Zambrzycka Krystyna

powiększ mapę

Galeria

Zdjęć: 10

Historia pomocy - Zambrzycka Krystyna

Rodzina Wiernickich mieszkała w Warszawie przy ul. Filtrowej 67 od końca lat 20. XX wieku. Wówczas zbudowano domy Spółdzielni „Wspólna Ostoja”, przeznaczone dla pracowników i funkcjonariuszy Policji Państwowej. W mieszkaniu pod  „14” zamieszkali Bogumił i Maria Wierniccy, ich córka Krystyna Zambrzycka oraz jej dzieci – Elżbieta i Andrzej. Podczas wojny Krystyna związała się z Janem Wojeńskim. Mężczyzna prowadził w Warszawie biuro ogłoszeń i artystycznej reklamy „Echo”. W styczniu 1942 r. przyszedł na świat ich syn Jan.

Podczas wojny warunki życia rodziny pogorszyły się, w wigilię 1942 r. zmarł Bogumił Wiernicki. By podreperować budżet, rodzina postanowiła wynająć pokój. Wkrótce wprowadziły się dwie nieznajome kobiety. „To były sympatyczne blondynki. Urządziły się, na ścianie powiesiły krzyż i obrazki ze świętymi – wspomina Jan Wojeński, syn Krystyny Zambrzyckiej.

Pewnego dnia do mieszkania wpadło gestapo. „Niemiec krzyknął do mojej mamy: «A ty nie wiesz, że Żydówki ukrywasz?»”, relacjonuje Jan. Rodzina nie była świadoma prawdziwej tożsamości lokatorek. Kobiety wyprowadzono na zewnątrz, a ich rzeczy osobiste wyrzucono przez okno do stojącej pod domem dorożki.  „Podjechała nią Polka, która ponoć była później widziana na Ochocie w towarzystwie Niemców. Pewnie z nimi współpracowała i te damskie rzeczy wzięła dla siebie – przypuszcza pan Wojeński.

Oficerowie gestapo kazali Krystynie jechać na przesłuchanie. Wybłagała, by jej nie zabierano, tłumacząc,  że ma małe dzieci, które potrzebują opieki. Ostatecznie na posterunek w Alei Szucha pojechała jej matka. „Babcia widziała tam straszne rzeczy. Młodych chłopców, stojących pod ścianą, do których gestapowcy byli w stanie strzelić w każdej chwili” – wspomina Jan. Podczas przesłuchania Maria Wiernicka próbowała dowieść niewinności rodziny. „Dzielnie to wszystko wytrzymała. Na koniec Niemiec nalał całą szklankę wódki i kazał to wypić. «Jak wypijesz, to cię puścimy», powiedział. I babcia wypiła”.

Dramatyczne przeżycia nie osłabiły empatii Marii. Z narażeniem życia nosiła później do warszawskiego getta pożywienie dla 6-osobowej rodziny Lembergierów, którzy zostali wysiedleni z Błonia koło Warszawy.

W 1944 r. Krystyna ponownie wynajęła pokój. Nowym lokatorem był polecony przez sąsiadów Mieczysław Hankiewicz. Po kilku tygodniach mężczyzna przyprowadził do domu 7-letniego chłopca imieniem Gabryś, przedstawiając go jako swojego chrzestnego syna. Poprosił o przyjęcie dziecka. Początkowo Zambrzycka nie wiedziała, że Gabryś jest Żydem. Jan Wojeński pamięta, że chłopiec bez trudu zmawiał pacierz, znał kilka modlitw, potrafił się przeżegnać. „Prawdopodobnie ktoś go wcześniej instruował. To był już czwarty rok wojny. Jego wygląd także nie wzbudzał podejrzeń. „Był taki sam jak ja czy mój brat Andrzej. Mogliśmy być postrzegani jako rodzeństwo.

Krystyna zgodziła się przyjąć Gabrysia. Gdy później Hankiewicz przyznał, że matka chłopca ukrywa się, a ojciec trafił do Auschwitz, nie zmieniła zdania. „Pan Hankiewicz płacił mi symboliczną sumę na wyżywienie, gdyż ja rozumiałam trudną sytuację w jakiej się Żydzi wówczas znajdowali. Mnie też było ciężko, gdyż miałam troje dzieci, które wychowywałam samotnie, ale nie miałam sumienia, nie przyjąć tego małego chłopca, który potrzebował matczynej opieki” – pisała po latach. Przed sąsiadami Gabryś przedstawiany był jako bratanek Zambrzyckiej.

Zanim chłopiec do niej trafił, od 1940 r. znajdował się pod opieką zaprzyjaźnionej rodziny w Siedlcach. Został przez nich uratowany z tamtejszego getta, lecz z nieznanych przyczyn w 1944 r. musiał zmienić kryjówkę Ojciec przyprowadził go wtedy do swojego brata, Natana Halbersztadta, który jako Mieczysław Hankiewicz mieszkał przy Filtrowej 67.

Powstanie warszawskie lokatorzy Zambrzyckiej przetrwali w piwnicy. 8 sierpnia 1944 roku Niemcy wyprowadzili ich do obozu przejściowego na tzw. Zieleniaku, następnie na Dworzec Zachodni. Stamtąd mieli zostać przetransportowani do obozu pracy w III Rzeszy.

Pociąg zatrzymał w Skierniewicach Tadeusz Zambrzycki, kolejarz, pierwszy mąż Krystyny. Z pomocą Czerwonego Krzyża, pod pretekstem tyfusu, udało się uwolnić ludzi z transportu.  „Zapewne Gabryś pamięta jak z moją 6-letnią córką oboje wędrowali z pociągu, który był obstawiony Niemcami. Niestety pan Hankiewicz tym transportem pojechał dalej, prawdopodobnie do Wrocławia – wspominała Zambrzycka.

Po kilku dniach pobytu w Skierniewicach sąsiedzi domyślili się prawdziwej tożsamości chłopca. „Szantażowali nas, że przekażą tę informację do Niemców. Byłam przerażona i przy pomocy rodziny udało mi się umieścić Gabrysia w domu dziecka, 30 km od Skierniewic”.

W styczniu 1945 r. matka chłopca odnalazła Krystynę i razem pojechały go odebrać. „Dziecko bardzo przeżyło powitanie z matką, a ze mną rozstanie – relacjonowała.

Po wojnie Zambrzycka powróciła ze swoimi dziećmi do Warszawy. Mury domu przy Filtrowej 67 były wypalone, częściowo zawaliły się stropy. Do czasu odbudowy mieszkali w piwnicy, nie mieli środków do życia. Najstarszy syn Andrzej zachorował na astmę, na skutek której przedwcześnie zmarł.

Kontakt z ocalonymi urwał się. „Przez wiele lat oczekiwałam, że może ktoś się odezwie, ale bez skutku. W 1987 roku Krystyna dała ogłoszenie do gazety „Perspektywy” z apelem o pomoc w odnalezieniu dorosłego Gabriela. Wiadomość dotarła aż do Tel Awiwu, gdzie Halbersztadt zamieszkał po wojnie. „Latem 1990 roku przyjechał do Warszawy, odszukał mnie. Spotkanie było wzruszające”.

3 listopada 1993 roku Instytut Yad Vashem nadał Krystynie Zambrzyckiej tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata.

Historie pomocy w okolicy

Bibliografia

  • Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, Dział odznaczeń Yad Vashem. Dokumentacja sprawy Krystyny Zambrzyckiej, 349/24/1622
  • Mateusz Szczepaniak, Wywiad z Janem Wojeńskim, Warszawa 20.01.2016