Rodzina Pomorskich

powiększ mapę

Relacja Tadeusza Pomorskiego

Józef Pomorski i jego synowie udzielili w czasie okupacji pomocy Żydom zbiegłym z getta w Bełżcach.

„W roku 1940-1941 była ostra zima, strasznie duży mróz. Tak, jak mój teść opowiadał, pojechał do Bełżec, do miasteczka, na jarmark. Łączność z Żydami utrzymywano na co dzień odwiedzając krawca, szewca czy rzemieślnika. Z racji tego, że rzemiosło spoczywało w rękach Żydowskich. Żyd zapytał Pawła, co u niego słychać. Paweł odpowiedział, że nie jest dobrze, przez ten siarczysty mróz nawet kuropatwy giną. Żyd na to, że jest niedobrze, że już nadchodzi chwila zagłady naszej. Nie wiem skąd on to wziął, gdzie to przeczytał, nie wiem.

Zaczęło się tak niewinnie. Wiadoma sprawa, że okres okupacyjny był bardzo ciężki. My mieszkaliśmy na wsi,w Stanach na kolonii, z dala od wsi. (…) Potrzebowaliśmy krawca, on na razie jeszcze chodził, z nim chodziła jego rodzina: żona jego i żony przybrane córki. To była Regina, Rywka i Chana. Do wsi przyjechali Niemcy, więc kuzynka to znaczy wujenka dała znać, powiedziała: >>Tam krawiec szyje u Pomorskich<<, więc jak on szedł, dało się zauważyć, wszystko zniknęło momentalnie. Wszyscy się wynieśli, maszynę się sprzątnęło i nie było nic.

Dość przezorni byli ci Żydzi, gdyż zaraz po tym przypadku przenieśli się w inne miejsce. Z soboty na niedziele Zielonych Świątek napadła nas banda. Podłożem było to, że Żydzi byli, krawiec był. Nie zastali nikogo z Żydów, natomiast nas obrali z odzieży dokumentnie. Pozostawili koszulę i dolne części ubrania. To się skończyło. Brat słyszał, akurat spał w stodole, ale nic nie zrobił bo wychodził z założenia że nic nie może zrobić. Ale mógł, przecież był w partyzantce, mógł strzelić, odstraszyć. Ale mówił, że przyjdą i spalą, nie ma sensu.

Na początku była u nas czwórka Żydów, później przybyła trójka, ale to dalsza sprawa. Znali serce ojca, dobroć ojca, powiedzieli, że tu chyba będzie najlepiej. Oni przechodzili, nie byli w jednym miejscu zawsze. Jak było coś nieodpowiedniego dla nich to przenosili się w inne miejsce. A to do cioci, trzy kilometry dalej była wieś Stasin, tam też chodzili.

Sytuacja Żydów się pogarszała, ale oczywiście pozostali kryjówkę mieli w stodole: nad chlewem w zagłębieniu był zrobiony schowek ze słomy. Żydzi mieli możliwość w nocy wyjść, ponieważ w okolicy nie było zabudowań. Jeżeli chodzi o wyżywienie to, to co jedliśmy my to jedli i oni. Cały dzień nie donosiliśmy jedzenia, dopiero wieczorem. Szło się do inwentarza z dwoma kubełkami, nikt nie mógł podejrzewać, że się nosi komuś.

Kiedyś w gminie zlikwidowano całą grupę poborców, to znaczy dwóch Niemców i chyba dziesięciu Ukraińców w gminie Wojciechów, my mieliśmy dużego stracha. Wszyscy uciekaliśmy, natomiast ci Żydzi musieli pozostać u nas. Mało tego, jeszcze z pobliskich wsi, które były zagrożone to do nas wszyscy szli, bo u nas było bardzo dobrze. My z braćmi natomiast uciekliśmy aż na Józefin, bo uważaliśmy, że Niemcy będą likwidować całą gminę. Popłoch był niesamowity. Z całej gminy społeczność ulotniła się. Ale dobrze, że był wójt z Pomorza.

Chodziło o to, że Niemcy próbowali zatrzymać, przejeżdżającego koło młyna porucznika wywiadu AK. On uciekał, uciekał na koniec podłożył sobie granat i zlikwidował się. Za jego śmierć Niemcy również ponieśli śmierć. To też była ciekawa sprawa, bo było trzeba wejść na posterunek, gdzie Niemcy był uzbrojeni. Wszystko załatwili pięknie, najpierw załatwili posterunkowego. Duży udział miała w tej akcji pewna niewiasta o imieniu Zosia.

Później przybyły do nas trzy osoby. To był szewc, Press. Z synem chodził, który był w moim wieku. Pochodzili z Bełżec. Jeden z synów był w obozie w Kraśniku. Prawdopodobnie był w obsłudze policji żydowskiej czy jakoś tak. I kiedy likwidowano obóz w Kraśniku to on uciekł. Najpierw schował się u cioci. Miał gwiazdę na plecach, odmalowaną. Ciocia wzięła nóż i podchodzi do niego, on wyskoczył z krzesła, myślał, że idzie go zarżnąć, a ciocia chciała tylko zdrapać tę gwiazdę, ponieważ była namalowana farbą.

Kiedy byli u cioci to przebywali na oborze. Na sygnał gwizdania Żydzi wiedzieli, że mają iść po jedzenie. Kiedyś był przypadek, jak ktoś przyszedł obcy. Zagwizdał. Wtedy Żydzi zaczęli biec, on się przestraszył. On w jedną stronę, a oni zeszli z obórki i w drugą stronę. Ale zboża były już duże, więc mogli się ukryć.

Wracając do momentu kiedy tych Niemców wybili, a my uciekaliśmy, ojciec był takiego stoickiego spokoju, on wtedy chleb zaczął piec. On nie uciekał, nie bał się. My mieliśmy strach, wszyscy. On jedyny został.

Jak wyzwolenie przyszło to co mieli, z czym przyszli, z tym poszli. Po wojnie zamieszkali przy ul. Lubartowskiej w Lublinie. Ja nie miałem mieszkania, to przy okazji ja też tam mieszkałem jakiś czas, i brat mieszkał.

Wyjechali z kraju około 1950-1951 r. Dokładnie nie wiem, bo w tym czasie byłem już we Wrocławiu. Po wojnie Press Szloma pojechał do Bełżyc, bo pozostawił tam trzy domy. Pojechał do domu nie wiem po co, czy szukać jakiegoś skarbu co pozostawił, zakopał. I oczywiście, niestety tam go spotkało nieszczęście, zabili go”.

Fragmenty wywiadu z Tadeuszem Pomorskim w opracowaniu M. Grudzińskiej i A. Marczuka publikujemy dzięki uprzejmości Państwowego Muzeum na Majdanku.

Historie pomocy w okolicy

Bibliografia

  • Madała K., Wywiad z Tadeuszem Pomorskim, Lublin 11.10.1994