Wywiad z Hanną Taborską | Polscy Sprawiedliwi

Rodzina Popowskich

powiększ mapę

Audio

5 audio

Wywiad z Hanną Taborską

Rodzice

„Ja urodziłam się w marcu 1930 r. w Warszawie. (...) Od samego urodzenia mieszkałam w Warszawie i do Powstania Warszawskiego w tym samym domu, na ul. Raszyńskiej 58”.

„Mama moja była córką zesłańca, jednego z twórców Polskiej Partii Socjalistycznej, Juliana Grabowskiego (...). W swoim zawodowym życiu mama była tłumaczką, tłumaczyła w dwudziestoleciu wiele książek z literatury rosyjskiej”.

„Rodzina ojca mego pochodziła z Podola. (...) po rewolucji większość, którym się udało, znalazła się w Warszawie. Tam również znalazł się mój ojciec po wojnie 1920 roku, brał udział w tej wojnie jako lekarz”.

„Ojciec był lekarzem pediatrii, jeszcze przed wojną zrobił habilitację i od zarania swojej pracy lekarskiej związany był z kliniką dziecięcą na Litewskiej. (...) Klinika została przez Niemców w czasie wojny przesiedlona na ulicę Śliską, już po likwidacji części getta”.

„Moje wczesne, przedwojenne wspomnienia wiążą się przede wszystkim z moim rodzinnym domem, który był domem bardzo otwartym, chyba typowym inteligenckim domem ówczesnej Warszawy, lewicującym (...), aczkolwiek rodzice nigdy w żaden sposób partyjnie nie byli związani”.

Przyjaźnie

„Rodzice mieli wielu przyjaciół pochodzących z tych asymilowanych rodzin żydowskich. I ja doskonale pamiętam te szalone różnice obserwowane przeze mnie jeszcze jako dziecko, między tym środowiskiem żydowskim, takim zwartym, zachowawczym. Ja z mamą i babcią jeździłam co roku na wakacje do Zegrzynka nieopodal Serocka. (...) Pamiętam te Żydówki w perukach, siedzące, odpoczywające. Na tę egzotykę zwracano mi uwagę albo być może sama ją spostrzegałam, ale to były absolutnie dwa różne światy”.

„I właśnie ta inteligencja (…) w czasie wojny szalenie zagrożona, no wśród tych zaprzyjaźnionych środowisk znajdywała możliwie najpełniejszą pomoc. (…) W tej dzielnicy rzeczywiście w czasie wojny działo się wiele, ludzie siebie znali dość dobrze (...), w większości byli to ludzie, którym można było zaufać i w takim nastroju  spędziłam całą wojnę, to znaczy w nastroju zaufania do otoczenia, które było wokół”.

Bianka

„Po skończeniu 6 lat w 36 roku zostałam zapisana do szkoły Wandy Szachtmajerowej (...). Tam (...) poznałam jedyną dziewczynkę, która była pochodzenia żydowskiego – Biankę Perlmutter. Córkę lekarki, też pediatry, ojciec jej, pan Arnold Perlmutter, chyba był jakimś przemysłowcem. (...) myśmy wiedziały, że ona jest innego wyznania. (...) nie różniła się w zasadzie od pozostałej części szkoły”.

„Bianka w szkole nazywała się Jasia, Bianka, Janka – Jasia i tak właściwie cały czas do dzisiaj w naszych wspomnieniach pozostała, podpisuje się w ten sposób w listach. Mieszkała przy Wawelskiej, przy ulicy Grottgera 1”.

„Jasia jeszcze przed koniecznością przeniesienia się do getta, była u nas bardzo częstym gościem, (...) potem nastąpiła przeprowadzka państwa Perlmutter do getta, gdzie zresztą chyba byli w warunkach lepszych, stosunkowo różniących się od pozostałych, po prostu chyba na zasadzie tej, że byli to ludzie zamożni”.

Getto

„Jasia w getcie uczyła się prywatnie, języków, uczyła się angielskiego, była bardzo uzdolniona językowo, przysyłała, nie wiem, już nie pamiętam, dostawałam od niej jakieś liściki krótkie, pamiętam i wiem, że pan Perlmutter zorganizował spotkanie moje i jej w gmachach sądów”.

„I pamiętam, że wychodząc, przez pomyłkę skręciliśmy i mijając bramę getta, weszłyśmy z powrotem do getta. (...) Mama moja była drobną brunetką o ostrych rysach, a więc bardzo dobrze pasowała do tego stereotypu, który mieli zakodowany przeciętni Niemcy. I tylko dzięki jakiejś perswazji żydowskiego policjanta zostałyśmy wypuszczone”.

„Z tego czasu pamiętam nasze, jego telefony do nas i… już nie wiem, kiedy się o tym dowiedziałam, że rodzice moi zadeklarowali swoją pomoc na wypadek, gdyby taka pomoc była konieczna. Na początku nikt sobie nie wyobrażał, że to przybierze tak straszliwe kształty, jak to się rzeczywiście stało”.

„To nie były jakieś więzy znajomości między rodzicami. Oczywiście, oni się znali, pamiętam, że, no chociażby że Pani Perlmutterowa była też lekarką i pediatrą, ale to nie była jakaś taka znajomość bezpośrednia, ona nasiliła się w wyniku działań państwa Perlmutterów, którzy chcieli zapewnić jakieś zabezpieczenie tej dziewczynce”.

„I potem dotarła do nas wieść, że pani Perlmutter pracuje w jakiejś stołówce i przy obieraniu jarzyn, czyli już nie mogła pełnić jakichś funkcji. To były te coraz bardziej nasilające się różnego typu represje. I z późniejszych opowiadań wiem, że ona poszła do jakiegoś chorego dziecka w getcie, w domu, z którego wygarnięto całą ludność. Ona mimo wszelkich starań męża została wywieziona i zginęła w jednym z wcześniejszych transportów. Pozostał pan Perlmutter z Janką”.

„Jej ojciec skontaktował się z moim i ojciec z umówionego miejsca za murem getta przejął ją i przywiózł do naszego domu na Raszyńską. I tam przez kilka tygodni ona u nas mieszkała”.

„Pamiętam moment, w którym znalazła się u nas w domu. Pamiętam, że przyszła w takiej grubej spódnicy wełnianej, która była rozerwana u dołu. I zapamiętałam, że ona mówiła, że wskakiwała na jakąś ciężarówkę”.

Tajemnica

„Do nas z Łodzi przyjechała liczna rodzina mojej mamy. (...) na tej Raszyńskiej, tam się odbywały w tym samym czasie nasze harcerskie zbiórki i komplety, no i tam również musiała się ukryć Janka, która po prostu starała się jak najmniej pokazywać. (...) Oczywiście, nie z tego względu, żeby się uważało, że którakolwiek jest, może być denuncjatorką, no ale podstawowe prawo konspiracji, że trzeba wiedzieć jak najmniej. (...) ale życie toczyło się normalnie, to nie było mieszkanie w szafie”.

„Ja chodziłam do szkoły, pamiętam te zbiórki, kiedy myśmy potem się śmiały, przecież one, te nasze koleżanki nie wiedzą, bo one się pytały, one się niepokoiły o nią… I myśmy to oczywiście traktowały jako dobrą zabawę w chowanego”.

„Pamiętam, że był taki moment, jak ojciec zaniepokoił się, że może być jakaś rewizja i pamiętam, że ona wtedy wyjechała do takiego mieszkanka, które już wynajmowało stryjostwo mojej mamy, właśnie z tych wysiedlonych z Łodzi. I mieszkała tam jakiś czas. Pamiętam, że ją odwiedziłam. (…) po pewnym czasie została przeniesiona na ulicę Hożą. To też był cały okres przygotowywania dla niej dokumentów, nowych dokumentów”.

„Zdenerwowanie mojego ojca, który poprosił (...) ukrywającego się piętro niżej pana Seweryna Olszewskiego, który faktycznie nazywał się Oksner, żeby taką metrykę swoim charakterem pisma wypełnił. I on wypełniając, zrobił jakiś błąd (...), pamiętam, jak ojciec był z tego powodu bardzo niezadowolony”.

Zakon

„Ostatecznie Janka, Bianka Perlmutter, została nazwana Janiną Marzec i na podstawie tejże metryki urodzenia znalazła się na ulicy Hożej u… Chyba to są franciszkanki, prawda? Tak. (...) Potem była przez pewien czas pod Warszawą, tam była jakaś filia tego zakładu”.

„Ona tam była na pewno bezpieczniejsza. Tutaj była łatwo rozpoznawalna jako mieszkanka tej samej dzielnicy i mająca koleżanki liczne i tak dalej… A poza tym dom na pewno był zagrożony. U nas rewizji nigdy nie było, ale ojciec wiem, że współpracował z rządem londyńskim. (...) Poza tym ojciec prowadził praktykę lekarską, (...) ten dom był tak wypełniony ludźmi”.

Pomoc

„Ojciec był głęboko zaangażowany w konspirację. W 40 roku chyba powstał związek, który się nazywał zdaje się Samodzielny Związek Lekarzy (...), które to stowarzyszenie miało za cel współdziałanie lekarzy społeczników (...), między innymi również w ratowaniu dzieci żydowskich i ludzi, których można było ukryć w szpitalach, ewentualnie leczyć w szpitalach, wiem, że ojciec też uczestniczył w jakiejś akcji dostarczania leków do Oświęcimia”.

„Była też zakrojona na szeroką skalę akcja wyciągania dzieci żydowskich i umieszczania ich w tym wypadku na Hożej u sióstr rodziny Marii. W tej akcji znowu bardzo tutaj była czynna matka Matylda Getter”.

„U nas kilkakrotnie nocował i spędzał dużo czasu prof. Henryk Brokman, też pediatra z kliniki na Litewskiej. Odwiedzała go żona z córką, dorosłą córką, które mieszkały i ukrywały się gdzie indziej”.

„W tej samej klatce była taka sąsiadka, w moich ówczesnych oczach starsza pani Fedorowiczowa, tam ukrywała się rodzina Oksnerów, tenże pan Seweryn Oksner, czyli znajomych naszych, pani Aniela Olszewska, czyli pani Aniela Oksner, była koleżanką mojej mamy z łódzkiej szkoły”.

„Pamiętam zdenerwowanie i taką depresję mojego ojca, który starał się koniecznie wyciągnąć z getta doktora Rubaszewa z rodziną, to znaczy z żoną i dwoma synami (...),  była jakaś już rozkręcona, że tak powiem, kampania wydobycia ich, kiedy ojciec się dowiedział, że Rubaszew całej swojej rodzinie dał cyjanek i sam również zażył”.

„Gospodyni szalenie się obawiała tego i nieustannie indagowała, że jej się wydaje, że jednak ten ktoś, kto dzisiaj nocował, na pewno jest Żydem i mama musiała zapewniać, że na pewno nie. Ale to nie było zagrożenie największego stopnia”.

„Raczej sądzę, że oni w jakiś sposób dawali na utrzymanie jakieś pieniądze, no ale myślę… (...), to były ciągle więzy towarzyskie”.

Powstanie

„Jak nas wywieźli w trakcie Powstania, myśmy się znaleźli, po iluś tam dobach wiezienia, w Wałbrzychu (...). I nas tam w ciągu jednej nocy trzykrotnie kąpano. (...) pamiętam mojego ojca, który (…) w pewnym momencie (...) zaczął się śmiać i powiedział mamie, że… mimo wszystko to musiało być bardzo śmieszne. Okazuje się, że on i nasz sąsiad, pan Listopad, bardzo taki chudy, (...) przez cały czas, przez te trzykrotne kąpiele, manewrowali tak, żeby cały czas być przed Olszewskim, bo to był człowiek obrzezany. Udało się. Pan Olszewski przetrwał wojnę”.

Perlmutter

„Pan Perlmutter też ukrywał się w Warszawie. [Janka – przypis MHŻP] nawiązała kontakt z nim i widziała się z nim w czasie Powstania, a potem wywędrowała razem z  oddziałem dziewcząt czy kobiet do obozu, który został wyzwolony przez aliantów”.

„Ukrywany był przez Maklakiewiczów, (...) w mieszkaniu, gdzie nie wolno było mu podchodzić do okna i tak dalej, dotrwał do Powstania, został ranny. I nie wiem, czy zadenuncjowany jako Żyd”.

Po wojnie

„Janka już nie wróciła do Polaki, wyjechała do jakichś krewnych w Londynie, a stamtąd do Stanów, gdzie znowu bardzo chciała ją jej rodzina. Ale w której to rodzinie ona się czuła fatalnie, bo trafiła w bardzo takie zachowawcze środowisko żydowskie Nowego Jorku. Bardzo szybko wyszła za mąż, chyba to była też taka chęć wyzwolenia się”.

„Potem Janka odnalazła nas przez Czerwony Krzyż, będąc już chyba w Londynie (...). Te więzy przyjaźni pozostały do dzisiaj”. 

„Oczywiście, że w środowisku się mówiło otwarcie, w tym bliskim środowisku, natomiast o czym wspominałam na początku, co nie jest tajemnicą Poliszynela, nad tym ciążyła cała sfera olbrzymich niedomówień”.

Medal

„O to wystąpiła przede wszystkim Janka, (...) ja byłam bardzo szczęśliwa i wzruszona, kiedy dowiedziałam się, że rodzice uzyskają ten medal. Kiedy go odbierałam, oboje już nie żyli. (...) w tym wypadku czułam się zażenowana, dlatego, że w tym wszystkim moją jedyną zasługą było to, że ja byłam córką moich rodziców”.

„I poszłam do filharmonii w bardzo takim podniosłym nastroju. Nie wiem, czy na koniec mam to opowiedzieć, bo… bo to jest jedno z bardziej moich traumatycznych przeżyć. (...) Przechodziło koło mnie trzech takich chłopaków polskich, (...) i usłyszałam, jak jeden do drugiego powiedział: «Chciałoby się teraz mieć strzelbę» (...). Bardzo długo nie mogłam przyjść do siebie. Bo jest to coś strasznego. Dlatego, że to zostało przekazane, przez tyle lat, przez tyle lat, po tych wszystkich strasznościach, które były”.

Historie pomocy w okolicy

Więcej

Bibliografia

  • Jakub Świetlik, Wywiad z Hanną Taborską, Warszawa 2.07.2010