Rodzina Gierwatowskich

powiększ mapę

Audio

8 audio

Fragmenty wywiadu z Barbara Siemborską

Ucieczka Tuwii

„On [Tuwia Lewiński – przyp. red.] mówi, że jego z transportu wieźli z Radzymina, czy coś. On w tym transporcie uciekł. To było gdzieś tam przed Wyszkowem (…) i on na Bartodzieje poszedł. Tu był trochę, tam był trochę, ale nikt go nie chciał trzymać. Gdzieś tam w tych Bartodziejach był jakiś czas, ale nie wiadomo, bo on już nie mówił o tym. I potem szedł, szedł tu trochę, nikt go. Jeść mu dali, ale nie chcieli nocować, bo się każdy bał (…), bo ón, widać było, że on podobny do Żyda”.

„On się powołał na nazwisko ojca kolegi, na Ziemieckiego, ponieważ tam wybuchła bomba (…) i tam cała rodzina zginęła, ale takie nazwisko było tego chłopczyka, tego Żyda tego - Ziemiecki Tomasz. I dlatego on tym Tomaszem został”.

„Tylko ón jeden się tu uratował. Ale on tej zimy by nie przeżył. On był już tak wyczerpany organizm, że już koniec kresu był”.

„Mój brat szedł po konie do Sulkowa, do rodziny, do swojej siostry, tata go wysłał. Bo my mieliśmy jednego konia, a tam było większe gospodarstwo. To przyprowadzał czasami na robotę stamtąd. Siostra dawała, szwagier, koń. I szedł, i po drodze spotkał tego właśnie, co tu u nas był. Tam go tylu ludzi widziało, ale nikt się tym nie interesował, bo on uciekał w krzaki. A on, brat jak szedł, to po cichu szedł i zza krzaka zauważył, że już zimno, zimno jest, a ten dzieciak był boso”.

„Krowy pasł, krowy pasł u tego gospodarza. To w polu, to on tak pod lasem mieszkał”.

„No, bił go, po prostu, robotę mu nakazywał, co nie zrobił tego, w ogóle podły człowiek, podły on był i ta żona jego była podła, a dobrze im się powodziło. Lepiej jak nam, jak w ogóle inne warunki mieli. A on w chlewie spał, to że spał, no to spał, ale jedzenia tak nie dostawał i biednie żył”.

„I tego dzieciak [Mieczysław Giewartowski – przyp. red.] chciał z nim porozmawiać, ale on uciekł. (…) I brat jak wracał z tymi końmi (…), zaszedł go z tyłu, od tego krzaka i mówi: »Chodź tutaj do mnie, porozmawiamy. Nie bój się mnie, ja ci mogę tylko pomóc«”.

„»Słuchaj, ja ci chcę pomóc, co ty chcesz ode mnie?«. A on mówi: »Bracie kochany, zabierz mnie stąd«. No to mój brat mówi: »Poczekaj, ja uzgodnię z rodzicami i ja ci tu dam znak«”.

„Nie, obydwaj się nie znali. Tylko mój brat z litości. Nie mógł przepatrzeć na to wszystko, że taki dzieciak się tam, że ten ma ciepło ubrany i do ludzi, i jakoś wygląda, a ten dziecina mizerny. I umówił się z nim na drugi dzień, żeby on pokazał mu (…). Także jak on na górkę wyszedł, od tego gospodarza, to widział ten dom pod blachą, to było widać. To mówi: »Do tego domu jutro raniutko (…) się wyrwiesz. On mówi: »Tak, ale oni mnie pobiją, jak mnie złapią«. On mówi »Nie martw się...«.

 „I na drugi dzień przyszedł do domu i mówi: »Mamo, tato, jest taka sytuacja, ja spotkałem tu chłopaka, to jest ten Żyd. (…) Jak ten dzieciak jest biedny, jak on prosi, żeby się nim zająć. No i żeby go tutaj przyprowadzić«”.

„A mama mówi tak: »Nas jest czworo, troje dzieci i babcia, i tu, to jest z sześć ludzi do wyżywienia, a jeszcze brata córeczka jest…«. To było nas siedem, a on był na ósmą osobę  przyprowadzony tu. Ale jak jest taka sytuacja i babcia, i ja, i mama. Mama nie bardzo chętnie chciała, bo to jest robota tyle ludzi, ale w końcu babcia mówi, będzie pomagać, ja też będę pomagać, chociaż byłam młoda dziewczynka, że on i tata, zgodziliśmy się wszyscy”.

Kryjówka pierwsza

„Rozwidniało się, (…) to mogła być siódma, wpół do siódmej rano, po szóstej, o tak. To była twarda jesień już, to był listopad, ale jeszcze krowy, wie pan, chodziły, jeszcze się orało, jeszcze się robiło robotę. I wtedy, jak on przyszedł, tam go prędzej wszyscy, wszyscy już go chcieli, jak przyszedł do domu, jak go zobaczyli. Wszyscy go chcieli. Najbardziej to był brat mój i ja, no i potem i babcia, potem i mama, a potem tata i wszyscy byli za tą decyzją. Nie było sprzeciwu”.

„On trząsł się, zastukał, zajazgotał i mama wyskoczyła, i otworzyła mu drzwi, wszedł i dygotał się. I matka prędko ogień rozpaliła i »Siadaj przy kuchni, dzieciaku, zaraz ci zrobię tej herbaty czy kawy«. (…) Jeść mu coś dała. Nie wiem, czy to były jajka, czy to był chleb ze smalcem, bo tak jak żeśmy sami jedli, to była okupacja, to wie pan, to było różnie. To tam go poczęstowała i potem do mycia i założyło mu się czystą bieliznę. Było i robactwo, i wszystko było”.

„Zaraz mu zrobili, przynieśli takie łóżeczko osobne. Chłopaki na jednym spały łóżku, a on osobno na drugim w kuchni, a my reszta w pokoju. Bo te dwa się trochę ogrzewało, a ten trzeci nie, w trzecim nikt nie spał, bo zimno było. No i wie pan, tak z nami żył, a potem (…). No, bo ojciec mój to, wie pan, i świniaczka zabił, po cichu w bańki zakopał, tego, to i kawałek mięsa dzieciak zjadł. Tak jak my, tak i on”.

„W chowanego to tu tam poszedł. Raz [Mieczysław – przyp. red.] wziął tego, ale jak poszedł raz, tam go w te towarzystwo, to zaczęli mu przygadywać, że on Żyd jest i on więcej nie chciał iść”.

„Mój ojciec to był taki sprytny, więc ryzykował i tego Żydka przytrzymać, i wszystko, i rodzice, no trzeba życia ratować”.

„Wiedzieli, tu nasi sąsiedzi wiedzieli. (…) To blisko przez płot, to niemożliwe, żeby ukryć człowieka. To oni wiedzieli, ale oni cicho siedzieli, pomagali mu. Oni mu pomagali wszyscy, znaczy cicho, każdy cicho siedział. Do tego stopnia, że żandarmi przyjechali na podwórko i on był na podwórku. I co wtedy, siano niósł dla króli ze stodoły gdzieś do chlewka czy coś i oni zauważyli, i oni po tych ruchach (…), i ci Niemcy zauważyli że Jojne [Jojne – imię żydowskie, w gwarze odpowiednik »Żydka« – przyp. red.]. Po ruchach go poznali. A mama mówi: »Nie, nie, to nie jest, to nie jest Żyd«. A on z tym tego i uciekł do tego gospodarstwa. Rzucił potem to siano i gdzieś się skrył”.

„Sołtys taki był. To głupie było, bo jakby to mądry, to wie pan, głupie, się dowiedział, że tu jest ten dzieciak, że żydowski. Bo tu blisko drogi, wieś zwarta, więc on się dowiedział i pod [niezrozumałe słowo – przyp. red.] na tego i zawieźć go do komisarza i mój tata pojechał z nim do tego komisarza, ale szczęście miał i ten dzieciak, i tata, że nie było tego komisarza, tylko była komisarzowa. I on się powołał, że on nie jest Żydem, tylko on wychodzi, nie pamiętam tej miejscowość za Narwią, za Pułtuskiem, to, że on jest Polakiem, tylko wyginęli, a on uciekł z tego strachu i tu przyszedł, bo nie ma rodziny, bo pozabijała bomba”.

„I ona w to uwierzyła, przedzwoniła do tamtej gminy, do tych Niemców. Sprawdzili, że było takie nazwisko i taki wypadek był, i ona, wie pan, dała jeszcze ubrania, wszystkiego dla tego dzieciaka i przywieźli go tu z powrotem, a potem był tu jakiś czas, a potem już się zbliżało niebezpieczeństwo. Więcej jak półtora roku tu u nas był i trzeba go było wywieźć stąd. To był u sąsiadów, to tu, to tak po trochu tylko. (…) Potem go żeśmy ukryli u sąsiadów, później się przeszło i znowu był”.

Kryjówka druga

„On półtora roku u nas tu był. Tak może lepiej niż półtora roku, tak może niecałe dwa. Dwie zimy przebył. Zima, lato i zima, i na wiosnę w lato poszedł, tak. I potem (…) to żeśmy go odstawili w drugie miejsce, w dobre miejsce. (…) Baliśmy, żeby go nie złapali, nie zabili, nie wywieźli, a tam był bezpieczny, bo oni mieszkali w polu, to daleko. Tam nikt o niczym nie wiedział, tam nikt nie przychodził do tych ludzi. Tam miał dobrze, bo tam go gospodarz bardzo dobrze traktował. I tam do końca był, aż poszedł do Izraela”.

„Jak pojechaliśmy do Izraela i szliśmy z bratem i [Tuwia – przyp. red.] spotkał znajomych. To było nad Morzem Martwym. To on mówi: »Chodź no tutaj« - zawołał tych kolegów swoich. »On mnie życie dał«, że mój brat dał mu życie, bo on już umierał, można powiedzieć. A brat go uratował...”.

Historie pomocy w okolicy

Więcej

Bibliografia

  • Michał Zaidlewicz, Wywiad z Barbarą Siemborska, Kowalewice Włościańskie 11.09.2010