Rodzina Zientalów

powiększ mapę

„Śmierć na każdym kroku czyhała”. Historia rodziny Zientalów

„Mieliśmy w mieście dużo przyjaciół Żydów. Moja córka Stasia miała sklep, Żydzi często u niej kupowali i znali nas dobrze. Na herbatę często zapraszali”, zapisała Bronisława Ziental w relacji, którą złożyła w 1962 r. w Izraelu.

Podczas II wojny światowej rodzina Zientalów mieszkała we Włodzimierzu Wołyńskim (obecnie w granicach Ukrainy). Stanisław Ziental pracował w cukrowni, Bronisława z d. Krawentkowska była krawcową. Wybudowali dom na rogu ulic Centralnej i Wiejskiej, a na jego tyłach mieli duży ogród. W 1939 r., po wejściu Rosjan, Zientalowie zmuszeni zostali do opuszczenia domu. Odzyskali go po zajęciu miasta przez Niemców.

Jedna z ich córek, Irka, pracowała jako pielęgniarka w szpitalu zakaźnym przy ulicy Lotniczej. Dzięki niej rodzina znała wielu lekarzy Żydów.

„Gdy rozpoczęły się akcje, przyszedł dr Keitelman z żoną do mojej córki Zosi, której mąż był zawiadowcą stacji i prosił, żeby ich przechowała. Córka była w kłopocie, bo nie miała miejsca, gdzie ich mogła ukryć. Ale odmówić ludziom w takiej potrzebie nie mogliśmy. Więc mój mąż, który był obecny przy tym, powiada: »Nie ma innej rady, tylko trzeba ich zaprowadzić do nas, na działki«”.

Pan Stanisław miał na myśli przydomowy ogród. Mimo złego stanu zdrowia, chorował na raka, wybudował połączenie między ogrodem a piwnicą. „Wybił w spiżarni wejście do piwnicy i zamaskował je płytą. Zamurował drzwi prowadzące z dużej piwnicy, do której wchodziło się z ogrodu, do małej – ona to służyła za schowek”.

Tydzień później do Keitelmanów dołączył dr Bernard Torbeczko. „Dr Torbeczkę spotkała moja córka Irena, gdy szedł do szpitala, w którym razem pracowali. »Dokąd pan idzie – zapytała córka – przecież o czwartej godzinie zamykają getto. Trzeba się ratować«. Dr Torbeczko zawiązał chustką twarz, aby go po drodze nie poznali i wsiedli na rower”.

Jesienią 1942 r. Niemcy rozpoczęli akcję likwidacyjną miejscowego getta.

Kolejne trzy osoby znalazły wówczas schronienie w piwnicy u Zientalów. Lewitowie, wspierani przez Irkę Ziental (nosiła im chleb, słoninę), ukrywali się w budynku administracyjnym szpitala. „Po paru dniach zaczęły się różne osoby domyślać, że na górce w budynku administracyjnym ukryci są Żydzi. Ich sytuacja stawała się niebezpieczna. Sekretarka Ukrainka powiedziała mojej córce: »Oni muszą stąd odejść, bo ich nie uratujemy, a same się zgubimy«”.

Kilka kolejnych miesięcy ukrywali się na wsi u chłopów. „[…] do tej Ukrainki ukrywającej Żydów, przyszli banderowcy: »Ty tu masz Żydów« – powiedzieli jej. Przestraszyła się, ale nadrabiała miną, i powiada: »No, to jak ja mam Żydów, to możecie nawet chałupę podpalić, uciekną wtedy jak szczury«”.

Nocą gospodarze i ukrywający się uciekli. Chłopi poszli do krewnych, Żydzi zostali na polu.

„Lewitowa zebrała się na odwagę – a zresztą i tak nic innego jej nie pozostawało, i chyłkiem, bocznymi drogami dostała się do szpitala. Zastała Irkę. Zaczęła ją prosić, żeby ich ratować, że siedzą na polu i już tylko śmierci oczekują. Irka zaraz do mnie przyleciała. »Mamo, Lewitowie i Grinbergowie na polu siedzą«. »Jak ich już siedzi u nas troje – powiedziałam jej na to – to niech i oni przyjdą«”.

Irka przeprowadzała każdego osobno. W pierwszej kolejności Lewitową, resztę nocą. „Wszędzie krążyły patrole niemieckie i ukraińskie i śmierć na każdym kroku czyhała […]. Całą noc Irka chodziła tam i z powrotem, przyprowadzając ich po kolei, bo od razu z całą grupą iść było niebezpiecznie. Tymczasem Grinberg gdzieś się zawieruszył i Irka chodziła go szukać, aż odnalazła”. Do siódemki wkrótce dołączyli Szragowie oraz Peklerowie, którzy stracili wcześniejsze kryjówki.

W dwunastoosobowej grupie najmłodsza była szesnastoletnia córka Szragi, pozostali byli dorośli. „[…] młodzi lekarze z żonami, jeszcze na »dorobku« i nie rozporządzający jeszcze żadnymi funduszami”, zanotowała pani A. Raaba, która przeprowadziła wywiad z panią Ziental. „Pomagały więc – jak opowiada świadek – zamężne córki, pomagała pracująca w szpitalu córka Irena (obecnie p. Jakira, zamieszkała w Hajfie). Tylko Szragowie i Peklerowie, jako kupcy z zawodu, mieli trochę pieniędzy”.

Zamknięcie i bycie skazanym na przebywanie w jednym pomieszczeniu z kilkunastoma innymi osobami rodziło napięcie między ukrywającymi się. […] dochodziło nawet do gorszących i szpetnych scen, jak np. w wypadku – opowiedzianym mi również przez p. Irenę – gdy lekarz, którego nazwiska nie chciała wymienić, odmówił pomocy lekarskiej cierpiącej na czyraki 16-letniej córce Szragi, bo ten ostatni nie kwapił się z zapłatą za tę pomoc”.

Zientalowie bali się sąsiadów, Niemców i Ukraińców. Za dnia Bronisława zabierała ukrywających się do domu. Zaciągali zasłonami okna. Noce spędzali w piwnicy.

„[…] ile się przy nich nadźwigałam jedzenia i nagotowałam kotłów. I to wciąż pod strachem Bożym, żeby z sąsiadów kto nie zauważył, że tyle piekę chleba i gotuję. […] Razu pewnego, nie zdążyłam kubła wylać, a tu na podwórze zajeżdżają Niemcy. Drżałam, żeby kubła nie zobaczyli, bo zaraz byliby się domyślili, że ukrywam Żydów. Zamknęłam szybko drzwi, a tu oni już się dobijają. Wylałam na głowę zimną wodę i idę już otwierać, tłumacząc im, że musieli chwilkę zaczekać, bo musiałam osuszyć głowę, którą właśnie myłam. […] Razu pewnego przyszli Ukraińcy do naszej piwnicy. Nie do tej małej, w której byli ukryci Żydzi, bo ta miała wejście zamaskowane, ale do dużej. Ryli tam jamy, szukali jakichś majątków. Schowani w małej piwnicy Żydzi siedzieli z zatajonym oddechem. W końcu Ukraińcy poszli”.

Pani Bronisława pomagała też jak mogła tym, którzy pozostali w getcie. „[…] ja szłam koło getta, a oni krzyczą z daleka: »Pani Zientalowa!« i na migi pokazują, żeby im, na Boga, trochę jedzenia przez druty przerzucić. Więc wracam do domu, nasypuję trochę mąki, cukru do woreczka i idę znowu pod druty. Tam stoi Kamm, znam go dobrze, przed wojną miał sklep, a teraz jak nędzarz. Bałam się podrzucić woreczek, żeby milicjant nie zobaczył. Więc zrobiła to Sonia Kowalska, która handlowała z ludźmi z getta. Innym razem córka nakładła mi chleba, pomidorów, jabłek, to podrzuciłam to faktorowi Kacowi”.

Dwa lata Zientalowie pomagali ludziom w swojej piwnicy. W 1944 r. cała rodzina wywieziona została przez Niemców do Lubiczyna k. Lublina. „Do naszego domu sprowadził się chłop, Ukrainiec, nazwiska jego nie pamiętam, wiem tylko, że na imię mu było Franciszek. Jemu przekazałam ukrytych u mnie Żydów i prosiłam, żeby się nimi opiekował”. Wszyscy przetrwali do końca wojny.

Pan Stanisław wkrótce po wojnie zmarł. Bronisława Ziental zamieszkała w Łodzi z córką, która poślubiła ocalałego z Zagłady, dr. Jakirę. Następnie wszyscy razem wyjechali do Austrii, gdzie przebywali w obozie dla przesiedlonych w Linzu. W 1949 r. osiedlili się w Izraelu.

Jedynie rodziny Lewitów i Keitelów utrzymały z nią kontakt. „Reszta nie pisze. Są daleko, nie odzywają się”. Pani Raaba opatrzyła relację smutnym komentarzem. „Ludzie nie zachowali p. Z. we wdzięcznej pamięci. […] podobno żyją w doskonałych warunkach materialnych, dorobili się majątków, ale o p. Z. zapomnieli. […] należy nadmienić, że o żalu swym do swych dawnych podopiecznych p. Z. mówi z dużą powściągliwością”.

26 listopada 1968 r. decyzją Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie Bronisława Ziental i jej córka Irena Jakira zostały uhonorowane tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Bibliografia

  • Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie, Departament Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, M.31.2498
  • Gutman Israel red. nacz., Księga Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, Ratujący Żydów podczas Holocaustu, Kraków 2009