Ambroziewicz Julian

powiększ mapę

Historia pomocy - Ambroziewicz Julian

Gdy wybuchła wojna Leon Joselzon mieszkał przy ul. Zamenhofa 17. Ta narożna kamienica u zbiegu Zamenhofa i Gęsiej stała w sercu żydowskiej Dzielnicy Północnej, tuż obok dzisiejszego Muzeum Historii Żydów Polskich. W tym domu Joselzonowie prowadzili firmę pod nazwą Polska Centrala Maszyn „Rozpęd”. Sprzedawała maszyny do szycia. „Rodzina Joselzonów znana była w całej dzielnicy jako ludzie zamożni – posiadali duży dom mieszkalny czterokondygnacyjny z dwoma podwórzami przy ul. Nowolipki w Warszawie oraz duży dom – pensjonat w kuracyjnej miejscowości (Kaczy Dół) obecnie zwanej Międzylesie. (…) Leon Jolson (Joselzon) był przedstawicielem na Polskę firmy Singer i był człowiekiem bardzo zamożnym” – czytamy [....] w oświadczeniu architekta Juliana Ambroziewicza, który dorastał w tej okolicy, a jego rodzice znali rodziców Leona.

Podczas okupacji Joselzonowie znaleźli się w getcie. Leonowi przydała się przedwojenna praktyka w branży dziewiarskiej. Został zatrudniony w niemieckim szopie Karla Georga Schultza przy ul. Leszno 78. Był to działający w getcie zakład produkujący odzież dla Wehrmachtu. Swetry i ciepłe skarpety miały się niebawem przydać na froncie w Rosji. Zarządzającym szopem Niemcy cenili  Jolsona jako fachowca. Z żoną Anną zamieszkał w domu przy fabryce. Dostał też przepustkę, z którą mógł wychodzić z getta. Ucieczka na „aryjską” stronę była tylko kwestią czasu. We wspomnieniu napisał: „Z >>podziemnych<< organizacji doszła do nas wiadomość, że Żydzi, ci nawet, którzy zatrudnieni byli w warsztatach niemieckich, będą wysiedleni do kępów >>likwidacyjnych<< [chodzi zapewne o obozy zagłady – red.]. W momencie, gdy wiadomość ta do nas dotarła, zaczęliśmy poszukiwać kontaktów po stronie tzw. >>aryjskiej<<. Skomunikowaliśmy się z jednym naszych znajomych sprzed wojny – inżynierem Julianem Ambroziewiczem”.

Ambroziewicz był nie tylko architektem, ale też oficerem ZWZ-AK. Na polecenie przełożonych z konspiracji odbudowywał domy zniszczone we wrześniu 1939 r. i urządzał w nich zamaskowane skrytki. Podziemie gromadziło w nich broń i sprzęt radiowy.

„W roku 1941 zwrócił się adw. Józef Rozenowaj, serdeczny mój przyjaciel z Gimnazjum K. Kulwiecia, o wybudowanie skrytki dla jego przyjaciela Joselzona (obecnie – Jolsona). Ponieważ całą brygada budowlana była w moim oddziale (pluton 1670. AK) wyraziłem zgodę” – relacjonował po latach architekt w krótkim tekście przygotowanym dla ŻIH.

Dla Joselzonów zaprojektował cztery schowki: dwa w domu przy ul. Świętokrzyskiej 25, jeden przy ul. Puławskiej 164 i jeden przy ul. Kopernika 4. W ich budowie finansowo pomagał Leon Jolson. Wszystkie miały podwójne przeznaczenie. Służyły do przechowywania sprzętu Armii Krajowej i czekały na uciekinierów z getta. O ich przejściu na „aryjską” stronę w tekście Jolsona nie ma ani słowa. Którędy się wydostali? Czy skorzystali z wydanych w szopie Schultza przepustek i wyszli z getta jedną z bram? „Technika przejścia była dosyć prosta: wychodziło się najczęściej z placówką [brygadą żydowskich robotników zatrudnianych poza gettem – red.], od której w odpowiednim momencie jednostki mogły odłączyć się i zdejmując opaskę zniknąć w tłumie. Przechodzono także przez gmach Sądów na Lesznie, przez mur cmentarny, przez przekupione wachy” – piszą Barbara Engelking i Jacek Leociak w książce „Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście”.

Wiadomo jedynie, że na „aryjską” stronę uciekli Leon z żoną Anną i matką Blimą Joselzon. Najpierw przebywali przy Świętokrzyskiej, gdzie w biurze na ostatnim piętrze stała specjalnie skonstruowana szafa. Przechodziło się przez nią do pokoju z łazienką. „Jolsona wyposażyłem w radio, broń, granaty itp. Odwiedzałem ich często…” – odnotował Julian Ambroziewicz. Musieli zmienić adres, zdradził ich odgłos spuszczanej wody. Usłyszeli go urzędnicy, którzy dłużej zostali w biurze. Joselzonowie przenieśli się na Puławską, ale i tu nie było bezpiecznie, bo do mieszkania obok wprowadziły się dziewczyny niemieckich żołnierzy. W końcu trafili do kryjówki przy Kopernika 4 m. 21 na najwyższym – piątym piętrze. Kamienicę tę tuż przed wojną zbudował żydowski właściciel o nazwisku Wolanow. Inwestycji nie dokończył.

- Dziadek opowiadał, że budynek był nieukończony i nieużytkowany. Do mieszkania ze skrytką nie było nawet schodów. Jedzenie dostarczano przez okno – mówi Agata Ambroziewicz, wnuczka architekta.

- Słyszałam, że żywność wciągano tam przy użyciu kubełka z wapnem, żeby z zewnątrz wyglądało na prace remontowe – mówi Anna Briesemeister. Kiedy w 1945 r. jej rodzina wprowadziła się do kamienicy, schody wciąż jeszcze nie były gotowe. – Na piętra wchodziło się po deskach. Moja mama zawsze mówiła: „Nie patrz w dół i idź blisko ściany”.

Joselzonowie na dzień zamykali się w schowku. Siedzieli w ciemnej i dusznej klitce, długiej na 2,5 m i szerokiej na 1,5 m. Do pokoju wychodzili tylko pod osłoną nocy. Co wtedy czuli? Jak wypełniali czas? Czy były momenty zagrożenia? Rękopis Jolsona nie daje na to odpowiedzi. Sięgnijmy więc znów do książki Barbary Engelking i Jacka Leociaka: „Przebywanie tygodniami czy miesiącami w ograniczonej przestrzeni, samotność, wspomnienia z getta, utrata najbliższych – to wszystko sprzyjało depresjom. (...) Czas ludzi tkwiących w ukryciu był pusty, monotonny, jednostajny, trochę nierzeczywisty. Było to jakby trwanie bez istnienia. Wielu zaczęło wówczas spisywać wspomnienia”. Podczas ukrywania się w mieszkaniu przy Kopernika zmarła Blima Joselzon. Już wcześniej zachorowała, a sprowadzony do niej przez Juliana Ambroziewicza lekarz stwierdził galopujący nowotwór. Pół wieku później Leon Jolson opowiedział o tym dziennikarce „Super Expressu” Dagmarze Kowalskiej: „Zwłoki matki leżały na podłodze, strach był silniejszy niż rozpacz. Dopiero po paru dniach Ambroziewicz nocą zabrał matkę w skrzyni na towary. Załatwił pozwolenie, aby ją pochować na Cmentarzu Bródnowskim. Na tablicy wykuto >>Ś.P. Stefania Rudnicka<<”. W załatwionym przez architekta świadectwie śmierci, na druku i z pieczęcią katedralnej parafii św. Jana Chrzciciela, jako datę zgonu podano: 20 sierpnia 1943 r. Za ratowanie Żydów Julian Ambroziewicz został po wojnie uhonorowany tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Zmarł w 1989 r.

Leon i Anna przebywali przy Kopernika aż do Powstania Warszawskiego. Mieszkanie opuścili 7 września 1944 r. Znaleźli się w pociągu wiozącym powstańców do niemieckiego obozu. Uciekli z transportu i dotarli do wsi Bednary Rzeczne koło Żyrardowa. Tutaj przygarnęli ich chłopi. „Nazwisko ich było – Wolniewicz. My byliśmy również na fałszywych dokumentach. Ja jako – Edward Krasiewicz, żona moja – Janina Kuczyńska. Wolniewiczowie zesłani nam byli od Boga!!! Tak uczciwych i głęboko wierzących ludzi trudno było w tym czasie znaleźć!!!” – napisał Leon Jolson. W styczniu 1945 r. samotnie wyruszył do Warszawy. „Ku mojemu zdziwieniu zastałem dom Kopernika 4 w całości – nie uszkodzony. W mieszkaniu moim zastałem wszystko tak jak zostawiłem. Kryjówka była nienaruszona. Znalazłem w niej radio, broń i jedzenie!!!”. Wrócił na wieś po Annę. Znów zamieszkali w kamienicy przy Kopernika 4 m. 21. Dołączyła do nich kobieta, którą we wspomnieniu określił: „nasza gospodyni – Dunia”, „była naszym zaufanym kontaktem od chwili naszej ucieczki z getta warszawskiego”. Małe mieszkanie na piątym piętrze dzielili z nią do końca marca 1945 r. Potem opuścili Polskę. Przez Czechosłowację, Węgry i Rumunię wyjechali na Zachód. Osiedli w Nowym Jorku, gdzie trudne do wymówienia nazwisko Joselzon zmienili na Jolson. Leon założył firmę sprzedającą maszyny do szycia. Mieszkanie ze skrytką pozostawili Duni. Po pewnym czasie kobieta przeniosła się do innego domu przy Kopernika, a mieszkanie po niej zajęła jej koleżanka z pracy Janina Kamionkowska. Wiedziała o żydowskim schowku. Nie zamierzała go zniszczyć.

Jolsonowie po raz pierwszy od wojny przyjechali do Warszawy w 1978 r. Na katolickim Cmentarzu Bródnowskim odwiedzili grób matki Leona. Stał na nim pomnik z krzyżem i wykutym fałszywym nazwiskiem. Postanowili wymienić go na żydowską macewę. Dyrekcja cmentarza odmówiła zgody. Wtedy Jolson wynajął kamieniarzy i po kryjomu zastąpił stary nagrobek nowym z macewą, na której umieścił napis: „Bima Joselzon, 1889 – 1943. Ofiara terroru hitlerowskiego, która była pochowana pod przybranym nazwiskiem Stefania Rudnicka, gdyż nie mogła zostać pogrzebana według rytuału wyznania mojżeszowego”.

Potem zajął się skrytką przy Kopernika. Pozostałe trzy schowki projektu Ambroziewicza już wtedy nie istniały. W 1989 r. na ścianie kamienicy zawisła ufundowana przez Jolsonów pamiątkowa tablica z tekstem: „W tym domu znajduje się specjalnie zbudowana zamaskowana skrytka, w której w okresie okupacji, tropieni przez hitleryzm, ukrywali się Żydzi polscy – matka, syn i synowa. Ocaleni upamiętniają to miejsce potomnym”.

- Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że w mieszkaniu na górze jest coś takiego. Nikt wcześniej o tym nie opowiadał, nikt nie przyjeżdżał oglądać – mówi Anna Briesemeister, [mieszkanka kamienicy].

Leonowi Jolsonowi zależało na objęciu ochroną jedynej zachowanej kryjówki i pokazywanie jej wycieczkom z całego świata. W latach 80. i 90. słał w tej sprawie pisma, chodził po urzędach, proponował przekształcenie komunalnego mieszkania w małe muzeum. „Chcę, żeby skrytka ocalała i została udostępniona zwiedzającym. Z panią Janką żyjemy w przyjaźni. Obawiam się jednak, że gdy jej zabraknie, potomkowie będą chcieli przerobić skrytkę na łazienkę, albo powiększyć przedpokój” – mówił w 1995 r. dziennikarce „Super Expressu”. A trzy lata później pisał do prof. Feliksa Tycha, ówczesnego dyrektora ŻIH: „Zwracam się do Pańskiego Instytutu z prośbą o opiekę nad mieszkaniem w domu przy ul. Kopernika 4 (…). Chciałbym, aby ten jedyny zachowany obiekt w Warszawie był izbą pamięci i służył młodym pokoleniom w poznawaniu historii czasów Zagłady. Zobowiązuje się do przekazania odpowiednich funduszy koniecznych do wykupienia i uregulowania sytuacji prawnej osób tam zameldowanych, oraz pokrycia kosztów w prowadzeniu tych spraw przez ŻIH, jeśli sprawa zostanie sfinalizowana do czerwca 1999 r.”. Jego starania doprowadziły w 1999 r. do wpisu kamienicy wraz ze skrytką do rejestru zabytków. Wykupienie mieszkania i otwarcie w nim muzeum nie doszło do skutku. Nikomu poza Jolsonem na tym nie zależało.

- Bo to trudna sprawa. Gdyby to było na parterze i dozorca za 5 lub 15 zł wpuszczałby wycieczki, tak jak w małych miasteczkach otwiera cmentarz, czy grób cadyka. A tu jest kamienica pełna ludzi, którzy nie chcą tłumów na klatce schodowej – tłumaczy Jan Jagielski.

Nagłośniona przez Jolsona historia schowka przyciągnęła na Kopernika grupy żydowskiej młodzieży z Izraela i USA.

- Nie znały dnia ani godziny. Winda jest u nas mała, więc wycieczki wspinały się pieszo po schodach wrzeszcząc niemożliwie, śmiejąc się i waląc do wszystkich drzwi. Jak weszło 200 osób, to przez dwa piętra była kolejka żeby dostać się do schowka. Mieszkańcy się skarżyli, mieli tego dosyć – pamięta Anna Briesemeister. – A pani, która mieszkała ze skrytką rozpaczała, że nie ma już własnego życia. Była staruszką, z obandażowanymi nogami, nigdzie już nie wychodziła, czasem robiłam jej zakupy. Wycieczki zjawiały się u niej bez zapowiedzi, nieraz zrywały ją z łóżka.

Po śmierci lokatorki do mieszkania ze schowkiem wprowadziła się jej kuzynka Elżbieta P. z mężem Dariuszem P. Zameldowali się tu w 2002 r. Przestali wpuszczać żydowskie wycieczki. Dwa lub trzy lata później wyrzucili szafę i przerobili skrytkę na aneks kuchenny. Nie mieli na to zgody ani administracji, ani konserwatora. Sąsiedzi nie zwrócili uwagi na wynoszony na śmietnik zabytkowy mebel. Likwidacja żydowskiej kryjówki wyszła na jaw dopiero w grudniu 2012 r.

[...]

Cały artykuł dostępny jest na portalu Wirtualny Sztetl.

Tomasz Urzykowski jest dziennikarzem Gazety Wyborczej. W swoich publikacjach często porusza tematy związane z historią i dziedzictwem polskich Żydów. Dziadkowie i ojciec Tomasza Urzykowskiego – Feliks, Emilia oraz Janusz Tadeusz Urzykowscy – podczas drugiej wojny światowej ukrywali w swoim domu Noemi Makower z d. Wigdorowicz oraz Henryka Makowera. W 1991 r. rodzina Urzykowskich została odznaczona tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Historie pomocy w okolicy