić co się dzieje, weszła na podwórko i ukryła się w kopcu na ziemniaki. Wtedy zauważył ją sąsiad. Zaprowadził do sekretarza gminy – Zygmunta Nowosieleckiego. Na kolanach błagała o ratunek. Sekretarz udał, że jej nie zna i w pozorowanym gniewie kazał jej się wynosić. Kobieta razem z dzieckiem schroniła się na cmentarzu. Tam odnalazła je Julia i sprowadziła z powrotem do siebie. „[…] w dołku pod słomą w stodole, nazywanym pieszczotliwie »pałacem« płakałyśmy ze szczęścia”. 

Chwile grozy przeżyły kobiety podczas świąt Bożego Narodzenia. Julia, upewniając się wcześniej, że  nie będzie nikogo prócz niej, wzięła matkę z córką do domu. „Bronia nie mogła napatrzeć się na choinkę. Opowiadałam jej o Matce Boskiej i Betlejem. Z marzeń wyrwał nas boleśnie niespodziewany powrót Niemca”.  Żołnierz walił w okno. „Nakryłam je pierzyną i przysunęłam do ściany”. Krzyczał, żeby Julia kupiła mu u sąsiadów wódki, a on odpocznie w tym czasie na łóżku. „Kiedy sytuacja stawała się więcej niż krytyczna, raptem odezwały się w pobliżu strzały. Hitlerowiec zaklął na swój los i wybiegł z domu. Moi świąteczni goście wracali do swojego słomianego »pałacu«”. 

Po wojnie Salomea z Bronią mieszkały przez jakiś czas u Marii Wołoszyn. „Broneczka miała jakiś podkurcz nóg, z trudem chodziła”. Później wyjechały do Izraela. Starały się utrzymać kontakt z Julią Pępiakową. Kiedy ta przeprowadziła się do Śródborowa, szukały jej w latach 60., zwracając się z prośbą o pomoc do proboszcza w Bełżcu. „Salcia pisała z Izraela – listy te czytałam – było ich sporo – ponad dziesięć na pewno”, wspominała opiekunka, pani Cichońska. „Nie znała nowego adresu Pani Pępiakowej – pisała do Bełżca i błagała o wiadomości co dzieje się z p. Pępiakową, błagała o odpowiedź – chciała się choć trochę, choć symbolicznie wywdzięczyć, chciała wciąż dziękować. W jednym liście pisze, że chociaż skrzynkę cytryn by posłała – ciężko im było bowiem w swojej ojczyźnie. […] Lecz Julia nie odpisała ani na jeden list Żydówki i nie dała się do tego nikomu namówić mówiąc »dobrze, że żyją, a mnie nic nie potrzeba, ja mam wszystko – niech się dorabiają i niech im błogosławi Bóg«”.

Syn Pępiakowej, o. Sebastian – franciszkanin, napisał: „Heroiczna postawa mojej Mamy wynikała z pobudek religijnych i humanitarnych. Był to święty Człowiek, tak zachowałem Ją sobie w mej pamięci”.

27 grudnia 1999 r., decyzją Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie, Julia Pępiakowa została uhonorowana tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata.

Bibliografia

  • Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, Dział dokumentacji odznaczeń Yad Vashem, 349/24/097
  • Madejski A., Salomea i Bronia, „Zorza”
  • Madejski A., Sprawiedliwa z Bełżca, „Słowo. Dziennik katolicki”
  • Madejski A., Bohaterka z Bełżca, „Słowo. Dziennik katolicki”