Rodzina Janczarskich

powiększ mapę

Audio

6 audio

Wywiad z Eugeniuszem Janczarskim

Przed wojną

„Moja matka, Genowefa Janczarska z domu Makowska, była córka młynarza. Jednym z dziewięciorga dzieci, które siew tym młynie, w Imbramowicach nad Dłubnią wychowały. (…) Uczęszczała do gimnazjum w Olkuszu i tam między innymi miała dwie koleżanki Żydówki, z którymi się przyjaźniła (…) Ojciec pochodził z biednej rodziny, śląskiej i był właściwie samoukiem zdobywając zawód leśnika”.

„Gdy były przewidywania wybuchu drugiej wojny światowej, ojciec obawiając się, że może pod Krakowem dłużej utrzymywać się front, (…) przygotował podziemny schron, pod szopą”.

„To miało kapitalne znaczenie, ponieważ w ogóle umożliwiło później przyjęcie tych Żydów. Bo, nie ma co ukrywać, były takie spontaniczne działania pomocy Żydom, ale jeśli nie było warunków takich, jakie mieli rodzice, to to było skazane na niepowodzenie”.

Propozycja

„To była rodzina Kołataczów. Ponieważ ojciec w czasie okupacji również pracował w administracji leśnej (…), przejeżdżając przez Skałę, wstępował do tych Kołataczów. Bo oni prowadzili sklepik spożywczy w rynku w Skale. I tylko taka była jego znajomość z Kołataczami”.

„Oni pierwsze miesiące spędzili w Skale. (…) oni trafili do rodziny Korzonków. (…) Niemcy po zlikwidowaniu zdecydowanej większości Żydów ze Skały, zaczęli przeszukiwać poszczególne zabudowania, legitymowali na ulicy”.

„ Ta rodzina Korzonków była nieco bardziej znana rodzicom. (…) No i jak się zaczęła – jak to się mówi – ziemia palić pod nogami – to załadował ich na wóz. (…) wieczorem czy nawet wczesną nocą powiedziałbym, zorganizował ten parokilometrowy transport (…)  I przywiózł ich do nas.

„I zwrócił się z prośbą, żeby rodzice przetrzymali tę piątkę, bo to była: nieco starsi od rodziców, rodzice tych Żydów i trzech synów, praktycznie dorosłych mężczyzn. Trzy ,cztery, góra pięć dni, on musi coś dla nich znaleźć”.

Ukrywanie

„Matki nie było, jak oni przyjechali. To ojciec ich przyjął, który zresztą był taki bardziej, no dobroduszny Bo nie wiem czy matka by się decydowała”.

„Oni się odróżniali od tych sąsiadów, których ja widywałem. (…) A rano rodzice powiedzieli: pojechali. (…) I potem ich widziałem, w styczniu [19]45 roku. (…) ich cera była taka biała. (…) dwa lata i trzy miesiące bez promienia słonecznego. To, to było coś niesamowitego”.

„Odsuwało się w sypialni szafę. Tam było, był taki dekiel czy właz, który się odsuwało. I parometrowym korytarzykiem wchodziło się do tego schronu. (…) Natomiast w drugą stronę korytarz, który powstawał właśnie potem, jak ci Żydzi byli, kierował się (…) pod oborę. I tam można było wyjść pod żłobem. (…) przez ten otwór po drabinie ci Żydzi, ale tylko nocą mogli wyjść do stodoły. I tam wśród snopów mieli taki schowek. I tam mogli jedynie odetchnąć świeżym powietrzem”.

„Były rury, nie pamiętam czy ceramiczna czy też, czy też to była cementowa. I dzięki temu można było, odgarniając mały, mały kawałek tej ziemi z tej wozowni, na sznurku podać butelkę z mlekiem czy parę kromek chleba”.

 „Dokąd mieli to partycypowali w nabyciu tej bardzo trudno dostępnej żywności. Oczywiście, ponieważ to było dwa lata i trzy miesiące te fundusze się dawno skończyły”.

„Posiłki były takie, jak nasze. Dostarczane, z tego co wiem, raz dziennie. (…)  Było bardzo korzystne to, że również w czasie okupacji funkcjonował ten młyn, z którego matka pochodziła. Jej brat był młynarzem. Dzięki temu mogliśmy być poza ewidencją mielenia ziarna na mąkę, bo Niemcy to wszystko bardzo skrupulatnie liczyli”.

„Matka kupowała zające złapane w sidła (…) Mieliśmy własny sad i robiło się powidła. (…) skromnie, ale na granicy, że tak powiem wytrzymałości. (…) Bardzo nas ratowało to, że to było własne gospodarstwo, że ono było położone w lesie, że praktycznie no, ten las skrywał całą tą sytuację. (…) jeśli ktokolwiek by wiedział, to naprawdę przyszłość była niepewna”.

„Brat był absolutnie w to włączony. Tutaj nie było ani słowa. To znaczy była mowa, że są diabły pod ziemia. Coś takiego. Z tym, że oczywiste było, że my wiemy, ale unikano jakichkolwiek rozmów, bo można się było wygadać”.

„Sołtys przydzielił do nas taką góralkę z Rajczy (…)  I ona pomagała po prostu, była wtajemniczona. Pomagała gotować (…) A potem jeszcze byłego powstańca śląskiego: Wojciecha Kwiatkowskiego, który też był wtajemniczony. I… no i pomagał przy tym”.

Poszukiwani

„Pod koniec okupacji wszystko było na głowie matki, ponieważ ojciec się ukrywał. I Bogdan – brat – się ukrywał. Ponieważ, jak byli ci „partyzanci – zresztą zastrzeleni w Imbramowicach – to miał kulę karabinową, niezużytą i jednemu z tych pseudo-partyzantów dał, żeby zabił Niemca jakiegoś, tą kulą”.

„To wystarczyło, żeby było ostrzeżenie, że jest poszukiwany ojciec i brat (…) Jak Niemcy przyszli, przeszukiwali, przetrząsali całe zabudowania. Mogliby znajść Żydów oczywiście, ale to było jednak świetnie zamaskowane, a jednym z elementów tego maskowania były królicze klatki, które były w tej wozowni, właściwie nad tym, nad tym schronem żydowskim”.

„Psy nie znoszą zapachu odchodów króliczych. (…) Niemcy przyszli z psem policyjnym i on wszedł, tak jak mi opowiadano, wskoczył do tej drewutni i te królicze odchody go cofnęły”.

Miriam

„Była siostra tych, tych Kołataczów juniorów, (…) ta Marysia czy Miriam, ona ukrywała się w Ojcowie, u Grzybowskich. (…) za ścianą, za szafą. (…) Ona tam miała na tyle mało miejsca, że jeśli chciała się wysiusiać to do buta gumowego. (…) Ale tam mieli zbiórki żołnierze AK. I po pewnym czasie się zorientowali, że ta dziewczyna to słyszy”.

„Były dwa sensowne rozwiązania. Pierwsze to ją zastrzelić, (…) a drugie (…) do Janczarskich, jak w dym. (…) Grzybowski wsadził tą dziewczynę na taczki, przykrył jakimś workiem. I przewiózł pod zamek w Ojcowie (…) i tam przejęli ją rodzice. Mieli kosz na bieliznę i tą Marysię położyli w tym koszu, przykryli czymś no i wio. (…) Ona była parę miesięcy”.

Mojżesz

„Po okolicy kręcił się taki młody Żyd, (…) on miał wtedy, ja wiem, piętnaście lat. Świetnie go pamiętam, bo to takie, czarna, czarne włosy. Widać było ten typ, że tak powiem, żydowski. Przychodził do nas. (…) i dostawał jedzenie”.

„Dzięki niemu moja rodzina otrzymała ten medal. Mianowicie jak on się tak błąkał, jak przechowywał się w stogach z niewymłóconym zbożem. I to było jego pożywienie, że łuskał pszenicę. I jadł tę pszenicę (…) żeby jak najmniej narażać ludzi, którzy mu pomagali”.

„Rodzice zwrócili się do Kołataczów, którzy już od kilku miesięcy byli w tym schronie, żeby przyjęli tego chłopaka też. Że on jest sierota, że on jest w trudnej sytuacji. Spotkali się z odmową”.

„On przyjeżdżał potem do nas. Po długim bardzo okresie, kiedy w ogóle ci Żydzi nie zaglądali. Zresztą z tych ocalonych tylko on zajrzał. To Mojżesz Kamrat. Mojse Kamrat. (…) I właściwie on był tym, który docenił rodziców mimo tej małej pomocy. (…) Okazało się, że on przetrwał u Szynclów. To byli rolnicy oddaleni od nas niecałe dwa kilometry”.

Wyzwolenie

„W ciągu chyba pół dnia zniknęli. Chyba jeden znalazł pracę w Urzędzie Bezpieczeństwa, ale to byli dość krótko, wyjechali do Achen. I stamtąd do Izraela, a jeden z tych braci do Kanady”

„Ja go pomagałem zasypywać, bo z wielką ochota likwidowaliśmy ten schron, zasypywaliśmy – wiedząc, że nie będzie już potrzebny. (…) Nie utrzymuję żadnych kontaktów – nie widzimy powodów, żebyśmy to robili”.

„Siostra na przykład uważa, że rodzice nie mieli prawa rozporządzać jej życiem. Nie bez racji”.

 

 

Więcej

Bibliografia

  • Justyna Kutrzeba, Wywiad z Eugeniuszem Janczarskim, Kraków 25.08.2010