Rodzina Szałaj

powiększ mapę

Audio

3 audio

Relacja Czesławy Chojnackiej

Nazywam się Czesława Chojnacka z domu Szałaj. [Urodziłam się] 25 lutego 1925 roku, na Kolonii Natalin, gdzie mieszkałam za młodych lat i tam właśnie zapoznałam Żydów, swoich sąsiadów, którymi później za niemieckich czasów się opiekowałam, dawałam jeść.

Ojciec [mój] nazywał się Karol, Niemcy go pobili, umarł zaraz. Mama nazywała się Adela. [Jak] zmarła, miała 83 lata. Siostrę mam młodszą i brata, najmłodszego, Wacław się nazywał. Ojciec był rolnikiem. Siał zboże, kartofle, chowali świnie, krowy.

W Natalinie były różne ludzie, Niemcy, Żydzi i Ukraińcy, i Polacy. Wszystkie żyli w zgodzie. Ludzie się lubieli. Jeden drugiemu pomagał. Nikt nikomu krzywdy nie robił.

Do szkoły chodziliśmy do Wolawiec. W szkole było cztery klasy. Chodzili Żydzi, Ukraińcy, Polacy, Niemiec, który tam mieszkał. [Ukończyłam] cztery [klasy]. A później wybuchła wojna i już nie było jak się uczyć.

Oni też ze mną chodzili razem do szkoły, te Żydzi. Od maleńkiego śmy się razem chowali. Byli bardzo dobre ludzie, bardzo dobre sąsiady. Nieraz rodzice pojechali w pole, a my same zostali, to ten Żyd przyjdzie, [weźmie] do siebie, pokładzie spać. Taki był Żyd dobry. Mama krowę wydoiła, gar mleka się im zaniosło, domu dopilnowaliśmy, jak ich nie było, mąki [mama] im dała, jajek. A on przyszedł, rzucił mięso, poszedł. Mama krzyczy: „Nie, nie przynoś, bo ja nie mam pieniędzy.” „Ja się ciebie nie pytam.”

W tej żydowskiej rodzinie była matka, ojciec ich nazywał się Symcho Bursztyn, handlował cielęciną. Mieli malutkie gospodarstwo, kawałeczek ziemi. Ona chowała dzieci. Było trzy dziewczyny i dwóch chłopców - Hynda, Symcha, Chaja, starszy syn był Sznaja, Sznajer a młodszy Jankiel.

Wojna

Strasznie śmy biedowali. Niemcy zabili ojca i było nam strasznie ciężko. Pracowałam na roli. Nie było co jeść. Zabierali ostatnią krowę. Jak przyszła Wielkanoc, nie było nawet chleba. [Sytuacja Żydów] była gorsza.

Niedaleko my mieszkali, było widać szosę. Rano wstaliśmy, ludzie strasznie jęczeli, płakali. Niemcy pędzili z miasta Żydów do Pobołockiego lasu. Może ze dwieście osób pędzili. W las ich wpędzili, akacje tam rosły. Tam ich wszystkich pobili. Normalnie poustawiali ich i karabinem maszynowem „drwuu” szurnęli. Wszystkie popadali. Najgorsze to był widok, jak tam opowiadał ojciec, idzie Żyd z młodą Żydówką i niesą dziecko w beciku. A ona tak rozpacza, on ją trzyma. Ona mdleje z tym dzieckiem. Pada na szosie.

Później Niemcy przyszli z sołtysem na wieś u nas i wygnali wszystkich chłopów ze szpadlami, żeby pochować tych Żydów, których pobili w poboleckiem lesie. Kopali rowy, [do których] wrzucali Żydów. Ludzie nasi ściągali z nich futra, buty zabierali. Jak oni to mogli, ja nie wiem. To się nie da opowiedzieć, to trzeba przeżyć.

Mój ojciec trzy dni chorował, wymiotował, nie mógł jeść. Myśleliśmy, że umrze. Gdzieś tam w Brzeźnie szosy budowali i sołtys wyznaczał furmanką trzeba było jechać i kamienie czy piach wozić. Bardzo mało [chłopów] pojechało. Niemcy się wściekli. Pobili sąsiada i ojca. Ojciec przyjechał do domu i jak się położył, tak umarł. Sąsiad jeszcze trochi pożył i też umarł.

Żydzi

Oni strasznie biedowali. Musieli się ukrywać, [Symcho] nie handlował. Ciężko im było. Prosili o chleb, coś w polu pomogli, coś dopilnowali. Dobre byli ludzie.

Kiedy matka ich [Żydów] poszła do miasta i już nie wróciła, dzieci już się chowały. W Kamieniu Niemcy przyjechali samochodem i wszystkich Żydów pobili. Leżeli na podwórzu, jak śledzie, tylko krew płynęła. Od tej pory zaczęli uciekać. Jak było ciepło, to jeszcze się chowali po lesie, po łąkach, w krzakach siedzieli. Później, jak się zrobiło chłodniej, chcieli do mieszkania. W mieszkaniu my ich trzymali, ale w dzień chowali się w stodole, bo zawsze ktoś do nas przychodził. Ale jak była taka chłodna noc, mróz, tośmy w nocy wychodzili i wołali ich do mieszkania, w mieszkaniu spali. Raniutko wstawali i uciekali do stodoły, bo się bali, żeby ich nikt nie zauważył, bo ja się bałam i oni się bali... Byli ludźmi. Szkoda nam było. Przecież oni byli głodni, też chcieli jeść. Najgorszy w życiu jest głód.

Dużo umiałam po żydowsku mówić. Nawet jak do nich zaszłam, oni coś tam rozmawiali między sobą, to: „Nie rozmawiaj, bo ona wszystko rozumi.”
Łyżka to „łesen”, stół to „bram”, chleb to „broj”.

Ktoś musiał wiedzieć, bo przyszła sąsiadka, Usyduska, Usydus i ostrzegła: „Uważajcie, bo mówią na wsi, że wy utrzymujecie Żydów.” Myśmy zaprzeczyli. Oni [Żydzi] nieraz w nocy gdzieś sobie wychodzili i ktoś ich zauważył, jak oni ze stodoły od nas wychodzili. Myśmy im powiedzieli [o wizycie sąsiadki]. Żeby nas nie narazić, wyprowadzili się do lasu. W lesie wykopali sobie tunel i w nim mieszkali.

Umówiłam się z nimi, że będę im wynosić jedzenie. W dużym garnku mama ugotowała zupy. Ten garnek brałam i nosiłam przez rzekę Udal. Nieraz się zamoczyłam po kolana. Nosiłam w umówione miejsce [i tam zostawiałam]. Mama chleb piekła [który też im się nosiło]. Oni przychodzili w nocy, zabierali [jedzenie]. Raniutko, jeszcze ciemno było, szłam do lasu i zabierałam baniak po zupie. Jak niosłam ten baniak, wkładałam [go] w worek, na [niego] nakładłam gałęzi, żeby ludzie nie wiedzieli, że ja niesę jakiś baniak z lasu. I tak dłuższy czas się chodziło. Później oni gdzieś indziej się przenieśli, ale po zupę jeszcze do nas przychodzili. W nocy nieraz zapukali, to się im otworzyło. Posiedzieli, porozmawiali i poszli.

Na łąkach wykopali sobie tunel i w nim mieszkali - dwóch chłopaków i dwie siostry. Ojciec [ich] mieszkał gdzie indziej.

Ten najmłodszy nie mógł chodzić, reumatyzmu dostał. Cały czas w ziemi, wilgoć, nieumyty, nieubrani, strasznie brudni... Już jak ciepło się zrobiło, to oni wychodzili do rzeki, myli się. A w zimie, jak przylecieli do nas, zawsze się wodę grzało, baniak i oni się umyli u nas w tej miednicy. Myśmy stali na dworze, pilnowali, żeby ktoś nie wszedł.

Już była wiosna, śnieżek przysypał. Gdzieś ktoś szedł i [zobaczył] ślady. Po śladzie zaszedł, odsunął krzak i zobaczył, że tam są Żydzi. Najstarszy [z nich] wziął brata na plecy, bo już nie chodził, miał jakiś paraliż, przez rzekę przeniósł do lasu, posadził w lesie. Wracał po siostry. Kiedy doszedł do rzeki Udal, posłyszał strzały. Zaraz pomyślał: „Aha, to już postrzelali moje siostry”, wrócił do lasu, złapał brata i zaniósł nad inne wieś i tam przesiedział. Ale już ludzie wracali z miasta i mówili, że Niemcy ubili dwie Żydówki. Już była wiosna, zrobiło się ciepło. Żal, że oni nie przeżyli, te Żydówki. Jedna nie miała włosów na głowie, jeden strup. Zabili je i pochowali na polu.
Nie wiadomo, kto ich wydał. Człowiek nie wie [na] pewno. Był taki, ale on zaprzeczył.

Co groziło wtedy [za ukrywanie Żydów]? Spalenie całej wioski. Wybiliby wszystkich z całej wsi i podpaliliby wieś. Na to nie było ratunku, tak wszędzie robili. Zresztą w Kamieniu też. Podpalili dom, obok domy. Widziałam. Przecież młoda, nas to ciekawiło, lataliśmy patrzeć...

Później kontakty się urwały. Wytworzyła się partyzantka i chłopcy [Żydzi] poszli do partyzantki. Pamiętam, już jak Ruskie przyszli, to oni też przyszli z tego lasu. [Jeden z nich] miał karabin większy od niego. Myśmy się z niego śmieli, a on był taki dumy, że z karabinem chodzi. Strzelać nie umiał.

Wyzwolenie

Uratował się ojciec i dwóch synów. Jak się wojna skończyła, oni wszystkie przyszli prosto do nas na podwórze. Zaraz mama ich zaprosiła, poczęstowała herbatą. Zjedli, co mieliśmy, porozmawiali, popłakali, poopowiadali. Płakali po tych Żydówkach, po swoich siostrach. [Symcho] płakał po swoich dzieciach. Po wojnie je stamtąd [gdzie były pochowane] zabrał i w Chełmie na kirkucie pochował. Jak oni przyjechali do mnie w odwiedziny z Izraela, to jeździli na kirkut, szukali.

Później oni zamieszkali w swoim domu. Ten ojciec coś załatwiał w mieście, jeździł, a [jeden z braci] starał się gdzieś o pracę. Zaraz, jak tylko przyszli, znalazł sobie dziewczynę. Była z Łukowian. Przyprowadził ją i trzymał u siebie. Miał się z nią ożenić. Jak gdzieś wychodził, to myśmy tę Żydówkę pilnowali, bo na oberży był Żyd, który miał młyn i chciał jemu ją ukraść. Ona też wychowała się w Wołkowianach. [Raz] wyszła z matką, szły polną drogą, ktoś strzelił. Kula popadła w matkę. Matka upadła. Ona strasznie rozpaczała po matce. Już po wojnie, po wszystkim. W ostatniej chwili.

Ojciec z młodszym synem [Jankielem] pojechał do Izraela.
Starszy Sznaja został jeszcze. Mieszkali we Wrocławiu. [Potem] pojechał do Izraela i tam się z nią [swoją dziewczyną] ożenił, ale umarła jemu. Dostała jakiegoś wylewu czy zawału i zmarła. Mieli tylko jedno dziecko, córkę. Była u mnie, umiała po polsku mówić. Miała dziesięć lat [zanim wyjechała do Izraela].

Korespondencja

Mieliśmy cały czas kontakty. Nawet parę lat temu dzwonił, czy mogą przyjechać? Mówię: „Nie pytaj się. Zawsze dla ciebie są drzwi otwarte. Przyjedź, porozmawiamy. Chcę z tobą pogadać o tym wszystkim, o swoich znajomych.” I przyjechał tutaj. Był z wnukami. [Pojechaliśmy] na wieś, gdzie on mieszkał.

Medal

Później dzwonił. Mówię: „Czy to prawda, że jakiś medal dają dla tych, co chowali Żydów?” „Ano widzisz, jak chcesz, ja ci załatwię, że ty dostaniesz ten medal za to, że ty nas przechowywałaś. Tylko musisz upisać, jak to było, wszystko upisać i przyszlij do mnie. Pójdę z bratem do gminy. Tam potwierdzę, że tak było.” Upisałam wszystko i wysłałam.

Przyszło pisemko, że jestem wyznaczona do odznaczenia medalem za przechowanie Żydów. To się ciągnęło chyba sześć lat. Później mi przysłali kupę papierów. Wyznaczyli dzień [i godzinę], na którą przyjechać do Janowca. Pojechaliśmy.

Czułam, że jestem szczęśliwa, że mogłam ludziom uratować życie, bo życie jest najważniejsze. Trzeba kochać ludzi.

Nie wiem, czy dzisiaj bym takie coś zrobiła, ale chyba bym zrobiła. Dzisiaj byłabym odważniejsza, mi się zdaje, bo już przeżyłam swoje, już nie boję się niczego.

U nas tam nikt nie ratował [więcej]. Jakoś to samo z siebie wyszło, bo te Żydzi przyszli do nas na podwórze. Polacy sąsiedzi słyszeli. Nie trzeba było się później tłumaczyć. Ale niektórzy mówili, że trzeba było dobrze przemyśleć, co się robiło, „bo przecież moglibyście nas wszystkich z dymem puścić. Jak wyście o tym nie pomyśleli?”

O tym człowiek nie myślał. Oni byli głodni. W nieszczęściu trzeba podać rękę. Ktokolwiek nie przyjdzie.
„Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”. To tak, jakby ten cały świat był mój, bo ja go ratowałam. A to nie prawda, nie jest on mój, jest nas wszystkich.

Relacja pochodzi ze zbiorów Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie; została zarejestrowana w ramach projektu "Światła w ciemności - Sprawiedliwi wśród Narodów Świata"

Więcej

Bibliografia

  • Dąbrowska Anna red., Światła w ciemności. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Relacje, Lublin 2008
  • Czajkowski Tomasz, Wywiad z Czesławą Chojnacką, Lublin 1.01.2003