Rodzina Sławików

powiększ mapę

Więcej o Henryku Sławiku

Henryk Sławik – „bohater trzech narodów” – polskiego, żydowskiego i węgierskiego. Niewiele jest osób, które w pełni zasługują na taki tytuł. Nie ma żadnej przesady w zaliczeniu go do ekskluzywnego grona najszlachetniejszych Polaków okresu II wojny światowej, którzy z hitlerowskim najeźdźcą podjęli walkę poza granicami Rzeczypospolitej, okupowanej przez Niemców i Sowietów.

Z jego dokonań na rodzinnym Śląsku przed wojną, a zwłaszcza z jego heroicznej postawy i niezwykłych czynów w latach 1939-1944 na Węgrzech mają prawo być dumni nie tylko Ślązacy. Na wdzięczną pamięć, jak rzadko kto, zasłużył też u rozsianej po świecie społeczności żydowskiej.

Trudno uwierzyć, że od 1923 roku redaktor odpowiedzialny „Gazety Robotniczej”, a w latach 1928-1939 „naczelny” tego organu śląskich socjalistów, wieloletni prezes Syndykatu Dziennikarzy Polskich Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego, współorganizator Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych i Robotniczych Klubów Sportowych, a także sprawujący przez kilka lat funkcję prezesa śląskiego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego Młodzieży Robotniczej „Siła” ukończył zaledwie szkołę powszechną.

Rodziców – drobnych gospodarzy wiejskich z Szerokiej, leżącej wówczas na obrzeżach powiatu pszczyńskiego – nie było stać na dalszą edukację syna. Dobrą lekcję patriotyzmu otrzymał podczas trzech powstań o polskość Śląska, w których brał udział.

Natomiast ileż musiał on włożyć pracy w samokształcenie, by piastować z powodzeniem tyle funkcji, wymagających zarówno wiedzy, jak i umiejętności organizacyjnych. Dodajmy, że śląscy socjaliści w 1929 roku desygnowali Sławika do Rady Miejskiej Katowic, a w 1934 roku do Rady Naczelnej PPS.

W działalności publiczno-politycznej najważniejsza dlań była Polska, polskość, Ojczyzna. Prof. Mirosław Fazan, znawca losów wybitnych Ślązaków, tak przedstawił zasady, którymi Henryk Sławik najprawdopodobniej kierował się także w życiu osobistym:

„Jest to przykład biografii, ukazującej ogromny wysiłek człowieka, który z nizin społecznych przedziera się własną pracą i talentem na czołowe pozycje w życiu społecznym regionu, kraju. Reprezentował on pozytywne cechy przypisywane Ślązakom: odpowiedzialność, pracowitość oraz coś, co było znamienne dla niemal całego pokolenia urodzonego w niewoli – ideowość.

Należał bowiem do pokolenia przełomu XIX i XX wieku, o którym tak ładnie pisał prof. Kazimierz Wyka, że »odzyskana niepodległość nas ogromnie zobowiązywała«. Również w życiu Sławika ta odzyskana niepodległość była jego osobistym zobowiązaniem – zobowiązaniem aż do ofiary własnego życia”.

21 lipca 1928 roku jego żoną została warszawianka – Jadwiga Purzycka. Dwa lata później na świat przyszła córka Krystyna. „Był troskliwym i kochającym ojcem” – usłyszałem od Krystyny Sławik-Kutermak podczas zbierania materiałów do książki „Polski Wallenberg. Rzecz o Henryku Sławiku”. Ukochanego Tatusia tak zapamiętała córka Krysia:

„Dużo wymagał, od siebie zresztą też. Wykorzystywał każdą wolną chwilę, by mi coś przekazać, czegoś mnie nauczyć. Zawsze mu o coś chodziło. Nawet na spacerze po parku Kościuszki mnie, siedmio-ośmioletnią dziewczynkę, traktował jak partnera [...]

Nie zapomnę, jak na jakiejś górskiej wycieczce tłumaczył mi i prosił, bym zapamiętała na całe życie, że wartościowy, prawy i uczciwy człowiek to taki, który zawsze ze spokojem może spojrzeć sobie w oczy. A jak dbał o moją edukację. Wybierał mi ponadobowiązkowe lektury, a potem dyskutował ze mną o zachowaniach i postawach książkowych bohaterów. Z okupacyjnej Warszawy – do której przenieśliśmy się z mamą do jej rodziny, bo tu miało być bezpieczniej niż na Śląsku – musiałam mu wysyłać do Budapesztu swe wypracowania”.

Po 17 września 1939 roku jako jeden z ponad stu tysięcy polskich uchodźców przekroczył węgierską granicę. Pewnie dotarłby do tworzonej we Francji przez gen. Władysława Sikorskiego Armii Polskiej, gdyby w obozie pod Miskolcem, gdzie został czasowo zakwaterowany, nie spotkał  Józsefa Antalla.

Ów pracownik resortu spraw wewnętrznych otrzymał właśnie zadanie zorganizowania rządowej struktury do opieki nad niespodziewanymi przybyszami i dlatego objeżdżał kolejne obozy, by poznać potrzeby przyszłych podopiecznych.

Publiczną wypowiedź Sławika w imieniu uchodźców, Antall uznał za niemal gotową koncepcję swego urzędu. Niejako w rewanżu, zaproponował temu doskonale mówiącemu po niemiecku Polakowi, by udał się z nim do Budapesztu i podjął próbę stworzenia organizacji, reprezentującej interesy uchodźców wobec władz węgierskich.

W ten oto sposób Henryk Sławik już w listopadzie 1939 r. przy pomocy Antalla zaczął organizować Komitet Obywatelski do Spraw Opieki nad Polskimi Uchodźcami na Węgrzech, choć dopiero cztery miesiące później, a dokładnie 3 marca 1940 roku Rząd RP na Wychodźstwie gen. Sikorskiego zatwierdził zasady powoływania swych przedstawicielstw w krajach pobytu uchodźców z Polski.

Do podstawowych zadań Komitetu Obywatelskiego (KO) należało zapewnienie opieki socjalno-medycznej, edukacyjnej, zarówno kilku tysiącom dzieci i młodzieży, jak i dorosłym, kulturalno-oświatowej, religijnej, a także tworzenie warunków do podejmowania pracy przez zainteresowanych.

Realizacja tych zadań była możliwa dzięki partnerskiemu współdziałaniu KO z Biurem Pełnomocnika Rządu Królestwa Węgier ds. Uchodźców Wojennych. Prezes Sławik i jego niektórzy współpracownicy uczestniczyli również w działalności konspiracyjnej, m.in. zajmując się przygotowaniami kandydatów do przerzutów do Armii Polskiej na Zachodzie.

Henryk Sławik szczególną uwagę zwracał na zapewnienie bezpieczeństwa polskim uchodźcom żydowskiego pochodzenia. Wśród przybyłych na Węgry około 120 tysięcy obywateli polskich było 12-15 tysięcy Żydów. 

Już na początku 1940 roku prezes KO zorganizował tajny sposób wyrabiania im nowych dowodów tożsamości o „typowo polskich” imionach i nazwiskach. Niebywale tu ważną rolę odegrali polscy i węgierscy duchowni, którzy potrzebującym wystawiali bez problemów katolickie metryki chrztu.

Odpowiednie zestawy dokumentów, zgodnie z węgierskimi wymogami, następnie trafiały do Biura Antalla, a ten kierował je do swych zaufanych partnerów w Urzędzie ds. Kontroli Cudzoziemców po stosowne pieczęcie.

Niebezpieczeństwo wpadki zwielokrotniło się w drugiej połowie 1942 i na początku 1943 roku, gdy naziści przystąpili do masowego mordowania Żydów. W tym okresie na Węgry udało się dotrzeć około 4-5 tysięcom żydowskich uciekinierów z Polski (głównie ze wschodniej Małopolski).

Było wśród nich około stu sierot. Niektóre z nich jakimś cudem nie znalazły się z rodzicami w wagonach pociągów, jadących do obozów koncentracyjnych, a kilkoro dzieciaków z nich wyrzucono, by je ratować. Jacyś dobrzy ludzie przetransportowali je na Węgry do „wujków” Henryka i Józsefa.

Założony przez Sławika i Antalla wiosną 1943 roku sierociniec dzieci żydowskich w Vácu nad Dunajem urósł do legendy. Oficjalnie nazwano go „Sierocińcem dzieci polskich oficerów”. To majstersztyk kamuflażu! Dzieci uczono podstawowych modlitw katolickich, a w niedziele demonstracyjnie prowadzano je do kościoła, by wszyscy widzieli, jakiej wiary są te dzieciaki.

By zaś odrzucić wszelkie podejrzenia węgierskich sprzymierzeńców Hitlera, do sierot z odwiedzinami przyjechał abp. Angelo Rotta, nuncjusz apostolski na Węgrzech. Jednocześnie organizatorzy i opiekunowie sierocińca z KO Sławika i Biura Antalla dopuszczali, by nauczyciele żydowscy z Izaakiem Bretlerem (Władysław Bratkowski) swych podopiecznych edukowali w zakresie Starego Testamentu i hebrajskiego.

Nad całością czuwał polski pedagog i harcerz – Franciszek Świder. Dzięki zapobiegliwości i znakomitemu planowi ewakuacji, przygotowanemu przez opiekunów, nikt z mieszkańców sierocińca nie zginął, ani też nie trafił w ręce Niemców, choć 19 marca 1944 roku Węgry znalazły się pod hitlerowską okupacją.

Co zrobił i kim dla sierot z Vácu był i pozostał Henryk Sławik powiedziała w 2004 roku jedna ze starszych wówczas wiekiem dziewczynek z tego sierocińca – Cipora Lewawi z d. Cyla Ehrenkranz:

„Ja wierzę, że on był boskim posłańcem. To Niemcy sprawili, że zostałam sama na tym świecie. Jeśli więc dziś żyję i mieszkam w Izraelu i mam tak dużą, własną rodzinę, dzieci, wnuków i prawnuków, w sumie ponad 30 osób, to dlatego, że Sławik mnie uratował”.

Swej pozycji Sławik nie wykorzystywał w sprawach osobistych. Dopiero gdy nasiliły się wezwania żony Jadwigi na gestapo w Warszawie, poprosił Antalla o pomoc w sprowadzeniu jej z córką na Węgry. Bardzo zaangażowana w opiece nad uchodźcami z Polski, w tym polskimi Żydami, hrabina Erzsébet Szapáry z dwoma fikcyjnymi węgierskimi paszportami wywiozła z Warszawy obie panie i w grudniu 1943 roku po 4 latach rozłąki Sławikowie znów byli razem.

Niestety, trwało to tylko kilka miesięcy. Po zajęciu Węgier przez Niemców, wypatrzona przez hitlerowski wywiad pani Jadwiga została aresztowana w Balatonboglár jako jedna z pierwszych uchodźczyń. Po pobycie w budapeszteńskim więzieniu trafiła do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, który szczęśliwie przeżyła.

Sławik takiego szczęścia nie miał. Po kilku miesiącach ukrywania się, najprawdopodobniej zadenuncjowany przez Polaka-agenta, w lipcu 1944 roku trafił w ręce gestapo, podobnie jak József Antall.

I jeszcze raz swą postawą dowiódł jak wielkiej miary był człowiekiem. Niemcom nie powiodła się próba wymuszenia na Sławiku obciążających Antalla zeznań.

Podczas urządzonej przez gestapowców konfrontacji prezesa KO z Antallem całą „winę” wziął na siebie. Bity i katowany zaprzeczył, by Antall m.in. pomagał Polakom w organizacji przerzutów żołnierzy do armii gen. Sikorskiego, a także by razem z nim ratował Żydów. To dzięki Sławikowi Antall przeżył, a on sam za swe czyny 25 lub 26 sierpnia 1944 roku został zamordowany w niemieckim obozie zagłady w Mauthausen.

Wcześniej nie skorzystał z trzech wiz do Szwajcarii, które węgierscy przyjaciele wyrobili dla niego i jego najbliższych. Podczas ostatniego w kryjówce nad Balatonem spotkania z 14-letnią córką Krysią, na jej pytanie, dlaczego nie schronili się przed Niemcami w Szwajcarii, odpowiedział, że nie mógł zostawić tych, których powierzono jego opiece...

Po zakończeniu wojny wdzięczny Antall odnalazł wędrującą po węgierskiej prowincji 15-letnią Krystynę. Chciał ją adaptować. Na szczęście jej mama wróciła z Ravensbrück do Katowic. 

Władze polityczne Polski Ludowej na Śląsku nie były łaskawe wobec pamięci o swym wielkim krajanie. Decyzję radnych o nazwaniu jednej z ulic w Katowicach imieniem Sławika po 3 dniach anulowano. Przedstawiciel polskiego rządu na wychodźstwie nie mógł patronować czemukolwiek w nowej rzeczywistości i tak zasłużony dla ukochanego regionu jej obywatel na dziesięciolecia poszedł w zapomnienie.

Dopiero w 1977 roku o Henryka Sławika jako pierwszy upomniał się izraelski adwokat Izaak Bretler, jeden z wychowawców sierocińca w Vácu. To on zgłosił jego założycieli i nauczycieli do  honorowego tytułu „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Niepełne dane, jakie podał w Instytucie Yad Vashem oraz brak wówczas stosunków dyplomatycznych Polski z Izraelem sprawiły, że wniosek ten do pomyślnego finału w dniu 6 listopada 1990 roku doprowadził dopiero Henryk Zvi Zimmermann.

Ten polski Żyd, prawnik po Uniwersytecie Jagiellońskim, po ucieczce z obozu pracy w Bieżanowie i dotarciu do Budapesztu dzięki polskim kurierom, przez pół roku do okupacji Węgier przez Niemców, pomagał Sławikowi w dziele ratowania Żydów.

Zimmermann, były wiceprzewodniczący Knesetu i izraelski dyplomata, w swej biografii „Przeżyłem, pamiętam, świadczę” (1997) jeden z rozdziałów poświęcił Sławikowi. W 2001 roku doszło w Warszawie do spotkania Henryka Zimmermanna z dwoma wojennymi uchodźcami –  Janem Stolarskim i Bogumiłem Dąbrowskimi (prezesem i wiceprezesem Federacji Stowarzyszeń Polsko-Węgierskich) oraz Grzegorzem Łubczykiem, ambasadorem Polski na Węgrzech w latach 1997-2001.

To podczas tego spotkania Zimmermann nazwał Sławika „Polskim Wallenbergiem”, a zainspirowany jego niezwykłym i nieznanym losem, Łubczyk zaczął zbierać materiały do pierwszej książki w całości poświęconej temu patriocie ze Śląska pt. „Polski Wallenberg. Rzecz o Henryku Sławiku” (2003). Wtedy też zrodziło się wystąpienie Federacji do władz Katowic o przywrócenie w tym mieście ulicy Sławika.

To spotkanie w następnych latach zaowocowało m.in. audycjami radiowymi Andrzeja Sowy i filmem dokumentalnym Marka Maldisa i Grzegorza Łubczyka „Henryk Sławik. Polski Wallenberg” (TVP 2004) oraz dwoma pośmiertnymi odznaczeniami Henryka Sławika: Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (2004) i Orderem Orła Białego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego (2010).

Wieloletnia kampania informacyjna w postaci ponad 150 spotkań poprowadzonych przez Łubczyka, autora dwóch książek o Sławiku, w Polsce i zagranicą oraz licznych pokazów dokumentu „Henryk Sławik…” okazała się dobrą drogą w przywracaniu Sławikowi godnego miejsca w historycznej świadomości nie tylko Polaków.

Wciąż jest jednak wiele do zrobienia w tym zakresie.

Na pewno więcej placówek oświatowych, zwłaszcza na Śląsku, mogłoby obrać tego bohatera za swego patrona wzorem Gimnazjum nr 3 w Jastrzębiu Zdroju-Szerokiej (2004) i Gimnazjum nr 17 w Katowicach (2008).

Od 23 września 2008 roku rolę głównego promotora wiedzy o tym wybitnym Ślązaku oraz wartości, według których żył i za które oddał życie, wzięło na siebie powstałe w Katowicach z inicjatywy Aleksandra Fiszera, Michała Lutego i Grzegorza Łubczyka – Stowarzyszenie „HENRYK SŁAWIK – Pamięć i Dzieło”.

Z wielu zadań, jakie postawili przed sobą jego członkowie należy wymienić budowę w Katowicach pomnika, honorującego dokonania swego Patrona oraz jego węgierskiego Przyjaciela – Józsefa Antalla.