Rodzina Płazińskich

powiększ mapę

Audio

3 audio

Wywiad z Zuzanną Warchoł-Baran

„Mieszkaliśmy w wiosce Święty Stanisław. To była rdzennie polska wioska (...), dom był oddalony od wioski spory kawałek (...), tak 150 m”.

Lekarz

„Bardzo zachorowałam (...). Felczer powiedział mamie, że bardzo dobry lekarz jest w Otynii, Żyd. I mama zawiozła mnie do niego. Ten człowiek powiedział mamie, co ona przywiozła – trupa. Już konwulsje, umierałam po prostu. (...). Powiedział, że jak noc przeżyję, to może będę żyła, tylko trzeba mnie do niego wozić na zastrzyki. No dobry był i jako lekarz, i jako człowiek. Wyleczył mnie. (...) Mama nigdy tego nie zapomniała i zawsze mówiła, że do samej śmierci nie zapomni temu człowiekowi tego, co zrobił dla nas, tego, że mnie uratował”.

„Jak zaczęto Żydów prześladować, mamusia powiedziała, że gdyby ten człowiek stanął na jej drodze, ten lekarz, to by mu bardzo chętnie pomogła. Dowiadywać się o losach Żydów to było niebezpieczne. Ale gdyby jej stanął na drodze, to by mu bardzo chętnie pomogła. Jakoś się tak nie złożyło, ale inny incydent był w życiu mojej mamusi”.

Szlim

„Był zajazd żydowski i mama do tego zajazdu poszła prosić o pomoc. To znaczy o latarkę taką do ręki, że będzie jej przyjemniej przez te lasy iść. I jeden z synów tego Żyda powiedział, (...) że mamusię przeprowadzi przez las. I przeprowadził. Moja mama też to bardzo pamiętała”.

„I pewnego razu… już (…) była okupacja niemiecka, mama poszła do obory, (...) strasznie się wystraszyła, bo (...) zobaczyła tego, który ją przeprowadził przez las, Szlima. Mama poznała go, a on nie wiedział, że to jest ta kobieta, którą przeprowadził (...). Nie pamiętał, a mama pamiętała. No i ofiarowała mu swoją pomoc”.

„Mówił, że sobie poradzi, to był młody mężczyzna. Cała jego rodzina zginęła, tylko on został i mówi, że ma dziewczynę. Ta Ania była ode mnie starsza ponad dwa lata, no to już może była jego sympatią w pewnym sensie. I że ona jest w bardzo ciężkich warunkach, jest bardzo chora”.

Ania

„Jej wujek był dentystą w Stanisławowie. (...) Bardzo wziętym. I pracował nawet u Niemców jako dentysta. Żydzi się znali na tych sprawach. I jeden zaprzyjaźniony Niemiec mu powiedział, że mają go zlikwidować. Żeby co ma i resztę swojej rodziny pozbierał, no i gdzieś schronił. I on tak zrobił”.

„Z tej Kołomyi (...) nie wieziono ludzi, Żydów, do Oświęcimia, tylko Ukraińcy ich załatwiali (...), policja ukraińska. (...) Wieźli ich to takiego dębowego lasu. Tego Szlima też później zabił ukraiński policjant. Tam doły kopali i strzelali do nich, nawet nie zasypywali”.

„Udało się tylko matce tej Ani, jej bratu i kuzynostwu uratować. Wszyscy się schronili w lasach. (...) Trochę miał znajomych, którzy mu pomagali. Wykopali sobie jakieś ziemianki i w tych lasach przebywali. (...) I tam Ania, późniejsza moja przyjaciółka, tak potwornie odmroziła sobie nogi. Wszystkie palce u nóg. (...) Wuj poobcinał jej te palce”.

“Ona miała około 15 lat. (...) Bardzo prosiła o pomoc. Mama do niego, do tego lekarza za mnie, czuła po prostu wdzięczność, sympatię (...). Mówi: »Ja bardzo chętnie, ale się boję«”.

„Kiedy usłyszałam, jak ten pan opowiadał o tej dziewczynce, (...) zaczęłam płakać, mamę prosić, że ja nie mam przyjaciółki, nie mam siostry. Że z daleka nawet nie będzie widać, że to różnica, kto tam będzie widział kolor włosów czy twarzy (...). I mama się zgodziła na tę dziewczynkę. (...) Kiedy do nas przyszła, była jak szkielet. (...) Te nogi jeszcze tak całkiem podgojone nie były, to było straszne. I całkiem bez palców”.

Wujek

„Ten wuj [stomatolog – przyp. red.] i matka z siostrą ostali się, bo przyznam się, że u nas w Świętym Stanisławie ludzie byli dobrzy. Sama nazwa może wskazywać, bardzo pobożni. Nasza rodzina też. Więc do innej rodziny ich wzięto”.

“A ten wuj, ten jeden wuj, poniewierał się tam gdzieś po tych lasach, no i bali się o jego życie, bo kilkakrotnie mówił, że sobie życie odbierze, bo zginęła jego żona, syn i córka. (...) Szlim mówił (...), że ten człowiek chce sobie życie odebrać, że na pewno zginie, że tej dziewczynce nawet będzie przyjemniej. No i ona też zaczęła prosić (…)”.

„Po tygodniu czy po dwóch dołączył do swojej siostrzenicy i oni u nas przebywali aż do nadejścia frontu”.

Tajemnica

„Moja ciotka miała syna, on się chował u nas… Wiedział o nich. On jeden. (...) Ale to był wspaniały chłopak. Wspaniały. On się u nas też ukrywał przed wywózką do Niemiec. (...) Nawet swojej matce nie powiedział. Bo gdyby się jego matka dowiedziała… ona nie była tolerancyjna”.

„Im tam źle się u nas nie powodziło, (...) mieli bardzo dużo swobody, szczególnie ta dziewczynka, bo on to bardziej musiał uważać, żeby ktoś go nie dostrzegł, bo mój ojciec był kulawy, więc to by zaraz się rzuciło w oczy. (…) A ona to nawet mogła się ze mną bawić, nawet spać ze mną. Byłyśmy przyjaciółkami, nawet ta przyjaźń prawie do teraz przetrwała. No, nie wiem co teraz się z nią dzieje”.

„Mieli takie schronienie na strychu zrobione, podwójne, ze słomy, z siana, tam nocowali. Ona raczej więcej ze mną. Ten stryj tam nocował. A w dzień normalnie. Widać było u nas i z jednej, i z drugiej strony, jakby ktoś podchodził, to wtedy mieli (...) wyjść i się tłumaczyć, że dopiero przyszli. (...) Nikt nie wiedział o nich”.

„Ten Józef Renert (...) chodził do swojego brata, swojej siostry. Nocami chodził. On się wszędzie wyprawiał i utrzymywał kontakt z nimi”.

Strach

„Była obława… Do Niemiec zabierano młodzież. Mama była daleko od domu, dowiedziała się o tym. Przybiegła, myślałam, że zawału dostanie. Ale ominęli nasz dom (...). Mama wtedy postawiła ultimatum, żeby się zabierali. No i ta Anka zaczęła płakać, ja zaczęłam straszenie płakać, on też płakał. Wtedy właśnie przysiągł, że jakby ich złapali, to będą przysięgać, że my ich nie przetrzymywaliśmy. Że sami się znaleźli. No i mama zmiękła. (...) To było dramatyczne przeżycie”.

Front

„Była wiosna, 1944 roku. (...) Już zaczęły się te klęski i oni to wyczuli, znaczy ten jeden wujek i ten, co u nas był. Oni byli bardzo mądrzy, a szczególnie ten dentysta. Postanowili wydostać się z naszej wioski i gdzieś mieli to dentystyczne złoto zakopane. (...) Józef, co u nas był, gdzieś tam poszedł, przyniósł. Mój ojciec poszedł do Kołomyi, sprzedał, przyniósł pieniądze i od ludzi z naszej wioski kupili wóz”.

„Takie się zrobiło zamieszanie, że udało się im kupić wóz, konia i wszyscy się zabrali, najprawdopodobniej pojechali w kierunku Rumunii. I udało się im przetrwać. Nas spalili. Czy dlatego, żeśmy trzymali Żydów? Chyba nie. Po prostu spalili nas. Chcieli ojca zastrzelić. Spalili doszczętnie wszystko. (...) Niemcy”.

„Ojca chcieli zastrzelić, tyle że moja mama trochę znała niemiecki, bo babcia była Ślązaczką. Perfekt znała niemiecki moja babcia. (...) Wiele osób zastrzelili, ojca też chcieli zastrzelić. Jak mama zaczęła prosić, że to jej mąż, że tego, to won. Tak jak staliśmy pod kulami, uciekliśmy. Po tygodniu wróciliśmy. Wtedy poznałam, co to głód, bo tydzień prawie nie jadłam. No i zamieszkaliśmy w domu opuszczonym przez jednego pana, który wyprowadził się do Kołomyi. I tak żyliśmy w wielkim ubóstwie, nic nie mając”.

Wdzięczność

„Pod jesień patrzymy, na koniu przyjeżdża Józef. Tak. Czuł wdzięczność. Przyjechał na koniu, zobaczył, w jakich warunkach jesteśmy. (...) Oni też nic nie mieli za bardzo. (...) Mówi: »Trochę wam pomożemy, co będziemy mogli«. Coś tam, nie wiem ile, ale coś pomógł, bo zboża na zimę kupiliśmy czy mąki...”.

„Wyjechaliśmy na Zachód i straciliśmy kontakt z tą rodziną, którą uratowaliśmy. Rodzice zamieszkali pod Trzcińsko-Zdrojem, powiat Chojna, w Góralicach. Chyba rok nie minął i znowu pan Józef się znalazł. Przyjechał i ofiarował, znowu niedużą, pomoc. (...) No co mogli. Myśmy nic nie mieli, ale ona na przykład jak miała jakąś kieckę, no to kieckę mi po sobie dała. (...) Potrafił przyjechać i żeby pomóc, to zaorał kawałek pola. Pomógł ojcu kupić konia, także starał się jak mógł”.

„I tak utrzymywaliśmy kontakt do roku 1958… Na naszym weselu Józef Renert też był. I nawet nie dali nam znać, że wyjeżdżają do Izraela. Nawet nie dali nam znać. Nie wiem, co tam się wydarzyło…”.

„Muszę przyznać, że ile mogli, tyle się starali odwdzięczyć. Nawet dobrym słowem, to było ważne. Chęcią. Ja na przykład kiedy pierwszy raz się z tą Anką spotkałam, to miała taką piękną bransoletkę na ręce, momentalnie ją zdjęła i dała mi”.

Więcej

Bibliografia

  • Magdalena Suchodolska, Wywiad z Zuzanną Warchoł-Baran, Szczecin 19.07.2010