„Może ma żal do nas – mówi – żeśmy ją oddali po wojnie stryjowi. Bo nie chciała. Brała na litość, żeby jej nie oddawać ale u nas bieda była. Na wsi nie ma rozkoszy”.
Przyniosła ją ciocia, siostra matki. Rózia była malutka, 4 latka, miała sukieneczkę z krótkim rękawkiem i sandałki. Ciocia szła z nią 24 km z Lublina. I oszukała. Powiedziała matce: „Kotuniu, zostawię ci ją na tydzień- dwa, sąsiadce bomba zabiła męża, pochowa i odbierze”. Dlatego my – mówi – jej nie kryliśmy. Ona była nasza. Do mojej mamusi mówiła: ciociu i ze mną chodziła wszędzie za rączkę, jak siostra”.
Po miesiącu ciotka powiedziała prawdę, że rodziców Róży, bogatych Żydów, u których z mężem pracowali przed wojną, Niemcy zabili.
Rodzice mieszkali we wsi Kajetanówka, mieli trochę pola, w pobliżu stacjonowali Niemcy, często robili naloty. „Mamusia od razu: ››Wstawać!‹‹, mleka dała w butelkę, jajeczko, jakieś placki i chowaliśmy się w zbożu. – I czekały, aż mama je zawoła. – Raz kocyk rozłożyłam w zbożu – mówi – a ona taka mądra, mądrzejsza ode mnie, chodźmy, Władziu – mówi – z kocykiem na miedzę, bo jak gospodarz zobaczy, to nas pobije”.
„Ona była taka fajna, taka mądra. Jak przyszedł maj ››Władziu idziemy?‹‹ – pytała i biegła pod figurkę Matki Boskiej pomodlić się. I uchowała się”.
Po wojnie odnalazł się stryj Rózi. Też bogaty, miał młyn w Parczewie. Nie chcieli oddać, płakali. A ten na siłę. Obiecywał im, że Rózię wykształci. To zdecydowało. Mama stwierdziła: ona taka zdolna, a ja jej nie wykształcę. Odwieźli ją do stryja, wrócili jak z pogrzebu.
„I nie wykształcił. Róża została krawcową w kibucu”.





