Rodzina Mikulskich

powiększ mapę

Audio

6 audio

Relacja Danuty Mikulskiej-Renk

Pogrom Żydów w Biłgoraju

To był rok 1942, jesień. Na Wszystkich Świętych byliśmy na cmentarzu, potem chciałam nocować w Biłgoraju u przyjaciół rodziców, gdzie były dzieci w moim wieku. I rodzice mnie zostawili. Nad ranem po Wszystkich Świętych zaczął się pogrom Żydów biłgorajskich, bo Niemcy sukcesywnie miasteczko po miasteczku mordowali czy wywozili.

Właśnie tego dnia był ten Holokaust dla Żydów biłgorajskich. To było straszne, piski, wrzaski, strzelanie, łomotanie do bram. Nikt nie otwierał, bo się bał. Była kara śmierci za pomaganie Żydom.

Po południu, kiedy się trochę uspokoiło, ojciec z rolnikiem z Woli przyjechali po mnie i zabrali mnie do domu. A dwa dni później, jeszcze wyłapywali wszystkich, którzy się poukrywali i spędzali ich za drutami. Gestapo było przy małym kościółku [kościół p.w. św. Jerzego- red.], usadowili się na plebanii- była piękna plebania, nieduża ale piękna, drewniana, trochę w stylu zakopiańskim, i Gestapo to zajęło.

A potem zajęli cały plac- tak jak jest przychodnia i dom kultury- to były spaleniska, to było puste z tej strony kościółka. I zajęli ta kamienicę, tam gdzie jest ta tablica Wandy Wasilewskiej- kamienica też była spalona w 1939 roku, ale była odbudowana. Niemcy zamordowali właścicieli, córka- Trzcińska Gabriela- uciekła. Dwa lata starsza ode mnie. Uciekła, bo była u koleżanki. I tak została jak wyszła z domu.

Niemcy tych Żydów przetrzymali chyba ze dwa dni. Potem pogonili do stacji kolei szerokotorowej, żeby ich wywieźć do Bełżca, do obozu śmierci. Większość Żydów biłgorajskich tam skończyła życie. I to wszystko było gonione koło leśniczówki. A leśniczówka była tylko przez rów, był mostek taki. Staliśmy i ojciec tak zza firanki, mówił: „Zobaczcie i zapamiętajcie do końca życia. Co ludzie mogą zrobić innym ludziom.”

Ukrywani

Ryfka
Ojciec miał tego dnia wypłatę robotników leśnych i zdecydował zrobić to w tak zwanej wózówce. Jak przyszli, za jakiś czas krzyk, wpadła Żydóweczka, dziewczynka, z dziewięć lat. Robotnicy zaczęli mówić: „O Żydówka, Żydówka.” Ona [Ryfka Weinberg] wpadła do nas przez podwórko do sieni. I pamiętam ten moment, ojciec zaraz też wpadł. My tutaj staliśmy, matka. I ona była w szoku, takie miała oczy- źrenice szerokie i powtarzała: „Ja nie chcę umierać. Boję się. Ratujcie mnie!”. Tak krzyczała. Ojciec przyszedł, potrząsł ją za ramiona i powiedział: „Nie bój się, tylko nie krzycz".

Ojciec poszedł do robotników i zapytał: „Co my teraz mamy zrobić?” Był rozkaz - gdzie się tylko Żyda zobaczy, trzeba go donieść albo doprowadzić Niemcom. A jak nie, to groziła kara śmierci. Tam było chyba z kilkunastu chłopów. No i co zrobić? Ojciec mówi: „Słuchajcie, ja mam specjalny kłopot, bo u jej rodziców wszystko kupowaliśmy przed wojną". To była prawda- mieli sklep taki, jaki się żartobliwie mówiło "z mydłem i z powidłem". I tam się większość rzeczy u nich kupowało.

I mówi: "Znam tę małą od dziecka i cóż tu zrobić. No niby to tylko Żydówka i mamy rozkaz dostarczyć, ale co wy uważacie? A ci chłopi- ni tak, ni tak... A w końcu ojciec mówi: A co myślicie?" Chciał ich jakoś psychologicznie podejść, żeby oni się poczuli jakoś w to zaangażowani.

 I mówi: „Ja myślę, że choć to Żydówka, ale na sumienie ciężko brać. Wyprowadźmy ją do lasu. Tam już niech się z nią stanie, co chce". To ojciec mówi: "To ja ją wyprowadzę zaraz do lasu, skończę wypłacać i wyprowadzę ją do lasu". Przyszedł wziął ją i mówi: " Ja cię zaprowadzę do lasu". I zaprowadził ją tam w takie chaszcze i mówi: „Siedź, aż się ściemni, ja po ciebie przyjdę. Nie bój się. Tylko nie ruszaj się stąd, bo ja cię nie znajdę w nocy.”No i poszedł.

Przyszedł [wieczorem], patrzy, nie ma jej, woła: „Ryfka! Ryfka!” Nikt się nie odzywa. Nie może głośno krzyczeć. Poszukał, poszukał- nie ma jej. Zastanawiał się, co się mogło z nią stać. Słyszał najbliższe psy od młynarza Barańskiego. Pomyślał sobie, że dziecko niemądre, bało się ciemności i poszło pewnie do ludzi. Poszedł do niego.

Trochę się obawiał, bo tam Niemcy przyjeżdżali do jego córek. Nie miał stuprocentowej pewności, choć znał go dobrze. „Co słychać, co słychać?” W końcu mówi: „Panie Barański, uciekła ta Żydóweczka, co u nich kupowaliśmy w sklepie. Ja ją do lasu zaprowadziłem, bo pomyślałem sobie, że gdzieś znajdę gajowego, albo chłopa w lasach daleko, gdzie Niemcy nie zaglądają i może ją ktoś przechowa. Czy ona do pana nie przyszła?” „Jest.” „Proszę pana bardzo, panie Barański, niech ją pan parę dni przetrzyma. Ludzie widzieli ją u mnie, jak uciekła, może ktoś przysłać Niemców na rewizję. W tym czasie będę kogoś szukał, kto się zdecyduje ją wziąć do siebie.”

Ojciec wcale nie szukał. Dobrze wiedział, że nikt nie weźmie dziecka do siebie. Nie miał takich znajomości. Po kilku dniach ją zabrał.

Małka
A już była u nas inna Żydóweczka, starsza trochę [Lila Stern], która nie znała daty urodzenia. Była sierotą już sprzed wojny. Może ojca miała, nie wiem. A znalazła się u nas w ten sposób, że matka tej Ryfki spotkała moją mamę w mieście, to było wcześniej parę miesięcy i mówi:

„Pani Mikulska, może byście wzięli do siebie sierotę. Ona u nas pomagała, dzieci umie małe bawić. A to węgla, a to drzewa przyniosła. Ona potrafi wszystko, podłogę zetrze pomału i wody przyniesie. Bo my sami nie mamy co jeść.”

I mama się zgodziła. Ona już u nas była, dwa miesiące albo trzy. I też był kłopot. W pierwszej chwili wyprowadził ją ojciec z siostrą starszą do lasu głęboko. I ja tam z siostrą starszą, pamiętam, donosiłam jej jedzenie rano, bo przymrozki były. Dziecko marzło, nie było ubrań- myśmy sami nie mieli się w co ubierać, to nie było nawet podartej kufajki. Nie tak jak teraz. Ale się niosło rano całą butelkę litrową gorącego mleka, kawał chleba. I ona siedziała w lesie.

Panicznie się bała. Mówi: „Mi się ciągle w nocy zdaje, że już ktoś idzie, ktoś mnie śledzi.” A to liście spadały, może zwierzę jakieś przeszło. Wzięło się i ją także do domu. I siedziały w oborze z krową, bo tam jest ciepło, gdzie jest jakieś zwierzę i fermentuje gnój. W razie czego miały się chować pod żłób, bo był taki żłób, tam gdzie kiedyś stało kilka krów. I jak się nawóz nie wyrzuca- aż na wiosnę- a tak się u nas robiło, to podnosi się ta płaszczyzna, a pod tym żłobem się robi tunel taki.

Także one tam w razie czego miały się chować. Snopek miały, żeby zatkać ze sobą. Przed drzwiami był bardzo ostry pies, już od przed wojny, także wszystko się dobrze składało.

Nie zapomnę tych wszystkich rozmów rodziców, jak się strasznie bali o nas. Bo była rodzina: dwoje rodziców i nas troje, ja byłam najmłodsza.

Rodzina Rosenbaumów
A potem którejś nocy ktoś zastukał do okna. Przyszło troje Żydów, dorosłych. To był Bencjon Rosenbaum, jego siostrzenica i jego brataniec. Także on był dla nich wujkiem. Ojciec go znał bardzo dobrze, bo on był przed wojną brakarzem drewna.

Ten najstarszy to miał... nie wiem... dla mnie wszyscy się dawali starzy.... jak się ma 12 lat. A on mógł mieć pewnie ze 30 lat, może trzydzieści parę. Ta jego siostrzenica była jeszcze niezamężna. Pola, po żydowsku Perla. Ona chyba się nazywała Twerski, ale nie jestem pewna. No i jego brataniec, też Rosenbaum, Chaim. Chłopak siedemnastoletni, wysoki, który zaczął przed wojną chodzić do gimnazjum.

Historia ukrywania

Kryjówka
Było ich pięcioro. Wsadzono do stodoły, przykryto snopkami jakoś. Ale to nie mogło trwać. Ludzie muszą wychodzić za swoją potrzebą. Gdzie to robić? Jest pięć osób.

Jakiś czas tych troje nie wiedziało o tamtych dwóch, na wszelki wypadek. Były dyskusje, co zrobić? Może gdzieś coś załatwić, ale nikt nie miał pieniędzy, żeby ktoś za pieniądze wziął. Poza tym często brali pieniądze i mordowali Żydów. Także w końcu zostało ich pięcioro.

Gdzie ich schować? Zima, mrozy straszne w czasie okupacji były. W końcu zdecydowano. Taki był pokoik dla parobka, do którego się przechodziło ze stajni, z obory przez taką sień i do tego pokoiku. Ale tam nie było jeszcze pieca wstawionego, nie było ogrzewania. Było jeszcze z tyłu drugie pomieszczenie. Tam były takie jakieś szparki, to były gospodarcze zabudowania.

Zdecydowano się ich umieścić w tym drugim pomieszczeniu. Kopano po nocach dół, taki schron. Nie wiadomo było, co zrobić z piaskiem. Nagle jak się piasek pojawi na podwórku, wszyscy będą pytać. Część sypano do ustępów, część pod studnią, żeby niby kałuże zasypać. jakiś mały dołek w ogródku był wykopany. Wykopano ten dół. Podłoga była z desek drewnianych. I tam zbito dwie czy trzy deski i haczyk, także to się jak drzwi otwierało od spodu, także mogli się tam zamykać.

Matka miała jedną czy dwie poduchy i pierzynę, którą też Żydzi zostawili w 1939 roku, gdzieś uciekali na Wschód, i prosili, żeby im przechować. Matka tego nigdy nie używała i dała im. Jak mrozy, to tam spali i tam mieli się chować w razie niebezpieczeństwa. I tam się nosiło.

Siostra nauczyła się doić krowę. Była sześć lat starsza, więc to szalona różnica, już była prawie dorosła dziewczyna. Latała z tymi wiadrami. Miała wtedy 18 lat, a ona co noc wynosiła brudy spod pięciu osób, do ubikacji.

Do krowy się chodzi, królików się tam namnożyło, z wiadrami, z jedzeniem. Zawsze w wiadrach był chleb, jedzenie dla nich, jakieś garnki. Nikt by nie zwrócił uwagi, nawet jak patrzył, no bo chodzi się do zwierząt, nie?

Było ich pięcioro i nas pięcioro, przez dwa lata, bez dwóch miesięcy. Dzieliło się skromne jedzenie na pół, wszystko. To było dla nas wszystkich rzeczą normalną. Musi się to robić, chodzi o ludzkie życie. Nikt się nigdy nic nie sprzeciwiał. Mama nieraz płakała: „Janku, ty jedziesz do pracy, jedziesz na cały dzień do lasu, a mnie z dziećmi zabiją.”

Wysiedlenie wsi
Przyszło wysiedlenie. Wysiedlono wioskę. Myśmy z Żydami tylko ocaleli. I mnie się zdaje- chociaż siostra mówi, że to były inne formacje- ale ja jestem przekonana że to było SS, które 2 wcześniej obstawiało szosę, czy coś robili- przecież myśmy nie wiedzieli co robili- u nas kwaterę sobie zrobili.

Weszli z wielkim łomotem, z pyskowaniem, z krzykiem do rodziców. Ale ojciec i matka mówili pięknym niemieckim językiem, bo cała moja rodzina z obu stron pochodziła z Galicji, ojciec studiował w Wiedniu. Ale ojciec zawsze tak jakoś z nimi rozmawiał ładnie, o wszystkim, i oni trochę tracili taki ten rozpęd.

Tego dnia, co było wysiedlenie, nikt tego nie wiedział. Mi się zdaje, że Wola była pierwszą, albo jedną z pierwszych wsi wysiedlanych. W ogóle nie było wiadomo, czy ci ludzie będą zaraz w lesie rozstrzelani. Pamiętam, że to było Boże Ciało. Ci, którzy byli u nas zakwaterowani, dwóch chyba oficerów czy podoficerów, którzy tymi kilkunastoma Niemcami dyrygowali, poprosiło ojca, żeby z nimi poszedł na wieś, bo oni chcą sobie kupić jakiejś jajka, śmietany, masła, kurę. I ojciec poszedł z nimi.

W tym czasie przyszło wysiedlenie. Pod leśniczówkę spędzili ludzi i do nas wpadli. 15 minut czy coś. Mama w płacz i mówi: „Przecież ojciec jest leśniczym. Pracuje dla was”. Przecież tablica była po niemiecku, coś tam było napisane. A oni, żeby nie gadać tylko zabierać się. Tyle minut. Karabinem machał. "Wychodzić!".

Matka płacze, ja płaczę. Każdy ubiera na siebie, co może. Zawsze się łapało jakiś chleb za pazuchę jak był w domu- to już było takie automatyczne. Już byliśmy na podwórku, już nas wyganiał, nie ma mowy. A ojciec tylną bramą z tymi Niemcami biegiem wpada. Zatrzymali tego Niemca i mówią: „Ci ludzie nie pójdą. Nigdzie nie jadą, zostają z nami.” A ten mówi: „Ja mam rozkaz, że jedna żywa osoba ma na wsi nie zostać.” „Mnie to nie obchodzi, oni nam piorą, gotują, wszystko nam robią i my ich potrzebujemy.” A ten swoje. To ten mówi: „Przyprowadź tu swojego oficera. chce z nami pogadać, to ja mu powiem”. Ten poszedł i już nie wrócił. I myśmy tak zostali ocaleni.

Tego dnia przyszła do nas córka Barańskiego, w wieku mojej siostry. Niemcy, którzy u nas mieszkali, spytali, kto to jest. Mama powiedziała, że to przyjaciółka jej córki Jadzi. Ona powiedziała do żandarmów, że idzie się z przyjaciółką pożegnać. Wypuścili. Wszystko obstawione, wiedzieli, że nie ucieknie. I kobieta przyszła ze wsi. Ten Niemiec powiedział: „To niech się obie schowają tam u was w sypialni.”

I jeszcze te dwie kobiety ocalały. I pięcioro Żydów.

Ratować?
Wcześniej byłam przy paru rozmowach, zanim nastąpił ostateczny pogrom Żydów w Biłgoraju. Przychodzili Żydzi z Biłgoraja do ojca i prosili o przechowanie, chociaż dziecka. Ojciec przepraszał i mówił: „Zrozumcie mnie, mieszkam na samej szosie. Cokolwiek Niemcy tu organizują, zawsze tak było, rzeczywiście, czy jakieś obławy, czy obstawiali szosę, czy im się coś zepsuło jak jechali samochodami- u nas zawsze była kwatera. Było piec pokoi i przy samej szosie. Mówił: "Nas jest pięcioro. Mam troje dzieci. Nie mogę tego zrobić. Starajcie się.”

Przychodzili przeważnie ludzie bogatsi i ofiarowali pieniądze, złoto. Ojciec przepraszał bardzo i mówił: „Szukajcie. Może wam pomogę z kimś się w lasach skontaktować. Ale nie mogę nikogo przyjąć.” A potem przyszli ludzie i byli u nas bez żadnych pieniędzy.

Ja jednak myślę, że jednak cuda się zdarzają. Tylu ludzi zginęło na wojnie. Tylu ludzi, którzy nikomu nie podali nawet kromki chleba, bo „nam brakuje”. I nie przeżyli wojny. A myśmy siedzieli na takiej bombie, zawsze się z wszystkimi dzielili i przeżyliśmy.

Po wojnie

Bardzo żal mi tego Chaimka [Rosenbauma]. On był na Niemców zacięty. Był pewien, że cała jego rodzina zginęła. Wstąpił do Kościuszkowców, choć go wojsko nie obowiązywało i poszedł z wojskiem. Zginął pod Kołobrzegiem mając 19 lat.

Teraz się wspomina, a przedtem się w ogóle nie mówiło, że Żydzi polscy ginęli również z Polakami, byli wywożeni na Syberię, że pod Monte Cassino ginęli, że w 1939 roku w polskim wojsku ginęli.

Tych dwoje dorosłych [Bencjon Rosenbaum i Perla Twerski] wyjechało do Wrocławia. Żydzi się bali zostawać tam, gdzie nie było Żydów. I słusznie. Tuż po wojnie zginął jeszcze jeden Żyd, co przeżył w lasach. Jego syn i drugi Żyd, co z nim siedział pod Ratwicą w ziemiance, przychodzili do nas w nocy. Co było w domu, to się dawało im do jedzenia, żeby zanieśli [do ziemianki]. Ten Żyd został zamordowany idąc do Tarnogrodu. A jego syn wyjechał do Nowego Jorku. Co on może przeżywać, jak przeżył wojnę, mrozy, strach, głód i po wojnie jego ojciec został zamordowany?

Ci wyjechali do Wrocławia, bo tam dużo się skupiło Żydów z Polski. Jakiś sklepik założyli z byle czym. Odwiedzaliśmy ich. Perla poznała tam jakiegoś młodego człowieka, Żyda i wyszła za mąż. On pochodził właśnie z Galicji ze wschodnich stron Polski. Jak uciekli do Związku Radzieckiego przed hitlerowcami, zostali wywiezieni. Tylko on ocalał z całej rodziny. Rodzice i rodzeństwo zmarli tam z nędzy i głodu. Perla miała dwóch pięknych synków. Potem wyjechali do Izraela razem z Rosenbaumem. On pisał listy, że nie znosi tego klimatu, nie może wytrzymać. Nie wiem, ile żył. Umarł na serce.

Ojciec wiedział, że organizacje żydowskie gdzieś będą szukały sierot żydowskich. Dowiadywał się. W Lublinie była organizacja. Ojciec te dwie dziewczynki odwiózł do sierocińca żydowskiego. Wrócił stamtąd załamany, płakał. „Wychodziłem już z tego sierocińca, pożegnałem się z dziewczynami. Też mi było ciężko. Idę korytarzem. Małe dzieci zaczęły mnie za płaszcz łapać i wołać tate, tate.” Ojciec miał semickie rysy i ja mam, bo ktoś z nas, był wmieszany w Ormian.

Ta jedna, która żyje do tej pory w Nowym Jorku, znalazła się na ziemiach zachodnich w jakimś sierocińcu. Pisała do nas z pomocą nauczycielki Polki. Po latach Czerwony Krzyż ją odnalazł i zabrał do Stanów Zjednoczonych. Poznała nabożnego Żyda z Izraela. Do tej pory żyją. Dzwoni do mnie. Dochowała się czworga dzieci. Byłam u nich w 1971 roku 10 dni, bardzo mnie grzecznie i kulturalnie przyjmowali.

Medal
To ojciec dostał pierwsze odznaczenie, jeszcze żył, ale był już ociemniały. To był rok 1967, marzec. Ojciec chory nie mógł pojechać do Warszawy, gdzie była izraelska ambasada. Więc napisał, że potem może, jak się ociepli i poczuje się lepiej, to przyjedzie. I już nigdy nie mógł pojechać, ponieważ wybuchła wojna izraelsko - arabska, zerwano wszelkie stosunki dyplomatyczne z Izraelem i została wydalona ambasada izraelska.

Kiedy dostałam odznaczenie? Będąc w Stanach Zjednoczonych często mi się zdarzało- najczęściej przez przypadek, że znajdowałam pracę u Żydów. Jak tam się pracowało rok, czy dwa u jakiegoś milionera przeważnie, to nieraz opowiadałam, albo się pytali, jak tam w Polsce, to opowiadałam. No to mówili: "Bardzo ładnie"...

Kiedyś mi przyszło do głowy, że oni myślą, że kłamię. Chciałam mieć dowód. Nie chodziło mi o medal, nie myślałam o tym, tylko żeby mieć zaświadczenie, że myśmy uratowali Żydów. Zaczęłam pisać. Oni mi nie odpisywali. Kiedyś ze złością zadzwoniłam do Ryfki: „Słuchaj, te wasze władze w Izraelu nie rozmawiają z gojami? U nas tego nie ma, w Ameryce się odpisuje grzecznie, tak czy nie- ale się odpisuje. A u was gorzej jak w Polsce komunistycznej?” Byłam zła. Ona mówi: "Czekaj, mój mąż zna hebrajski, to napisze".

I rzeczywiście, natychmiast mi odpisali, że mi się należy medal. Zawiadomili mnie też z Ameryki, że jest organizowana wycieczka do Izraela dla tych, którzy pomagali Żydom, a jeszcze nie byli w Izraelu. Bezpłatnie, bo jeden adwokat żydowski funduje dla czterdziestu kilku osób ze Stanów Zjednoczonych i Kanady, wyjazd do Izraela. I ja się zgodziłam.

W ten sposób byłam w Izraelu. Tam mi wręczono medal. Wspaniały ten Żyd. Mimo, że miał [chorobę] Parkinsona, on pojechał z nami do Izraela. Spałam w Jerozolimie w pięknym hotelu, jedzenie w Izraelu jest tak wspaniałe, że niech się schowają wszystkie milionerskie restauracje w Stanach Zjednoczonych. To musiał być 1990 rok, już nie pamiętam.

Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata".

Więcej

Bibliografia

  • Dąbrowska Anna red., Światła w ciemności. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Relacje, Lublin 2008
  • Kawa Magdalena, Wywiad z Danutą Mikulską-Renk, Lublin 3.09.2007