Rodzina Stolarczyków

powiększ mapę

Audio

4 audio

Wywiad z księdzem Witoldem Stolarczykiem

Uciekinierzy

„Rodzice rolnicy, to znaczy gospodarstwo średniorolne, około 10 hekatrów. (…) Tu myśmy mieszkali, tu była sień, poprzez cały dom, a tu było niezamieszkane, gdzie zamieszkała ta rodzina polsko-żydowska. Rodzina polsko-żydowska, co to znaczy? Że jedynym Polakiem w tej rodzinie był ojciec tej rodziny, który ożenił się z wdową pochodzenia żydowskiego, nazywała się Róża Krieger”.

„Ona miała ze sobą syna z pierwszego małżeństwa, który nazywał się Żarnowski, z pierwszego małżeństwa żydowskiego, a ona z domu była Krieger, i dwie dziewczynki, które były już córkami z tym Polakiem, bo wychodząc za mąż za tego Polaka (...), przyjęła chrzest i ochrzciła te swoje dziewczynki i synka z żydowskiego nazwiska dawnego”.

„Z wioski Biurków, koło Krakowa, czyli przypuszczam, że nawet byli w Krakowie, (…) więc tam w Biurkowie mieszkali, a później stamtąd, bo Kraków był bardziej niebezpieczny, blisko Krakowa, więc przenieśli się tu w kieleckie i szukali możliwości zamieszkania. No i skierowali ich, doradzili im, żeby tu zamieszkali, więc tę rodzinę (...) przyjęliśmy do tego domu właśnie. (...) Po roku mniej więcej zgłosiła się siostra jej, Maria Krüger i też zamieszkała z nimi”.

„Mieszkaliśmy w jednym domu, tylko że przez sień, nie w jednym mieszkaniu, tylko oddzielne mieszkania, ale jeden dom”.

Handel

„Czym się trudnili, z czego żyli? Mianowicie przede wszystkim tak zwanym handlem, takim ubojem, takim ubojem domowym i handlem. Najpierw handlował tytoniem, to znaczy, jak ludzie uprawiali tytoń, bo wojna, nie było tyle papierosów w sklepach, ludzie sami uprawiali tytoń i on kupował tytoń, handlował tym tytoniem, kroił na papierosy i handlował tym tytoniem”.

„Później przerzucił się na handel znów ubojem, domowym ubojem. Bił cielęta, świnie, wyroby robił i mięso sprzedawał, handlował, mąką handlował i z tego właśnie handlu utrzymywał się... To tak było chyba 3 czy 4 lata”.

„Przecież trzeba było pomagać ludziom z miasta. Jak uciekali z miasta, to trzeba było pomagać ludziom. I nawet nic, nic, z początku to nawet nic nie żądało się, żadnej zapłaty za to mieszkanie. Później to się tylko odwdzięczał, czym mógł”.

Nauka

„W międzyczasie, jak oni tam zamieszkali, Irka miała wtedy, jedna z tych dziewczynek Irka, miała chyba z 9 lat, a Marysia, młodsza, miała 8 lat, a może 7. I ta Irka już była, ją przygotowywałem do pierwszej komunii, bo już miałem 4 gimnazjum i trochę już z religii, to ją przygotowałem do pierwszej komunii, żeby przyjęła pierwszą komunię, a tę Marysię też uczyłem, ona dopiero zaczynała naukę, trochę była opóźniona, to jej pomagałem w nauce, do pierwszej klasy szkoły podstawowej, pomagałem jej”.

Relacje

„Takie to było współżycie, można powiedzieć, przyjacielskie. I długi czas to nawet ludzie nie wiedzieli, że oni byli Żydami pochodzenia żydowskiego, bo on był Polak, wszyscy po polsku mówili, byli ochrzczeni, chodzili do kościoła normalnie, jak my wszyscy parafianie, do komunii”.

„Oni kupowali od nas, korzystali z mleka, chleb nawet mama pomagała im piec, bo w tym mieszkaniu też mieli piec chlebowy, ale nie umiała piec, to pomagała mama im chleb piec i sama też piekła dla nich ten chleb, czy kupowali sobie gdzieś też. Także pożycie szło jak rodzina z rodziną. Żadnej tam rekompensaty czy zapłaty za to mieszkanie się nie żądało, ratowało się jak brat brata”.

„To była braterska usługa, (…) jeden drugiemu pomagał i to było wszystko, co mieli. Po sąsiedzku mieliśmy taką rodzinę, co trochę była niezbyt przychylna i oni wiedzieli wszystko jak jest, ale też nie zdradzili. Nie mieli nikogo, żadnych kontaktów nie utrzymywali (…) z partyzantami, do żadnej grupy ta rodzina nie należała, ale też nie szkodzili”.

Sąsiedzi

„Specjalnie się nikt o to nie pytał, bo tu nie chodziło o to, żeby się tym ktoś interesował, albo żeby sam mówił człowiek, bo po co? Bo to się nie robiło, nie szukało się żadnej nagrody czy pochwały, tylko z obowiązku usługi bliźniemu”.

Partyzantka

„Mieszkali od 39 roku, koniec 39 do 44 roku, jak już front wschodni stanął na Wiśle (…). A później, pod koniec, związał się z grupą partyzantów polskich. Poszedł do partyzantki i, ten Józek też z nim, razem poszli do partyzantki. A w domu zostały tylko dwie kobiety i te dziewczynki, a oni poszli do lasu”.

„Więc w 44 roku odeszli, jak już front stanął na Wiśle, to oni się przenieśli wszyscy do ojca, do lasu, czyli do grup partyzanckich, tam była grupa „Marcina” tak zwanego. Mieczysław Tarchalski miał taką grupę, pseudonim „ Marcin”, partyzancką grupę, która miała za zadanie (…) walkę z okupantem i rygor i trzymała rygor, jeżeli były niedociągnięcia wśród Polaków, jakieś zdrady, to wykonywali wyroki na takich Polakach, którzy by kumali się z Niemcami. Takie było zadanie partyzantki”.

Spotkanie

„Od tej pory, jak wyszli w 44 roku do lasu, do partyzantki, to przez 50 lat nie wiedziałem, co się z nimi stało, nie miałem żadnej wiadomości. Dopiero po 50 latach, to było w 95 roku, byłem proboszczem w olkuskim powiecie, parafia Łany Wielkie, przyjeżdża jedna z nich. Tu mam jej zdjęcie chyba gdzieś, gdzieś tu mam jej zdjęcie chyba, o tu. Jedna z tych dziewczynek starszych, miała wtedy 9 lat, tu już jest po 50 latach jako dorosła kobieta. To był 95 rok. (…) Ona przyjechała do mnie na probostwo i powiada tak: »Słuchaj, tyle lat żeśmy się nie widzieli«. Ja jej nawet nie poznałem”.

„Ten ojciec, (...) i jej brat przyrodni, Józek, zostali zamordowani zaraz jak wszedł ten front, ruski front, co stanął na Wschodzie. Ta grupa komunistyczna, która walczyła z AK, bo on należał do AK, obydwaj byli w AK, w grupie „Marcina”, to oni spowodowali, że zamordowali tych dwóch, także ojca i tego brata przyrodniego, Józka”.

Więcej

Bibliografia

  • Magdalena Suchodolska, Wywiad z księdzem Witoldem Stolarczykiem, Kielce 8.07.2010