Sugihara Chiune i Romer Tadeusz

powiększ mapę

Audio

6 audio

„Wiśniowe kwiaty i piękne młode Japonki w kimonach. Zupełnie inny świat” - historia Chiune Sugihary i Tadeusza Romera

Estera i Michał Weylandowie wraz z synem Marcelem oraz córkami Haliną i Marylą mieszkali przed wojną w Łodzi. „Ojciec pochodził ze Zgierza, a mama z Kalisza. Mówiliśmy w domu tylko po polsku. Jidysz prawie nie znałem. To był obcy język dla mnie. Rodzina niespecjalnie religijna. Ojciec był fabrykantem i specjalizował się w chemii. Był przedstawicielem na Polskę firmy duńskiej Arkus Olje Fabrik” – opisywał najbliższych Marcel Weyland w wywiadzie dla Muzeum POLIN. Matka zajmowała się prowadzeniem domu.

Tuż po wybuchu wojny cała rodzina zdecydowała się na ucieczkę na wschód. Razem z nimi wyjechał także mąż Haliny – Bolesław Jakubowicz. W podróż niewielkim samochodem zabrali biżuterię, papiery wartościowe i trochę najpotrzebniejszych rzeczy. Ich droga prowadziła przez Warszawę, Lublin, aż do Wilna, gdzie przebywali przez kilka miesięcy. Marcel został tam posłany do szkoły żydowskiej. Językiem wykładowym był jidysz, którego Marcel nie znał, więc po krótkim czasie przeniesiono go do działającej w konspiracji szkoły polskiej.

Wilno znajdowało się wówczas pod okupacją radziecką. Gdyby Weylandowie przyjęli radzieckie obywatelstwo, mogliby zostać w mieście na stałe. „Rodzice odmówili jednak tego »zaszczytu«”, mówił Marcel Weyland. Postanowili jechać dalej na wschód. Wkrótce otrzymali wizy do Ameryki Południowej, jednak by się tam dostać, potrzebowali wiz tranzytowych.

Dostali je od Chiune Sugihary – znanego z niesienia pomocy Żydom japońskiego konsula w Kownie. „Sugihara prosił o to pozwolenie u swojego rządu. Bez tego nie można było dostać wyzwolenia od Rosjan. Sugihara, widocznie wiedział, co grozi Żydom w Polsce i wszędzie tam w Europie. I najpierw poprosił rząd o pozwolenie, żeby pozwolili jemu wydać te wizy przez Japonię. Rząd odmówił. Nie chcieli być obciążeni. Nie chcieli nas. To on wtedy mógł dać pozwolenie, że my mamy jakiś inny cel, nie zostaniemy w Japonii, tylko mamy wizę do wyjazdu” –- relacjonował Marcel.

W kwietniu 1940 r. rodzina wyruszyła w podróż pociągiem do Japonii. „Pamiętam jak przejeżdżaliśmy przez Moskwę. Powiedzieli nam że pociąg tam będzie stał przez tyle i tyle godzin, że wyjedzie stamtąd o piątej godzinie. [...] Pojechaliśmy zobaczyliśmy katedrę, Kreml i wróciliśmy sobie spokojnie, godzinę przed wyjazdem na dworzec i pociągu nie było. Wyjechał. Na szczęście była taksówka na dworcu, to myśmy gonili pociąg taksówką i złapali na następnej stacji. Jakoś weszliśmy z powrotem do pociągu. I potem trzy tygodnie byliśmy w tym pociągu przez Swierdłowsk, Tomsk, Nowosybirsk, dookoła jeziora Bajkał, do Birobidżanu”.

Po drodze, we Władywostoku, zostali poddani rewizji granicznej. Żołnierz początkowo zabrał im wszystkie kosztowności, które jeszcze posiadali. Ku zaskoczeniu wszystkich po chwili oddał je matce Marcela, gdyż w jej dokumentach zauważył, że tego dnia obchodzi akurat urodziny.

Weylandowie statkiem popłynęli do Japonii. Legalnie mogli tam przebywać przez 10 dni, ale spędzili w kraju siedem miesięcy. Organizacja Joint zapewniła im lokum. Marcel wspominał swoje oczarowanie Japonią: „były wiśniowe kwiaty, naprawdę wszystko było piękne, słoneczne. Piękne młode Japonki w kimonach. Zupełnie inny świat”. Gdy rząd japoński zorientował się, że Weylandowie przebywają w kraju nielegalnie, nakazano im opuścić wyspę w ciągu 5 dni.

Popłynęli do Szanghaju. W tamtym okresie pomagał im Tadeusz Romer – polski konsul w Japonii, który aktywnie wspierał żydowskich uciekinierów z Polski. Po likwidacji polskiej placówki dyplomatycznej w Japonii jesienią 1941 r., Romer pojechał do Szanghaju.

„Hrabia Romer był bardzo dobrym człowiekiem. Dużo dla nas zrobił. I z nami pojechał do Szanghaju. Zorganizował tam szkoły” – relacjonował Marcel. W Szanghaju Weylandowie mieszkali w obozie dla bezpaństwowców. Wkrótce po przybyciu zmarł Michał Weyland. Marcel poszedł tam do szkoły żydowskiej i uczył się języka angielskiego. Jego siostra Maryla przedostała się do Sydney. Po pewnym czasie dołączyła do niej reszta rodziny.

Marcel Weyland całe życie mieszkał w Australii. Polskę odwiedził dopiero w 1980 r. Przez 50 lat pracował nad tłumaczeniem Pana Tadeusza na język angielski. Przetłumaczył także inne polskie utwory poetyckie. W 2013 r. otrzymał odznaczenie gloria artis za przekład polskiej poezji.