„Najpiękniejsze ludzkie czyny nie zawsze wymagają rozgłosu” – opowieść Felicji Raszkin-Nowak

Felicja Raszkin urodziła się 23 grudnia 1924 r. w Warszawie. Mieszkała tam wraz z rodzicami aż do wybuchu II wojny światowej. Ojciec Felicji pochodził z Białegostoku, dokąd udał się na rozkaz swojego dowódcy we wrześniu 1939 roku. Felicja i jej matka zostały w Warszawie. W listopadzie 1939 r. przez „zieloną granicę” przedostały się do Białegostoku, dołączając do przebywającego tam ojca oraz jego licznej rodziny. Wszyscy zamieszkali u babci Marii Raszkin przy ul. Lipowej 33. Felicja znała Białystok dość dobrze. Miała tam dużo koleżanek, ponieważ u babci spędzała każde wakacje. Po pewnym czasie cała rodzina została wysiedlona przez armię radziecką z mieszkania przy ul. Lipowej i przenios...

Felicja Raszkin urodziła się 23 grudnia 1924 r. w Warszawie. Mieszkała tam wraz z rodzicami aż do wybuchu II wojny światowej. Ojciec Felicji pochodził z Białegostoku, dokąd udał się na rozkaz swojego dowódcy we wrześniu 1939 roku. Felicja i jej matka zostały w Warszawie. W listopadzie 1939 r. przez „zieloną granicę” przedostały się do Białegostoku, dołączając do przebywającego tam ojca oraz jego licznej rodziny. Wszyscy zamieszkali u babci Marii Raszkin przy ul. Lipowej 33. Felicja znała Białystok dość dobrze. Miała tam dużo koleżanek, ponieważ u babci spędzała każde wakacje. Po pewnym czasie cała rodzina została wysiedlona przez armię radziecką z mieszkania przy ul. Lipowej i przeniosła się na ul. Nowy Świat.

27 czerwca 1941 r. do Białegostoku wkroczyli Niemcy. Już w sierpniu utworzyli getto, w jego obrębie mieściła się również ul. Nowy Świat. Ojciec Felicji znalazł się wśród 5 tysięcy mężczyzn zabranych przez Niemców 12 lipca 1941 r. jako „zakładnicy”. Po wojnie okazało się, że wszyscy zostali rozstrzelani na Pietraszach. Felicja i jej matka przebywały w getcie przez dwa lata.

16 sierpnia 1943 r. rozpoczęła się akcja likwidacyjna getta. Niemcy oszczędzili jedynie garstkę rzemieślników, których potrzebowali do pracy. Felicji oraz jej matce udało się uniknąć wywózki, ponieważ podały się za rodzinę majstra warsztatów krawieckich, w których obie pracowały. Jak po latach napisała Felicja: „Wracałyśmy do getta z prolongatą na życie”. Wiedziały jednak, że prędzej czy później one także trafią do transportu. Felicja, po namowach matki, postanowiła uciec z getta. Pracując w zakładach krawieckich codziennie wyjeżdżała poza mury z ładunkiem mundurów dla Niemców, które zawożono na stację kolejową. Jak sama wspomina: „Trzykrotnie wyjeżdżałam na platformie i trzykrotnie wracałam do getta, nie mogąc rozstać się z mamą”. Pewnego dnia wchodząc na ostatnią platformę z mundurami zauważyła, że eskortuje ją młody Niemiec, którego znała. Był w bardzo dobrym humorze, próbował nawet żartować. Felicja postanowiła spróbować ucieczki: „Nagle zdobyłam się na desperacki krok. Powiedziałam żołnierzowi, żeby nie żartował, ale pomógł mi. Nie zrozumiał. Wyznałam, że chcę uciec. Roześmiał się. Zapytał dokąd się udam, poprosił o adres. Przelękłam się podstępu i zdrady. Odpowiedziałam, że nie wiem, pójdę przed siebie do jakiejś wsi. Przyjrzał się uważnie. »Szkoda ciebie. Odwrócę się, nie będę patrzył, rób co chcesz« – powiedział”. Felicja zeskoczyła z platformy i ukryła się w krzakach. Była teraz sama poza murami getta. Miała wtedy osiemnaście lat.

Jako pierwszy pomógł jej przechodzący mężczyzna, Stanisław. Zabrał ją do dozorczyni budynku, w którym przed wojną mieszkała rodzina jej ojca. Felicja nie mogła tam jednak zostać. U innych osób, które znała, również nie było dla niej miejsca. Gdy stwierdziła, że będzie musiała wrócić do getta, Stanisław zjawił się z wiadomością, że znalazł dla niej kryjówkę u swojego znajomego.  Udało mu się także skontaktować ze znajomymi rodziny Raszkin mieszkającymi na wsi. Po kilku dniach przyniósł Felicji list z getta od jej matki. Zażądał zapłaty: „»Nie o pieniądze chodzi« – odpowiedział zdyszanym głosem i schował list. Przyciągnął mnie do siebie, objął mocno i usiłował pocałować. Zaczęłam się wyrywać, ale trzymał mnie jak w kleszczach. Czułam przykry oddech. Odwracałam głowę, szamocząc się. Łzy dławiły, ale nie mogłam krzyczeć i wzywać pomocy sąsiadów. Nikt nie mógł wiedzieć, że się tam znajduję, że żyję. »Ja nie zdradzę, ale nigdy nie miałem takiej panienki i nie przepuszczę okazji« – śmiał się. […]. Wysoka była cena tego listu”.

Rodzina Raszkinów miała znajomego jeszcze z czasów przedwojennych – pana Piotra. Mieszkał on na wsi pod Białymstokiem. Po ucieczce z getta Felicja postanowiła zwrócić się do niego o pomoc, jednak nie mogła sama bezpiecznie opuścić miasta. Po kilku dniach, we wtorek 31 sierpnia 1943 r. do Białegostoku przyjechał pan Piotr, powiadomiony przez Stanisława, i zabrał Felicję do siebie. Ukrył dziewczynę w szopie, gdzie przechowywano grochowinę. W nocy żona pana Piotra, Stanisława, zaprosiła Felicję do ich chaty na kolację. Dziewczyna dała swoim opiekunom woreczek z biżuterią, który kilka dni później pan Piotr oddał Felicji, radząc by zatrzymała kosztowności na przyszłość, gdyby musiała uciekać gdzie indziej. Następnego dnia gospodarze zaaranżowali w stajni kryjówkę dla Felicji: „W miejscu, gdzie opadał dach, zbudowano sztuczną ściankę, z której wyjęto trzy deski połączone poprzeczką. Ujrzałam maleńką komórkę, wielkości leżącego na podłodze siennika napełnionego słomą. Aby wejść do komórki, należało schylić się i w takiej pozycji pozostać. […] W drugim końcu podłogi, w nogach siennika, zrobiono większą dziurę, która miała mi służyć do celów higienicznych”. Felicja otrzymała koc i poduszkę oraz latarkę, którą miała się posługiwać jedynie w sytuacjach koniecznych. W skrytce panowała ciemność, którą w nocy rozpraszała jedynie niewielka poświata, przeświecającego przez szpary księżyca, w dzień zaś dochodziły tam lekkie promyki słońca.

O obecności Felicji wiedzieli jedynie gospodarze, ich dwie starsze córki, Danusia oraz Krysia oraz syn Bartek. Rodzice pana Piotra oraz 3-letnia córka Basia nie mieli o niej pojęcia. Jedzenie na strych przynosiła pani Stanisława lub jedna z jej córek, najczęściej Danusia. Ona też zaopatrywała Felicję w książki oraz materiały do robótek ręcznych. W kryjówce było bardzo gorąco, więc Felicja od razu uszyła sobie lekką lnianą koszulkę. Pisała też pamiętnik. Po czterech tygodniach dowiedziała się, że  tzw. małe getto w Białymstoku przestało istnieć. Nie znała losu swojej mamy. Po wojnie dowiedziała się, że zginęła na Majdanku lub w Treblince.

Z biegiem czasu Felicja stawała się członkiem rodziny, chociaż niewidocznym. Rodzina pana Piotra prowadziła dobrze zorganizowane i zadbane gospodarstwo. Wszyscy byli religijni. Felicja chciała zapoznać się z zasadami katolicyzmu, dlatego pani Stanisława podarowała jej swój modlitewnik. Pewnego razu Danusia przyniosła jej do przeczytania Żywoty Świętych mówiąc: „To ci starczy na długo”. Książki, które przynosiła jej Danusia w większości pisane były po niemiecku, Felicja uczyła się więc także języka. Tylko czasami w nocy mogła zejść ze strychu, by w stodole rozprostować nogi. W czasie tych „spacerów” wykonywała podstawowe ćwiczenia, aby zachować sprawność fizyczną oraz siły. Dobrze wiedziała bowiem, że choroba byłaby dla niej ogromnym zagrożeniem. Nikt nie mógł przecież wezwać lekarza, a kaszel na pewno zdradziłby jej obecność na strychu.

Gdy nastała zima, a wraz z nią silne mrozy, pod osłoną nocy przyjmowano Felicję do chaty. Na zimę dostała również od swoich opiekunów kożuch i wełniane skarpety. Danusia przynosiła jej butelki z gorącą wodą do ogrzania się. Wigilię 1943 r. Felicja spędziła w chacie razem ze swymi opiekunami. Na wsiach nie było zwyczaju odwiedzania się tego wieczora, dlatego ryzyko dekonspiracji Felicji było niewielkie. W razie wizyty niezapowiedzianego gościa, dziewczyna miała zostać przedstawiona jako koleżanka Wandy, najstarszej córki pana Piotra, która przyjechała do domu z Białegostoku na Święta.

Przez kilka dni na strychu przebywał także pewien chłopak działający w podziemiu. Nie wiedział o obecności Felicji, dlatego też w tym czasie dziewczyna musiała zachowywać się w swojej kryjówce ze zdwojoną ostrożnością.

Pewnego dnia w gospodarstwie zjawili się Niemcy. Przeprowadzali rewizję w całej wsi. Poszukiwali  nauczycielki, która prowadziła tajną szkołę. Opiekunowie Felicji, zaalarmowani wcześniej przez sąsiadów, ukryli dziewczynę w grochowinie, jej skrytkę zasypali słomą, a pamiętniki, które spisywała przez ostatnie miesiące spalili, by nie wpadły przypadkiem w ręce Niemców. Gdy żołnierze odjechali, pani Stanisława odkopała zdrętwiałą Felicję z grochowiny.

Felicja przebywała u rodziny pana Piotra aż do lata 1944 roku. 25 lipca gospodarze wyprowadzili dziewczynę na pola żyta, by tam się ukryła. Opuszczający teren Niemcy plądrowali napotkane wsie, Piotr i Stanisława obawiali się podpalenia zabudowań gospodarczych. Nie chcieli, by w ostatnich dniach niewoli Felicji przydarzyło się coś złego. Danusia przychodziła raz dziennie na pole, przynosząc dziewczynie jedzenie. Felicja przeżyła w kryjówce u pana Piotra i pani Stanisławy jedenaście miesięcy. Po czterech dniach spędzonych w polu usłyszała zbliżających się żołnierzy radzieckich.

Niemcy opuścili Białystok 27 lipca 1944 roku. Felicja pożegnała swoich opiekunów we wtorek 1 sierpnia 1944 roku. Udała się do Białegostoku, by odszukać kogoś ze swoich krewnych. Po przybyciu do miasta dowiedziała się, że z jej białostockiej rodziny nie przeżył nikt. Ludzie wychodzili z kryjówek. Okazało się, że w mieście z 40 tysięcy Żydów białostockich pozostało tylko 40 osób. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Felicję odnalazł brat jej ojca, Samuel Raszkin, który służył w armii radzieckiej. Zabrał swoją bratanicę do Moskwy. Felicja poznała tam Janka, oficera Wojska Polskiego. Pobrali się w maju 1946 r. i razem wrócili do Polski. Po wydarzeniach marca 1968 r. wyjechali razem z kraju, dołączając w 1971 r. do swoich dzieci mieszkających w Danii. Z panem Piotrem i jego rodziną utrzymywali kontakty aż do jego śmierci.

Po 1945 r. polscy opiekunowie Felicji zostali poddani inwigilacji. NKWD aresztowało pod zarzutem współpracy z Armią Krajową pana Piotra i jego syna Bartka. Po półrocznym pobycie w więzieniu zostali wypuszczeni.

Felicja Raszkin-Nowak po latach napisała:

„Najpiękniejsze ludzkie czyny nie zawsze wymagają rozgłosu czy szczególnej oprawy. Raczej skromność i cisza bywa ich udziałem.

Człowiek, który ocalił moje życie w mrocznym okresie okupacji niemieckiej, narażając swoje własne i całej rodziny, protestował, gdy chciałam ujawnić jego nazwisko. Mówił, że uczynił to przecież nie dla sławy. Szanowałam ten odruch wielkiego serca, ale nie mogłam przemilczeć czynu, bo nie wszyscy wierzyli w jego bezinteresowność. […]

Poza samym szczęściem ocalenia czułam dumę, że danym mi było zetknąć się z Ludźmi tak wielkiego serca i nieugiętego charakteru.

Niedługo przed śmiercią Człowiek, któremu zawdzięczam życie, powiedział mi, że nie obawia się stanąć przed obliczem Stwórcy, bo wie, że przez ocalenie mnie zmazał swoje grzechy”.

Tekst opracowany na podstawie: F. Raszkin-Nowak, Moja Gwiazda, wyd. TransHumana, Białystok 2008.